<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611</id><updated>2012-01-20T08:07:50.974+01:00</updated><title type='text'>Tadhga Xięga Zaklęć, czyli piórkiem zza węgła</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>20</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5856022608818391772</id><published>2009-08-26T00:49:00.007+02:00</published><updated>2010-07-29T19:48:31.680+02:00</updated><title type='text'>Dzikość magii, czyli piknik nad studnią życzeń</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Nie wiem kiedy, nie wiem gdzie, nie wiem po co&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjacielu,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz kolejny, a kto wie, może tym razem ostatni, piszę do Ciebie list z miejsca niezwykłego, w okolicznościach niezwykłych i z całkowitym brakiem przekonania, że uda mi się go kiedykolwiek wysłać. Jak zwykle w takich przypadkach, tkwimy wszyscy w sytuacji bez wyjścia, nastroje osiągają niskie strefy stanów przydennych, entuzjazm przestaje być słowem o jakimkolwiek znaczeniu, a ja zabieram się do skrobania wiadomości do Ciebie. Ciekaw jestem jak długo, zanim moi towarzysze uczulą się na ten przejaw desperacji i na sam widok papieru i pióra dostawać będą gęsiej skórki...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się, i już to powinno nam zapewne było dać do myślenia, całkiem optymistycznie. Niestety dzień do myślenia nie zachęcał — być może wina leżała po stronie warunków biometeorologicznych, być może był to skutek zbyt długiego błąkania się po zamkniętych pomieszczeniach przed wydostaniem się na wolne powietrze; w pewnych regionach Ghelspadu panuje przekonanie, że wysoki odsetek wariatów na równinach jest bezpośrednio skorelowany z faktem, że widać tam za dużo nieba. "Za dużo" jest ewidentnie pojęciem względnym. Tak czy siak, wypuściwszy się na miasto wczesnym rankiem w poszukiwaniu Guillermo dostaliśmy wszyscy pod jego domem koncertowego wręcz ataku radosnej głupawki, kompromitując go przy okazji przed rodziną i sąsiadami. Następnie, z trudem wyżej wymieniony wybuch niekontrolowanej radości stłumiwszy, odwiedziliśmy Daniyę Blackburn, dalej pełni optymizmu poświęciliśmy kilkanaście kolejnych minut na pogaduszki z Gehimin i, wciąż w szampańskich humorach, wyruszyliśmy na spotkanie z wielkim nieznanym. Wielkim, bo wielowymiarowym; nieznanym, bo czego byśmy się o Banewarrens nie dowiedzieli, wiedzieć będziemy mało, bardzo mało. A właściwie tyle co nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Radość, należy poczynić uwagę ogólną, jest przypadłością zaraźliwą. Nie pamiętam już nawet dokładnie od czego się zaczęło, ale wiem, że stojąc pod domem w Shacktown, zaśmiewaliśmy się wszyscy do rozpuku, wykrzykując jakieś dziwne, dla nas tylko śmieszne kwestie, uznając za wskazane podzielenie się nimi z mieszkańcami całej dzielnicy. Wciąż widzę zgorszone spojrzenia sąsiadów. Na zawsze zostanie ze mną zdziwione oblicze niani Guillermo oraz zażenowanie jego samego, kiedy już pojawia się na rogu ulicy i widzi całe to przedstawienie. Zwykłe ludzkie reakcje zwykłych, przewidywalnie reagujących, ludzi. Tego potrzebowaliśmy, byliśmy tego złaknieni bardziej niż pączków, które wydarliśmy przyjacielowi ze zdumionych rąk i pożarliśmy niepomni faktu, iż za chwilę śniadaniem będzie nas podejmować szefowa Gildii Cienia. Zachowywaliśmy się jak horda wygłodzonych wampirów, rzucająca się bez zastanowienia na wszystko, co przynależy do świata poza ciemnością, do świata poza wiecznym chłodem. Wbiwszy kły w tętniącą życiem rzeczywistość chcieliśmy wychłeptać, wyssać, zawłaszczyć jak najwięcej. Na zapas. Na kiedyś. Na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wizyta u szefowej Shadowguild, choć kulinarnie wielce satysfakcjonująca, pozostawiła po sobie poczucie niedosytu. Nie, nie wiedzą jak naprawić generator mocy na pierwszym poziomie Banewarrens, a bez tego ani rusz. Pewność tę mają od wczoraj, kiedy to Wish, rzucony celem naprawy sytuacji, zdołał zamknąć podziemia. Na dziesięć minut. Stan generatora poprawił się może, ale o całkowitej naprawie nie ma nawet co marzyć. Dodatkowo, o czym przekonaliśmy się później, to potężne zaklęcie pozamykało wszystkie drzwi i posprzątało korytarze, co za cenę czaru, jeżeli wierzyć jego zapewnieniom, Oshir zrobiłby ze swoją rodziną ręcznie, bez zaprzęgania jakichkolwiek sił magicznych. Frustracją, która niewątpliwie była udziałem magów po tym kosztownym doświadczeniu, nasza gospodyni postanowiła się podzielić i z nami: smokowi, którego odkryliśmy przed wejściem do samego serca lochów Danara, nie będzie mogła się zbyt szybko przyjrzeć, bo ma sporo papierkowej roboty. Przez chwilę miałem wrażenie, że stroi sobie żarty — przecież to on, Saggarinthys, był pomysłodawcą oraz twórcą generatorów i jeżeli ktokolwiek wie, jak je ponownie uruchomić, to właśnie on. Daniya, jak się jednak okazuje, nie żartowała; pieczętowanie Banewarrens musi poczekać cierpliwie w kolejce, w której — także do pieczętowania — ustawiona jest już pewnie cała ryza oficjalnych dokumentów. Bezmyślna Otchłań Wszechogarniającej Biurokracji. Nowy wymiar piekła, rodem prosto z miasta paladynów. Strach się bać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejście od urzędowej Daniyi do rozmemłanej Gehimin pozwoliło wszystkim odetchnąć trochę mniej oficjalnym powietrzem. Jestem pewien, że niejednokrotnie przychodziło Cinnamon zazdrościć klerykom wieczorem otrzymującym swoje zaklęcia możliwości zarwania nocy, dłuższego pospania, tych leniwych poranków, wolnych od konieczności natychmiastowego przejścia od snu do maksymalnej koncentracji. Z drugiej strony teraz, kiedy ze złośliwą satysfakcją i obuta w skórkowe trzewiczki przypatrywała się sfatygowanym bamboszom zastępującej obecnie Lizettę kleryczki, przypuszczalnie dochodziła do wniosku, że wszystko ma swoją cenę i zazdrość jej może nie była do końca racjonalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całkowicie racjonalna, jak się dowiadujemy od z lekka zmartwionej Gehimin, będzie za to nienawiść pewnego bardzo wpływowego domu handlowego do naszej drużyny, kiedy dowiedzą się, że ich pociecha przeniosła się na tamten świat przy naszej pomocy. Tak się bowiem składa, że wyglądająca na tieflinga, zabita przez nas dzień wcześniej w Banewarrens szefowa elitarnej grupy przestępczej jest w rzeczywistości córeczką mithrilskiego kupca. Który, jak się dowiadujemy, też ma w sobie trochę krwi demonicznego pochodzenia. Na domiar złego okazuje się także, że jego druga latorośl, a zarazem brat nieboszczki, jest jednym z głównych czarodziejów Gildii Cienia. I że znak na magicznych przedmiotach, zdobytych na naszej przeciwniczce, to jego prywatny sigil. Proszę Gehimin, by posłała po Nestera z trzema czarami wymazania na zwojach i uciekamy od wpędzającej w depresję miejscowej polityki w apolitycznie dołujące podziemia. Czasem mam wrażenie, że między Mithril a Banewarrens nie ma wcale tak wielkiej różnicy: i tu, i tam każdy następny dzień to walka z wiatrakami, wtaczanie głazu na szczyt i sikanie pod wiatr. Niekoniecznie w tej kolejności. I nie zawsze konsekutywnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Przy paladyńskim posterunku, na samym początku drugiego poziomu lochów czeka na nas adept, który zgodnie z umową rzuca na nas wszystkich Darkvision. Większość z nas po raz pierwszy jest w stanie zobaczyć podziemia w całej okazałości. Trzeba przyznać, że Danarowa piwniczka wygląda imponująco po zaaplikowanej przez Gildię Cienia magicznej renowacji: mniej jest pęknięć w ścianach, zniknął z podłóg pył wielu stuleci, a co najważniejsze, wszystkie drzwi, tajne przejścia i bariery magiczne zostały starannie zamknięte. Droga na najwyższe poziomy zajęła nam tym razem więcej czasu niż zwykle, bo trzeba było wszystkie drzwi pracowicie otwierać, dezaktywować Prismatic Wall czy wygłosić adekwatne hasło przy pewnej fontannie o moralizatorskich zapędach. Tyle, jeżeli chodzi o potęgę zaklęcia Wish: magiczny odpowiednik niezmordowanego, wszędobylskiego ciecia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Docieramy nareszcie w miejsce potyczek z dziwacznymi pitekantropami i tutaj zaczynają się schody. A dokładniej: odnowiony przez czar magów z Shadowguild linowy mostek. Jest lepiej niż zakładaliśmy, byliśmy przygotowani na konieczność przeprawiania się przez Antimagic Field za pomocą haków, lin i niezbyt w naszej drużynie rozwiniętych umiejętności wspinaczkowych, ale nawet przy gotowym mostku może to dla niektórych (w tej liczbie także mnie samego) być dość stresujące doświadczenie. Pierwszy idzie, jak zawsze ostatnio, Guillermo. Liny wydają się trzymać całkiem solidnie, ale jeżeli już o wydawaniu mowa, wydają przy każdym ruchu jakieś dziwaczne dźwięki, jakby zawieszonych kołatek. Ktokolwiek je tu zawiesił, chciał być uprzedzony o naszej obecności. Pitekantropów nie podejrzewam o takie zachowanie, ale z tego co przeczytałem, demony są stworzeniami dość przebiegłymi. Zdwajamy czujność i przeprawiamy się, jedno po drugim pakując się w splecione z lin ni to szelki, ni krzesełko. Kiedy już wszyscy poza Oshirem stoimy na oświetlonej jedną świeczką półce skalnej po drugiej stronie, pozbawieni antymagicznym polem zdolności widzenia w ciemności, rzucania czarów oraz ochronnego całunu zaklęć zabezpieczających, słyszymy krzyk, świst miecza i makabryczny dźwięk wbijających się w coś pazurów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z lin mostu zaczyna spadać, a jej koniec będący poza zasięgiem światła naszej lichej świeczki panikuje i złorzeczy głosem Oshira. Matheney z Amelanchierem bez zastanowienia zabierają się do wyciągania towarzysza z głębin przepaści. Guillermo także rzuca się do pomocy, ale nim udaje mu się podbiec do skraju półki, ląduje tam coś, co wygląda na potomstwo zgwałconej przez oskubanego sępa ogrzycy. Vrock. Ten sam, który dzień wcześniej bez większego trudu rozczłonkował i pożarł na naszych oczach wilkołaka. Brak możliwości użycia zdolności magicznych nie przeszkadza mu w wypuszczeniu chmury dziwacznych zarodników, które zaraz zaczną się rozwijać w ciałach stojących w jego pobliżu osób, ograbiając je z sił i zręczności. Demon nie czeka na ich skutki i przypuszcza atak, za cel obierając na początek Guillermo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie czekamy także my, Cinnamon i ja, rzucając się w głąb korytarza. Cokolwiek miałoby się zdarzyć tutaj, jedynie poza zasięgiem pola antymagicznego jesteśmy się w stanie do czegoś przydać. Chwilowo pozostaje nam jedynie cierpliwie czekać, do czego nie zachęcają dźwięki dochodzące znad półki, gdzie widocznie udaje się wyciągnąć na brzeg linę z Oshirem, bo zza zakrętu wyłania się najpierw Guillermo, potem Matheney, a wreszcie za nią Amelanchier. Czekamy na pojawienie się Oshira z drepczącym mu po piętach vrockiem, jednak zanim to następuje, pojawiają się nowe kłopoty – z trzech stron wypadają na nas nieskłonne do umierania australopiteki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cinnamon, w ramach komitetu powitalnego, aplikuje im Flame Strike, boskim ogniem Madriel przechylając szale zwycięstwa na naszą stronę. Oshira nadal nie ma. Ci z przeciwników, którzy przeżyli gniew elfiej kleryczki postanawiają ją zaatakować. Wygarniam w nich Scorching Ray, silniejsze zaklęcia rezerwując na starcie z demonem, równocześnie z tym, jak Guillermo rozprawia się z pozostałymi. Oshir ciągle nie nadchodzi, a mnie przypomina się obraz skutecznie trzymanego demonimi łapskami wilkołaka, z którego wijącego się ciała ostry dziób odrywa kolejne kęsy. Wzdłuż grzbietu przebiega mi zimny dreszcz. Amelanchier, jedyny wojownik widzący w ciemności bez pomocy magii, musi natychmiast wracać i jeżeli vrock rzeczywiście unieruchomił naszego kompana, zepchnąć ich obu w przepaść! Demon, w przeciwieństwie do Oshira, nie jest obwiązany liną!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nim jednak jestem w stanie krzyknąć cokolwiek do stojącego na granicy Antimagic Field Amelanchiera, ten jakby podchwytuje moje myśli i zaczyna biec w kierunku półki. Zamiast mnie krzyczą zresztą kleryczki, spierając się o czas i sposób rzucenia Break Enchantment, zaklęcia będącego w stanie cofnąć skutki rozsianych przez demona zarodników. Nie możemy sobie teraz pozwolić na kłótnie, więc interweniuję, zdając sobie sprawę z tego, że kleryczki są pewnie bardziej podatne na drażniący wpływ zgromadzonego tu zła. Humory same się poprawiają, gdy kilka chwil po nagłym huku, zza zakrętu wychodzą krasnolud z poharatanym, ale ciągle żywym, Oshirem. Demon, wydaje się, postanawia nie pchać głowy pod katowski topór i nie pojawia się w ogóle, nam z kolei jakoś nie spieszy się szukać go w rejonie pozbawionym możliwości użycia magii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cinnamon usuwa swoim czarem nasilające się efekty działania demonicznych zarodników, natomiast Guillermo robi rzecz dziwną: strzepuje z siebie coś, co wygląda na cień małej dziewczynki i zaczyna z nią rozmawiać tak, jakby znali się nie od dziś. Dowiadujemy się, że jest to jego prywatny, oswojony undead, o imieniu Elena i że bez trudu, niezauważalna dla wszystkich z wyjątkiem najbardziej wnikliwych obserwatorów będzie w stanie sprawdzić miejsce pobytu vrocka. No proszę, proszę, do czego to dochodzi – nie dość, że drużyna bohaterów miasta Mithril ma na swoich usługach ciemne moce, to jeszcze nie są one kontrolowane przez nekromantę! Swoją drogą, dobrze, że o tym wiem, w ten sposób nie uszkodzę przypadkiem nowej koleżanki Guillermo jakimś Seek the Soulless czy Ethereal Boltem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Demon postanowił ulotnić się definitywnie, Elena wraca nie znalazłszy ani śladu po nim. Mógł się teleportować w jakiekolwiek miejsce w labiryncie korytarzy, więc zdwoiwszy czujność postanawiamy iść dalej. Niezależnie od tego czy i kiedy postanowi się pojawić, mamy co robić. Punktem jeden na naszej liście jest niewątpliwie skompletowanie Yaeshli, z której podczas jednej z rozmów udało się nam wydobyć zeznanie, że jej trzecia, ostatnia część znajduje się którymś pomieszczeniu w pozornie niekończącej się studni, pełnej zamkniętych drzwi do komnat z artefaktami. To tam właśnie, w celi na najwyższym poziomie pionowego szybu, rozegrała się ostatnia bitwa między Eslathagosem a jego przeciwnikami. To na jego dnie zabiliśmy dzień wcześniej córkę pewnego mithrilskiego kupca, której zwłoki przechowuje teraz Gehimin oraz starliśmy się po raz pierwszy z vrockiem. Wpatrujemy się w ciemność, zadzierając głowy i nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że albo bardzo szybko nauczymy się latać, albo będziemy się wdrapywać na sam szczyt przez całą wieczność. Z dwojga złego, wybieramy pierwsze rozwiązanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żałuj, że tego nie mogłeś zobaczyć! Dwukrotnie rzucony Air Walk zmienia Amelanchiera i Matheney we wznoszących się po ciasnej spirali tragarzy, niosących to na plecach, to pod pachami pozostałych uczestników napowietrznej wycieczki. Dziękuję opatrzności za możliwość samodzielnego lotu, w pewnym oddaleniu od albo posapujących, albo majtających radośnie w powietrzu nogami towarzyszy. Podłoga znika poza zasięgiem Darkvision, pozostaje więc jedynie oglądać niekończące się pozornie rzędy ciężkich, okutych drzwi na kolejnych poziomach szybu. Od czasu do czasu przestrzeń między nimi przecinana jest wąskimi trapami, jednak wbrew podejrzeniom na żadnym z nich nie czai się czyhający na nasze życie demon. Ani żadna inna istota.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mniej więcej w połowie drogi wzwyż widzimy, że szyb otwiera się w bok w wielką halę, z boku której stoi następny generator. W sumie logiczne, ostatni i centralny zarazem poziom Banewarrens także powinien być zaopatrzony w jakieś źródło energii. U stóp metalowej struktury widzimy jakieś postacie, ale bezszelestnie wznosimy się dalej, nie dociekając ich natury. Niezależnie od tego czy to utrzymujące porządek golemy, czy może jacyś potencjalni wrogowie, zmierzamy bezpośrednio do celu. A właściwie celi. Miejsca ostatecznego starcia dobra ze złem. Miejsca spoczynku Eslathagosa, trzeciej części Yaeshli oraz, przypuszczalnie, jeszcze kilku innych rupieci. Ostatnie piętro, nareszcie, ani pół minuty za wcześnie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zlokalizowanie właściwych drzwi nie nastręcza wielkich problemów – tylko jedne są otwarte, a właściwie wyrwane z zawiasów przez potężną eksplozję wewnątrz. Jakoś nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie ona spowodowała śmiertelne zejście architekta podziemi. A może właśnie była bezpośrednim efektem jego zgonu? Tak czy siak, wchodzimy. Eslathagos nie żyje, gdzieś tutaj jest klucz do zamknięcia całego tego burdelu, a poza tym nie trzeba będzie niedługo wracać, zanim skończy się możliwość chodzenia po powietrzu. Co takiego może nam się stać?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No cóż, na przykład w celi mogą być trzy wejścia do dalszych pomieszczeń. Yaeshla, naturalnie, a właściwie nienaturalnie, dostaje gwałtownego ataku amnezji. Gdyby to się działo po raz pierwszy, może nawet bym się zdenerwował, tymczasem uśmiecham się do niej rozbrajająco i pakuję ją do tuby na zwoje. No cóż, nie Yaeshlą go, to ręką: otwieramy każde z drzwi po kolei, bez podpowiedzi od bezużytecznych artefaktów. Oshir oznajmia, po przeciągających się poszukiwaniach, że na żadnym z nich nie znalazł ani śladu pułapek. Pozwala jednak, co wróży mu dożycie późnej starości w dobrym zdrowiu i z kompletem kończyn, by to Guillermo otwierał drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjrzawszy się ostrożnie z progu każdemu z pomieszczeń, stajemy przed dylematem. Otóż mamy do wyboru: a) pomieszczenie z wbitym w ścianę szkieletem, b) przedsionek z szalejącym wewnątrz wirem dzikiej magii, a za nim kolejne drzwi oraz c) puste pomieszczenie z leżącą na podłodze stertą szmat. Wir, na oko składający się z niestabilnej magii podobnej do tej, przy której mieszkały kiedyś slaady, nie zachęca do próby wejścia weń, zatem koncentrujemy się na pozostałych komnatach. Szkielet niby nie wygląda na Eslathagosa, ale podejrzewam, że mój też nie jest do mnie specjalnie podobny. Wszędzie wokół niego, podobnie zresztą jak w pomieszczeniu obok, dookoła leżących na podłodze łachmanów, widać plamy czegoś, co wygląda na krew. A może więcej niż krew? Ostrzegam pozostałych, że to może być jakiś specyficzny, jak dotąd niesklasyfikowany rodzaj undeada; w końcu, jeżeli wierzyć opowieściom, został tutaj zgładzony anty-święty. Takie coś musi zostawić po sobie ślad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno kiedy nie wiesz co zrobić, najlepiej jest nie robić nic. Cinnamon postanawia zignorować mądrość zawartą w tym powiedzeniu i rzuca Locate Object na coś podobnego do różdżki, jako że tak ma podobno wyglądać trzecia część Yaeshli. Czar nie pozostawia ani cienia wątpliwości, wskazując jednoznacznie na leżące na podłodze łachy. Guillermo, zdegustowany przedłużającym się oczekiwaniem, rusza w ich kierunku, ale zanim przekracza próg proszę go o zostawienie z nami Eleny. Jeżeli miałoby dojść do eradykacji jakichś nieumarłych, nie chciałbym odesłać w niebyt jego pupilki. Ani jej kotka. Czy tam misia. Czy co to jest za stworzonko, które zwykła ciągać za sobą na widmowej smyczy. Elena zostaje, a Guillermo mieczem zaczyna rozgarniać zbutwiałe szmaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle Guillermo robi krok wstecz połączony z półobrotem. W dłoni, na którą patrzy z niedowierzaniem, trzyma resztki rozsypującego się właśnie w rdzawy pył miecza. Odruchowo dziękuję Tanil za to, że nie dotknął materiału ręką – nie chciałbym zobaczyć jak wygląda dwutlenek gilermianu. Czarne plamy na ścianie i podłodze ożywają, szczerzą się wiecznie głodne zęby, wyciągają spod podłogi eteryczne ręce. Łachmany zdają się nabierać życia i unosić nad kamienną podłogą. Nie zastanawiam się długo: całe pomieszczenie poddaję dewastującej mocy wzmocnionego Seek the Soulless i patrzę jak zmiata wszystko, oszczędzając jedynie naszego towarzysza. Przeżywają jedynie dwa najsilniejsze undeady, jednak z nimi rozprawia się za pomocą mocy swojej bogini Cinnamon. Na podłodze leżą dwa podłużne przedmioty, które Guillermo zbiera i pospiesznie się wycofuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydostajemy się z celi na biegnący wokół szybu taras i tryumfalnie pokazujemy znalezisko Yaeshli. Mam ochotę pizdnąć nią w dół szybu kiedy oznajmia beznamiętnie, że dzierżony zwycięsko przez wojownika przedmiot nie jest jej trzecią częścią, jednak następne jej zdanie (świadczące wyraźnie o tym, że nawet artefakty tak głupie i oporne na współpracę jak ona mają coś w rodzaju instynktu przetrwania) powstrzymuje mnie z ręką wyciągniętą za barierkę. Oto weszliśmy w posiadanie służącego do zamknięcia Banewarrens Sealing Rod, którego poszukiwania były następnym punktem na naszej liście i bez którego, jeżeli wierzyć ogólnikowym stwierdzeniom ciągle wiszącej nad przepaścią Yaeshli, zamknąć się ich po prostu nie da. Drugi przedmiot to ostrze włóczni, którą uśmiercono Eslathagosa. No nic, niech będzie. Teraz do domu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łatwiej powiedzieć niż zrobić, co dotyczy zwłaszcza takich sytuacji, kiedy wypowiedzianych planów w ogóle nie da się wprowadzić w życie. Jak na przykład teraz, kiedy poczynając od najniższych poziomów wędruje sobie w górę błyszcząca tęczowo, mleczna granica między światem, w którym magia nam służy pomocą, a światem, w którym magia zupełnie i do reszty oszalała. Nie chciałbym się dowiedzieć, co mogłoby się stać z utrzymującymi nas w powietrzu zaklęciami. Trzeba zwiewać. Tylko dokąd? Drzwi do pozostałych cel na tym poziomie nie dają się otworzyć, a ryzykowanie wejścia w wir za już otwartymi drzwiami, w swej naturze analogiczny do wędrującego nieubłaganie w górę szybu pola niestabilności, wydaje się przywodzić na myśl rynnę i deszcz. Czy może raczej kanał burzowy i największy wyobrażalny huragan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostaje dziura w suficie. Dziura, sądząc z wyglądu, będąca pozostałością po jakimś wybuchu, wstrząsie tektonicznym lub artyleryjskim ataku. Zakładamy optymistycznie, że cokolwiek ją zrobiło, zrobiło to wieki temu i dawno już sobie poszło lub umarło, po czym wylatujemy wyżej. Najwyższy czas i, sądząc z tego, że pole niestabilnej magii zatrzymało się dokładnie na wyrwie, doskonały wybór. Nie pozostaje nic innego, jak poczekać, więc czekamy. Mijają minuty, ale trudno się spodziewać, żeby spowodowana sproszkowaniem szczątków Eslathagosa niestabilność była tak krótkotrwała. Mija godzina, a magia jak szalała w dziurze w podłodze, tak szaleje. No cóż, widocznie musi się wyszumieć. Mijają dwie godziny i zaczyna nas nudzić oglądanie ciągle tego samego, choć wiecznie się zmieniającego kalejdoskopu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przysypiam patrząc w błyszczące barwy, a kiedy budzi mnie moja opadająca głowa zapowiadam, że to chyba jednak nie przejdzie tak szybko i kładę się spać. Budzę się o dziwo dość wypoczęty i raźno wkuwam zaklęcia, potem zabieram się za pisanie listu do Ciebie. Właśnie teraz, kiedy czas narracji i czas rzeczywisty mieszają się w spływającym po piórze atramencie, gdy kleryczki kończą poranne modły nad niezmiennie świecącą dziurą w podłodze i wszyscy próbujemy zmobilizować się do pracowitego dnia poświęconego próbie opuszczenia tego przeklętego miejsca — kreślę ostatnie słowa tego listu, przesyłając Ci gorące uściski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oraz buziaki, a co mi tam! Może to ostatnia okazja.&lt;br /&gt;Tadhg&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5856022608818391772?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5856022608818391772/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5856022608818391772' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5856022608818391772'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5856022608818391772'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2009/08/nie-wiem-kiedy-nie-wiem-gdzie-nie-wiem.html' title='Dzikość magii, czyli piknik nad studnią życzeń'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-2530499992485179489</id><published>2009-08-26T00:44:00.005+02:00</published><updated>2010-07-29T14:09:11.341+02:00</updated><title type='text'>Wierszokletnik Tadhga, część kolejna</title><content type='html'>&lt;i&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na cichych skrzydłach nocy&lt;br /&gt;po jasnym ostrzu miecza&lt;br /&gt;w krwistej czerwieni ognia&lt;br /&gt;nadchodzi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;we wzlocie i w upadku&lt;br /&gt;spod zbyt cienkiego lodu&lt;br /&gt;w kropli zatrutej wody&lt;br /&gt;nadchodzi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nadeszła&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dzień dobry&lt;br /&gt;czy raczej&lt;br /&gt;dobranoc&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-2530499992485179489?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/2530499992485179489/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=2530499992485179489' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/2530499992485179489'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/2530499992485179489'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2009/08/z-notatnika-tadhga.html' title='Wierszokletnik Tadhga, część kolejna'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-2749998195648598074</id><published>2009-08-26T00:42:00.009+02:00</published><updated>2010-07-29T19:48:47.323+02:00</updated><title type='text'>Z krwi i kości, pamiętnik kryptyczny</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;15 Vangalota, daleko od rozumu&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi Przyjacielu,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętasz może zajęcia na uniwerku poświęcone dość zgrabnej teoryjce, próbującej opisać prawa rządzące przepływem i przemianami energii? Czy przypominasz sobie, choć nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wspomnienia musiały najpierw przedrzeć się przez odmęty skacowanej niepamięci, jak stary Ngu'Thein, bełkocząc niewyraźnie przez resztki brunatnych zębów, tłumaczy zawile, że istnieje jakaś wciąż nie do końca zdefiniowana siła, nie pozwalająca zbudować w pełni satysfakcjonujących modeli opisujących pewne zjawiska? Według niego tym czymś, wymykającym się zbadaniu przez nasze inherentne z nim związanie jest czas. Ja poszedłbym dalej z tą hipotezą i stwierdził, że tak naprawdę chodzi o jedną z pochodnych czasu, samym czasem jednak nie będącą. O nudę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż innego jak nieziemskie, bezbrzeżne znudzenie musi towarzyszyć nieśmiertelnej istocie zamkniętej na wieki w ciemnych pustaciach Banewarrens? Upływ czasu, sam z siebie, nie ma przecież dla niej znaczenia. Tydzień, rok, wiek czy milenium to wycinki wieczności mające dla niej zupełnie inny wymiar niż dla nas, śmiertelników, którym niezmiennie wydawać się będzie, że przyszły czwartek różni się w znaczący sposób od czwartku za pięćset, tysiąc czy dziesięć tysięcy lat. Nieśmiertelni nie podzielają tego poglądu, ich kalendarz jest bogatszy i uboższy zarazem. Ich wieczność płytsza i mniej ciekawa, bo przecież w zasięgu ręki. Co za pożywka dla nudy, domniemanej siły sprawczej tylu pozornie niewytłumaczalnych zdarzeń i zjawisk!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyobraź sobie teraz połączenie wielkiej, niewyobrażalnej wręcz ilości tej hipotetycznej czasonudy (bądź, jeżeli wolisz, nudoczasu) z czymś tak abstrakcyjnym, ulotnym i wiecznym zarazem, jak norma moralna, czyli w wypadku Banewarrens z potężnym złem. Oraz z brakiem możliwości zrobienia z niego użytku w jakiejkolwiek przewidywalnej przyszłości. Nadaj teraz temu połączeniu formę, powiedzmy, wampira. Kleryka jakiejś bardzo, ale to bardzo złej bozi. Załóżmy, że zakutego w ciężką zbroję. Cóż takiego może dany wampir złego uczynić, w celu urozmaicenia sobie nudnej, nudnej, ale to NUDNEJ wieczności? Nie zmówić paciorka? Nie umyć kłów? Torturować ghoule, będące na jego usługach? Czy może raczej bluźnić innym bogom, wykrzykując swą bezcelową bezbożność w głuche korytarze wiecznego więzienia, poza zasięgiem poznania wszechwiedzących adresatów? Śmiech na sali, naprawdę, wieczny rechot odbijający się szyderczym echem od wszystkich tych pustych korytarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wampirowi do śmiechu przypuszczalnie nie jest. Upewnił się już zapewne wielokrotnie, że opuszczenie tego zapomnianego przez bogów i ludzi miejsca jest absolutnie niemożliwe. Wie, że szansa na pojawienie się jakiejkolwiek żywej istoty jest żadna. Mów co chcesz, aż litość wzbiera w sercu człeka poczciwego. Zamknąć — tego nie robi się wampirowi. Bo cóż ma począć wampir w pustym lochu? Wszystkie ghoule już ulepszone, wyszkolone i odpicowane tak, jakby miały brać udział w konkursie piękności. Zbroja starannie wyczyszczona. Ołtarz zbezczeszczony tak sumiennie, że jeszcze jedno Desacrate, a się rozleci albo zacznie świecić w ciemnościach. Nuda, panie dziejku, nuda nad nudy! Co tu, do wszystkich diabłów, można jeszcze zrobić, czym się zająć? Można niby pograć w coś z zaprzyjaźnionym lichem, ale wartość rekreacyjna jest nikła, bo w kości to wredne, magiczne truchło oszukuje bezczelnie telekinezą, a w szachy po prostu ciągle wygrywa. Brydż z dwoma dziadkami, choć z początku wydawał się powiewem świeżości w zatęchłej atmosferze ponurej kryptki, jakoś stracił urok po kilku kulawych robrach, zwłaszcza że karty ciągle wypadały dziadkom ze zwapnianych paliczków. Może w takim razie prowadzić pamiętnik? Wyobraźmy sobie co mógłby na swych kartach chronić przed zapomnieniem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bluźnierczy i nieopisywalny sztambuchu! W tym dziesięcioleciu, podobnie jak w poprzednim i zapoprzednim, byłem najgorszym z najgorszych, nikczemnikiem bez serca oraz ohydną bestią, wypraną z jakichkolwiek śladów człowieczeństwa. Zgrzeszyłem wielokrotnie myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem — mentalnie, oralnie i manualnie. Wielkim smutkiem napełnia mnie jeno fakt, iż czynów onych ponownie przyszło mi dopuścić się w samotności, a jedynym pocieszeniem jest niemożność spojrzenia sobie w oczy w lustrze. Czy to możliwe, żeby pogarszał mi się wzrok, a dłonie jednak porastały sierścią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle, jeżeli chodzi o zasadność spisywania memuarów przez istotę odporną na upływ czasu, zamieszkującą wiecznie niezmienne środowisko. Załóżmy jednak, mimo oczywistej absurdalności takiej propozycji, że jakiś pamiętnik, niekoniecznie aż tak niepoważny, jest w podziemiach regularnie uzupełniany. Przyjmijmy także, już nie tak absurdalnie, że wampir w Banewarrens rzeczywiście istnieje, co o tyle nie jest pomysłem specjalnie fantastycznym, że jak wiadomo nawet dużo bardziej pokręconym istotom podziemia Danara przez wieki służyły i nadal służą za miejsce wiecznego spoczynku. Czy może raczej za ostatni adres zameldowania, by uwzględnić intencję twórców i trafniej oddać stan faktyczny. A teraz, poczyniwszy już te założenia, cofnijmy się o parę dni wstecz i zajrzyjmy przez nieumarłe ramię w hipotetyczny kajecik...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;O Przepotężny, Przebluźnierczy i Przedwieczny! Niechaj Imię Twe napawa lękiem tak Twoich wyznawców, jak i wrogów po najdalsze krańce wieczności! Po tylu latach spędzonych w mym mrocznym więzieniu, narzuconej siłą obrzydliwego dobra izolacji i samotnej służby Twojej wiekuistej chwale, nareszcie pozwoliłeś mi dać wyraz mej nieustającej adoracji nie tylko słowem, ale i czynem! Dzięki Ci, o Panie! Zezwól swemu słudze, w swojej okrutnej mądrości, częściej dawać świadectwo Twej mrocznej potędze.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra, ta inwokacja mierzy w rejestr zdecydowanie zbyt wysoki i cechuje się obrzydliwą, quasi-liturgiczną manierą, a na dodatek w mnogości słów próbuje ukryć niezaprzeczalny fakt, że oto minął jeden akapit, a nadal nic nie zaczęło się dziać. Z tego co wiadomo o klerykach, potrafią niekiedy prowadzić nawet bardziej nadętą narrację, wspominając jeszcze mniej faktów, ale wygłodzonego potwora, rzucającego się na swój pierwszy od stuleci obiad, trudno podejrzewać o zdania aż tak wielokrotnie złożone i do tego stopnia ociekające wazeliną. Należałoby się raczej spodziewać suchej relacji, potem oszczędnego samozadowolenia z przebiegu rzezi, a następnie krwistoczerwonego wybuchu energii, krótkich fraz pełnych hemoglobinowej intoksykacji. Co powiesz w takim razie na coś takiego:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Przybyli o świcie, jak to mają w zwyczaju. Zupełnie nieświadomi swej rychłej zguby, pełni naiwnej ufności ku któremuś ze słabych bożków świata dnia, tętniący dobrymi chęciami, skarlałymi emocjami i czerwoną, zniewalająco słodką krwią. Śmieszni w swojej aroganckiej wierze we własne możliwości. Nieporadni. Niezgrabni. Mali.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;Było ich czworo, więc szala zwycięstwa od początku była przechylona na moją stronę. Ich ślamazarne próby stawienia mi oporu przypuszczalnie śmieszyłyby mnie, gdyby nie były aż tak żałosne. W sto uderzeń ich oszalałych ze strachu serc było po wszystkim, walka się skończyła w jedyny sposób, w jaki skończyć się mogła. Teraz mieli odegrać inną, od dawna zaplanowaną rolę. Scena była przygotowana, miejsca zajęte. Mogła rozpocząć się powolna, dokładnie kontrolowana agonia. Na początek - aperitif dla mistrza ceremonii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O... mój... zły... okrutny... Boże!!! Nareszcie! Skąd w takim prostaku tak szlachetna... Źródło mocy, której nie czułem od stuleci... Zamknięta w tętnicach i żyłach, choć powinna wiecznie płynąć szerokimi... Czerwień, szkarłat, karmin, cynober — najpiękniejsze z barw... Tak! Jeszcze!! Mocniej!!! TAK!!!!!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu może spuśćmy zasłonę narracyjnego miłosierdzia na tę orgię łamiącą wszelkie spożywcze, społeczne oraz seksualne tabu, pozostawiając niniejszym wychodzącego z chronicznej anemii wampira samemu sobie i przenosząc się w zupełnie inne miejsce. Miejsce, gdzie żadne zasady łamane nie bywają, każdy ma swoją miskę i własny komplet sztućców, a za seksualny wybryk uważane jest publiczne wymówienie słowa "majtki". Miejsce, w którym jeżeli spożywana jest krew, jest ona krwią ubitej w rzeźni nierogacizny, dobrze ugotowaną i wymieszaną z kaszą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;Miejsce&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;: Miasto Świątynne, kwatery dowództwa regimentu mithrilskiego&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Czas&lt;/b&gt;: poranna odprawa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Uczestnicy&lt;/b&gt;: Lizetta, grupa operacyjna "Piwniczka D." oraz jakieś zastrachane, zasmarkane i zapłakane dziewczę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Przebieg spotkania&lt;/b&gt;: Lizetta przedstawia nam pociągającą nosem dziewuszkę jako sojuszniczkę odłamu madrielitów, odpowiedzialnych za wydarzenia w kaplicy Św. Thessyny. Ona sama, jąkając się z lekka i ciągle płacząc, opowiada o swoich towarzyszach, którzy wkradli się do Banewarrens jakiś czas temu i nie wrócili w umówionym terminie. Jesteśmy proszeni o uratowanie ich. Lizetta dorzuca prośbę o areszt obywatelski i dostarczenie nielegalnych wycieczkowiczów w ręce miejscowych władz. Dziewczę sięga po nową chusteczkę, a my wzruszamy ramionami i maszerujemy w podziemia.&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas gdy nasza gromadka, z lekka znudzona oglądanymi po raz kolejny korytarzami, drepcze sobie przez znane już na pamięć poziomy lochów wujka Danara, pewien literacko niespełniony wampir znajduje czas na uzupełnienie notatek. Odrzuciwszy jako nazbyt pretensjonalny i niezupełnie praktyczny pomysł użycia zamiast atramentu krwi swoich ofiar, w ciszy podkreślanej jedynie skrzypieniem pióra, po raz pierwszy od mileniów mając okazję zaprząc czas teraźniejszy do opisu wartkiego potoku wypadków, przelewa na papier co następuje:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Przygotowania z mojej strony są zakończone. Jestem pewien, że cztery osoby jest liczbą więcej niż wystarczającą, a zgromadzona w naczyniach liturgicznych krew pozwoliłaby na pomyślne przeprowadzenie nie jednego, ale pięciu rytuałów zniesienia trzymającej nas na tym poziomie Banewarrens magicznej bariery. Teraz tylko pozostaje cierpliwie poczekać, aż Xykon nauczy się właściwych zaklęć. Martwym czy nie, czarodziejom zawsze zabiera to za dużo czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z jego magicznych dywinacji wynika niezbicie, że lochy wracają powoli do rzeczywistości, z której wyrwał je kiedyś Danar, a nawet mają już wejście, znajduje się w jakimś mieście zarządzanym przez paladynów. Paladyni! Ci zakuci w swoje błyszczące zbroje słabeusze nawet nie będą wiedzieli, co ich dopadło. Zanim się zorientują, miastem będę rządzić ja i moje nowe, zbrojne plemię, a ramię w ramię z nami po jego skrwawionych ulicach kroczyć będzie ból, strach i ciemność!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na osinowy kołek! Cóż temu rozeschniętemu dziadowi może zabierać tyle czasu?!?&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej więcej pięć minut po tym, jak planujący podbój świata hematofag postawił kropkę pod znakiem zapytania, i w linii prostej jakieś trzysta jardów dalej, przechodzimy przez danarowy Forbiddance. Wyprawa zapowiada się co prawda równie beznadziejnie jak wszystkie poprzednie, ale tym razem mamy dodatkowo szybką misję, której wykonanie nie powinno nastręczyć większych trudności. Możliwości ograniczają się do następującej alternatywy: czterej towarzysze smarkatej schizmatyczki albo się tutaj po prostu zgubili, albo znajdziemy resztki ich ciał zmasakrowane przez drużynę z Quaan. Guillermo, jak zwykle otwierający wszystkie drzwi, w jednych z nich staje jak wryty. Oddajmy głos osobie winnej jego osłupienia:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Właśnie czytam swój ostatni wpis w pamiętniku, nie mogąc się zdecydować na najtrafniej określający spóźniającego się Xykona epitet, kiedy drzwi kaplicy otwierają się i staje w nich nie lich, ale jakiś żywy człowiek z obrzydliwie zaciemnioną słońcem skórą. Nie ruszam się, a ten wlepia ze mnie bezrozumne spojrzenie, stoi tak przez kilka sekund, po czym się wycofuje, zamykając za sobą wrota. Co to za porządki? Setki lat bez żadnej żywej istoty, jeżeli nie liczyć tych dwu szalonych i zupełnie niejadalnych slaadów, a tu nagle pielgrzymka za pielgrzymką!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przenoszę się w cień tuż obok framugi drzwi, skąd doskonale słychać krótką naradę odbywającą się właśnie za nimi. Głos zabierają co najmniej trzy różne osoby. Jedna z nich, kobieta, sądząc z melodyjnego głosu elfka, jest kleryczką i proponuje, że pójdzie, na wszelki wypadek, tuż za jakimś Guillermo. Druga kleryczka deklaruje pomoc w ewentualnym, i tu nie wiem czy dobrze zapamiętałem użyty zwrot, ternowaniu andedów. Czyli, po ludzku mówiąc, w czym właściwie? Za moich czasów traktowało się język lepiej, nie zaśmiecając go niezrozumiałym żargonem. Trzeci głos mówi tak cicho, a na dodatek z tak dziwacznym akcentem, że nie jestem w stanie dosłyszeć poszczególnych słów. Czegokolwiek by nie planowali, czeka ich nielicha niespodzianka.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z trudem łapiąc powietrze po sprinterskiej rejteradzie za oferującą względne bezpieczeństwo magiczną barierę spoglądamy na siebie, ciągle mając trudności z uwierzeniem w to, co się właśnie wydarzyło. Czarny rycerz oddający się lekturze jakiejś księgi w wielkiej komnacie to jedno, ale to, czego w chwilę potem dokonuje dwoma niedbałymi gestami i kilkoma słowami wycedzonymi przez wampirze kły to już zupełnie inna bajka. Najpierw Cinnamon, a w chwilę później Matheney przestają być kleryczkami, ich łączność z Madriel i Coreanem jest całkowicie i być może nieodwołalnie zerwana. Obie siedzą teraz, ze łzami w oczach, załamane i milczące. Postanawiamy wracać do Miasta Świątynnego, jednak chwilowo nikt się nie rusza. Uczucie beznadziei można by kroić nożem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle nasze chóralne milczenie przerywa głęboki wdech Cinnamon, potem gwałtowny wydech, a następnie pewien rzadko w elfickim używany wulgaryzm. Wspomnianym éigniúmacollmhór (w dość luźnym tłumaczeniu "syn zgwałconej przez parchatego trolla ogrzycy") jest, jak mniemam, wampir w czarnej zbroi, ale zanim jestem się w stanie dopytać o przyczyny tak elokwentnego określenia jego rodowodu, elfka potrząsa Matheney, każąc jej się pozbierać, bo blokada więzi z bogiem zaraz minie. Jej właśnie minęła. I to jak minęła!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczy Cinnamon błyszczą żądzą zemsty. Przed jej furią cofnąłby się teraz nawet smok, gdyby takie stworzenia rzeczywiście istniały, usunęłaby się z jej drogi kolosalna statua w Mithril, rozstąpił osławiony Crimson Tide. Według mojej oceny, stulecia wampira są już policzone, więc zamiast tracić czas na opisywanie szczegółów naszej chytrej strategii, mającej na celu obrócenie w proch jego planów na wieczność, oddajmy mu jeszcze raz głos:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;No proszę, mieli na tyle rozsądku, żeby salwować się ucieczką. Uciekajcie, słabe istotki, uciekajcie ile sił w nogach. I tak was dopadnę, prędzej czy później – prędzej, jeżeli tu wrócicie zaraz po odzyskaniu więzi z waszymi śmiesznie słabymi bożkami; później, jeżeli będziecie będziecie wystarczająco głupi, by poczekać na zakończenie rytuału. Tak czy owak, będzie na was czekał szwadron moich ghouli. A trzeba wam wiedzieć, że mogą czekać całą wieczność. Mają czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednego z moich sług wysyłam do Xykona, prosząc go grzecznie, acz zdecydowanie, o pojawienie się w trybie natychmiastowym w kaplicy. Ghoul wraca po chwili z wieściami, od których gotuje się we mnie cała wypita dzisiaj krew. Ten cholerny eks-magik, ta grzechocąca kośćmi kukła, ten taumaturgicznie napędzany osioł ma czelność informować mnie, że na skutek przeprowadzanych dzisiaj, niecierpiących zwłoki eksperymentów, będzie mógł wziąć udział w otwieraniu blokady najwcześniej jutro. Już ja mu pokażę cierpienie zwłok!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na cierpienie zwłok muszą jednak wszyscy trochę poczekać, bo oto na wampirze siedlisko przypuszcza atak trzyosobowy, silnie obłożony czarami ochronnymi i zdecydowany na wszystko desant. Przodem idzie, hałasując pełną płytówką, Amelanchier. Tuż za nim, na wysokości sufitu, lecę ja. Szyk zamyka Cinnamon, w której elfich oczach wciąż płonie chęć obliteracji krwiopijcy odpowiedzialnego za chwilowe zerwanie łączności między nią a jej boginią. Zapłaci za to, zapłaci drogo, a proch, który po nim pozostanie, wyląduje w koszarowej latrynie. Tak jej dopomóż Madriel i &lt;i&gt;Soulblast&lt;/i&gt; Tadhga!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Znowuście tutaj, robaczki? Młot i kowadło aż kuszą, żeby tak między nie znów wpełznąć? Paluszków nieuszkodzonych ciągle dość, by je nadal bezrozumnie pchać między drzwi? Kto by pomyślał – po tylu latach perfekcyjnej monotonii, taka rozrywka! To zeschłe truchło chyba się nie myli: Banewarrens już nie jest tak szczelne jak dotychczas… No cóż, na dobry początek wskażmy kleryczce błąd w jej postępowaniu.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;— Tam jest! — krzyczy Cinnamon, rzucając w przeciwnika Sunspear, ulepszony najsilniejszym z dostępnych jej czarów leczących. Wampir w tej samej chwili wskazuje na madrielitkę, wypowiadając słowa morderczego zaklęcia. Zabezpieczenie przed magią śmierci działa bez zarzutu. Ćwierć sekundy później wygarniam w niego ja. Mamy go!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Ejże, co to za porządki?!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Wbiega Guillermo, a za nim reszta naszych. Wróg oddaje pole, zmieniając się w żwawo rejterującą karmazynową mgłę. Bez większego trudu ratujemy czwórkę zawieszonych nad ołtarzem kaplicy thessynitów, dewastując w ferworze walki z jakimś pomniejszym undeadem pewną bardzo masywną i, wydawałoby się, solidnie wykonaną chrzcielnicę, a następnie wychodzimy na powierzchnię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem jak inni, ale ja mam wrażenie dobrze spełnionego obowiązku. Nie tylko wobec miasta, ale także względem imperatywu narracyjnego: nadaliśmy żywych barw szarej dłużyźnie wieczności, którą wkrótce przyjdzie nam zresztą pewnemu wampirowi wydatnie skrócić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to już całkiem inna historia…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…którą opowiem Ci w szczegółach, kiedy się zobaczymy. Niech choć część sprawozdań z naszych przygód rzucona zostanie na pastwę prozy mówionej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze zmęczonym pozdrowieniem,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-2749998195648598074?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/2749998195648598074/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=2749998195648598074' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/2749998195648598074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/2749998195648598074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2009/08/chod-rodzinnej-kryptki.html' title='Z krwi i kości, pamiętnik kryptyczny'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5771742370989785895</id><published>2009-08-25T22:10:00.008+02:00</published><updated>2010-07-29T19:48:55.824+02:00</updated><title type='text'>Śpiąc i śniąc</title><content type='html'>&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: 13px;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: 13px;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;W ciepłą, vangalotową noc, gdzieś w Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy twierdzą, że życie jest snem. Inni, że niekończącą się opowieścią, ze stale zmieniającymi się dramatis personae. Ja sam mam poważne przesłanki by twierdzić, że obie strony mogą mieć rację, a granica między tymi poglądami jest zazwyczaj niełatwa do zdefiniowania...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lśniąca magicznym blaskiem pochodnia z trudem rozświetla fragment korytarza. Cały świat mógłby równie dobrze składać się z tych kilku metrów kamiennych ścian, pojawiających się z nicości przed nami i odchodzących w niebyt za drepczącym mi niemal po piętach Oshirem. Leniwie zastanawiam się, czy to monotonia zyskuje nowy wymiar, czy może straciła wszystkie inne wymiary i od tej chwili pozostał jedynie przysłowiowy kamień na kamieniu. Czy naprawdę zwieńczeniem całości dzieła stworzenia jest łukowate sklepienie? Czy rzeczywiście poza tym kręgiem nieśmiało drżącego światła panuje jedynie ciemność? Czy nic jej już nigdy nie rozświetli?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ni z tego, ni z owego, wbrew rozsądkowi nakazującemu zachowanie ciszy i tak, jakby potrafiła czytać moje ponure myśli, Cinnamon zaczyna nucić. Delikatnie i jakby od niechcenia szkicuje głosem linię melodyczną, najcichszym z szeptów zaznacza słowa. Rozumiem tylko piąte przez dziesiąte, przypuszczam, że nawet prababka jej prababki nie posługiwała się tak archaicznym dialektem. Szarość korytarza nabiera barw. Ciemności blakną. Słucham urzeczony, zatracając się w epifanii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle gdzieś przed nami, poza zasięgiem niesionej przez Oshira magicznej latarni słychać świst i nieprzyjemny dźwięk ostrego narzędzia wbijającego się w ciało. Cinnamon milknie i niemal traci równowagę, kiedy magiczna więź, zadzierzgnięta między nią a Guillermo, przekazuje empatyczną informację o ranach prowadzącego zwiad przyjaciela. Jeden rzut oka na jej pobladłą twarz wystarcza, żeby się zorientować, że nie jest dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim jestem w stanie zareagować, Oshir potężnym wymachem ciska w kierunku Guillermo niesione przez siebie źródło światła i zaczyna biec, a Cinnamon rozpoczyna rzucanie czaru leczącego. Najsilniejszego z posiadanych. I, o ile potrafię ocenić, maksymalizuje go wydatkując pozytywną energię, której większość kleryków używa do przepędzania undeadów. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę, jak dłonie kleryczki trzęsą się ze zdenerwowania. Co u diabła mogło jednym atakiem do tego stopnia nadwerężyć zdrowie zwiadowcy?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpowiedź na to pytanie nadchodzi po czasie, jaki był potrzebny rzuconemu kamykowi z Continual Flame na przebycie w locie około 15 metrów – naszym oczom ukazuje się dwuipółmetrowy potwór, wyjęty żywcem z najgorszych koszmarów. Albo, jeżeli mamy szczęście, wyjęty z nich nie żywcem, ale raczej pośmiertnie, co dawałoby mi większe pole do manewru podczas używania magii. Stwór ma cztery potężne łapska, każde wyposażone w dziesięciocentymetrowe pazury, a jedno dodatkowo w wielki, dwuręczny miecz, nienaturalnie szeroko otwierającą się paszczę pełną paskudnie wyglądających zębów i ogromne, czarne jak serce Banewarrens oczy, wlepione w leżące u jego stóp, nieruchome ciało Guillermo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podbiegam i, nie marnując czasu na dokładniejsze celowanie, uwalniam jedyne zaklęcie, które nie wyrządzając krzywdy moim kompanom poważnie uszkodzi każdego nieumarłego, demona czy inną istotę pozbawioną duszy. Jeżeli to undead, to nieznanego mi typu; jeżeli demon, to nigdy nie natknąłem się nawet na wzmiankę o nim; jeżeli co innego – zobaczymy co się stanie. Oberwać powinno, bo jeżeli żyje w Banewarrens, nawet jeżeli kiedyś posiadało duszę, przez te wszystkie lata na pewno ją tutaj straciło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Monstrum wydaje z siebie ocierający się o ultradźwięki wizg bólu i wściekłości, dźwięk mrożący krew w żyłach, paraliżujący wolę i sprawiający, że myśli rozpierzchają się jak stadko gołębi na widok atakującego jastrzębia. Zataczam się na ścianę, z trudem łapiąc równowagę. Widzę jak Oshir tężeje, ale wykorzystując impet wbija swój rapier w brzuch potwora. Przebiegająca obok mnie Cinnamon potyka się i upada, odruchowo sięgając dłonią do nosa, z którego sączy się krew.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stworzenie, jakby niepomne na zadaną mu rapierem ranę, gwałtownym ruchem ponownie wbija miecz w pierś Guillermo, a drugim ramieniem bierze potężny zamach i niemal dekapituje Oshira. Wpadam w panikę i posyłam w jego kierunku magiczną błyskawicę, która jednak przelatuje przez niego w głąb korytarza, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy. Guillermo nadal się nie rusza, Oshir charkocze w kałuży własnej krwi, Cinnamon się nie podnosi. Dwoma skokami przeciwnik pokonuje dzielącą go ode mnie odległość i bierze kolejny zamach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat staje w miejscu.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;Skóra potwora spływa z niego na kamienną posadzkę.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;Przede mną stoi Gabriel, z szaleństwem w oczach i okrutnym uśmiechem.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;Metalicznym głosem wypowiada słowa zaklęcia, a ja bezradnie czekam na śmierć.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Budzę się z krzykiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;— Zły sen? — pyta Cinnamon, przerywając na chwilę swoją elfią medytację. — Mierzi mnie już ciągłe powtarzanie, że odpoczywanie w podziemiach ma mniej więcej tyle sensu, co rzucanie czaru wskrzeszenia na entuzjazm. Trzeba było wracać do Miasta Świątynnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciągle zdezorientowany, rozglądam się po otoczeniu, szukając wzrokiem Gabriela, jednak po chwili dociera do mnie, że paladyna nie ma już między nami. Nietypowo dla siebie wykazał się wystarczającą ilością zdrowego rozsądku, by zaprzestać ciągłych wycieczek w to przygnębiające miejsce. Zapewne to ponura atmosfera Banewarrens jest odpowiedzialna za koszmar, z którego właśnie udało mi się wyrwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;— Jeszcze tak ze dwie godzinki, inaczej niczego się nie nauczę — mruczę, przewracając się na drugi bok. — Jeżeli się będę bardzo rzucał przez sen, po prostu mnie obudźcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nim jednak udaje mi się znaleźć w miarę wygodną pozycję na twardych płytach kamiennej posadzki, wartujący Guillermo klepie mnie delikatnie w ramię i wzrokiem pokazuje drzwi prowadzące w kierunku tej części podziemi Danara, których jeszcze nie odwiedziliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspaniale, tego tylko brakowało! Kolejnej walki z nieznanym przeciwnikiem, mając do dyspozycji najwyżej połowę zaklęć bojowych i jedną czwartą leczących.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potrząsam delikatnie ramieniem pochrapującego przez sen Nestera, Cinnamon trąca czubkiem buta siedzącego przy ścianie z zamkniętymi oczami Oshira. Z wprawą ludzi, którzy od dawna uskuteczniają nomadyczny tryb życia, w parę chwil jesteśmy gotowi do drogi, mimo że wszyscy wręcz ociekają zniechęceniem i zmęczeniem. Coś, co miało stanowić ambitne wyzwanie i niepowtarzalną przygodę zmieniło się już dawno temu w nużące dreptanie w kieracie bezcelowej niemożności. Jestem pewien, że dokładnie tak musi wyglądać któreś z piekieł. Całkiem prawdopodobne, że Banewarrens, ukryte w nieznanym miejscu gdzieś między wymiarami, sąsiaduje bezpośrednio z jednym z nich, przewyższając je kilkukrotnie ilością zgromadzonego zła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;— Kroki się oddalają — szepcze Guillermo. — Co robimy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;— Gabriel pewnie powiedziałby, że napieramy — zauważa z przekąsem madrielitka. — I to się wydaje, paradoksalnie, całkiem niezłym pomysłem. Z dziką radością zignorowałabym te odwiedziny, ale w jedenastu przypadkach na dziesięć jest to ktoś, kto nie ma względem nas szczególnie przyjacielskich zamiarów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skinięciem głowy przyznaję Cinnamon rację. Jeżeli my jesteśmy świadomi czyjejś obecności, jest duża szansa, że nasza tutaj obecność właśnie przestała być tajemnicą. A to może oznaczać tylko jedno: kłopoty. Duże kłopoty. Robię szybki inwentarz zapamiętanych zaklęć – została może połowa, z czego sporo czarów w bezpośrednim starciu raczej nieprzydatnych. Zawsze jeszcze pozostają magiczne przedmioty... Tak czy siak, trzeba będzie sobie jakoś poradzić. Cinnamon jest pewnie jeszcze bardziej wyczerpana, choć nawet bardzo wnikliwy i dobrze ją znający obserwator miałby problemy z zauważeniem oznak zmęczenia czy niepewności. Z czarami leczącymi czy nie, musimy zadziałać. No cóż, napierajmy zatem, w imię wszystkich tych bogów, którzy zdają się nam w naszej misji sprzyjać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Guillermo idzie przodem, bezszelestny i umiejętnie wykorzystujący każdą okazję, by zniknąć z oczu ewentualnego obserwatora. Jego wysiłki, kto wie, może i przyniosłyby jakieś rezultaty, gdyby nie to, że jakieś dwa metry za nim Oshir niesioną przez siebie magiczną latarnią oznajmia wszem i wobec naszą obecność. Gdyby wróg miał okazać się ślepy (atrakcyjny z ewolucyjnego punktu widzenia pomysł, w tych ciemnościach), zwracamy na siebie uwagę raźnym tupotem naszych nóg. Rzeczywiście, trudno znaleźć trafniejszy termin niż "napieranie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Korytarz przechodzi w komnatę, której ogrom można ocenić jedynie w przybliżeniu, wsłuchując się w zmienione echa naszych kroków. Zewsząd otacza nas ciemność, niesione przez Oshira źródło światła oświetla jedynie kawałek podłogi oraz portal, przez który właśnie weszliśmy. Jeżeli ktoś tu jest, nie widzimy go, on natomiast widzi nas na pewno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ledwie zdążyłem to pomyśleć, słyszę ciche słowa rzucanego zaklęcia. Słowa, które słyszałem do tej pory jedynie w swoim wykonaniu. Gdzieś z przedwiecznej ciemności wystrzeliwuje prosto we mnie promień mlecznobiałej energii, wdziera się brutalnie w centrum mojego jestestwa, targa na strzępy moją duszę i odsyła w niebyt moją energię życiową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nim jestem w stanie choćby krzyknąć, ciemność ogarnia mnie welwetowym całunem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli, okrutnie powoli, welwet pośmiertnej nicości przekształca się w jedwab mojej pościeli, a ciemność ustępuje miejsca światłu poranka, wpadającego wprost na moją twarz z niedomkniętej okiennicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach więc to tylko sen, a właściwie dwa kolejne koszmary, gdy tymczasem jestem całkiem bezpieczny, choć na pewno ciągle nie całkiem trzeźwy, w swoim łóżku w ambasadzie. Próbuję sobie przypomnieć co, i w jakich ilościach, wczoraj piłem, ale na etapie pięciu różnych trunków i około galona objętości poddaję się, z jękiem padając na poduszkę i zasłaniając oczy ramieniem przed kłującym mnie bezpośrednio w mózg okrutnym promieniem złośliwego słońca. Piękny początek oficjalnej służby dyplomatycznej, nie ma co!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałbym ochotę jeszcze pospać, ale w odróżnieniu od dawnych czasów, kiedy potrafiłem cały dzień na wpół przespać, na wpół przeleżeć bezczynnie w pościeli, nie jestem w stanie. Strach przed kolejnymi koszmarami oraz obawa, że na skutek któregoś z nich znowu mógłbym próbować sobie coś zrobić wyganiają mnie z łóżka. Sprzysięga się także przeciwko mnie fizjologia, domagająca się wycieczki w pewne miejsce, w które zresztą chwilę potem muszę wrócić. A potem jeszcze raz, i jeszcze, choć wydawałoby się, że już nic we mnie nie pozostało. Bogowie, za co?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kuchni, łapczywie pijącego wodę bezpośrednio z kilkulitrowego dzbana, zastaje mnie Gráinne. Uśmiecha się pod nosem kiedy pyta, jak się czuję i nie oczekując na odpowiedź rzuca Quick Sober. Choć wiem, jak to zabrzmi, chyba jeszcze nikt nie zrobił mi tak dobrze, jak moja własna siostra. A pomyśleć, że kiedy tu przyjechała i oznajmiła, że zostaje, moje uczucia na ten temat były w najlepszym wypadku ambiwalentne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gráinne jest w widoczny sposób zaaferowana — ucieszona i zdziwiona zarazem — kiedy mówi mi, że mamy specjalnego gościa. I że czeka na dole. I żebym się umył i ubrał jakoś ładnie, i generalnie wyglądał przyzwoicie. I żeby to nie trwało całą wieczność, bo będę żałował każdej minuty opóźnienia, kiedy już się dowiem kto zacz. To ostatnie zdanie najchętniej poddałbym w wątpliwość — dziś rano chciałbym przełożyć na później każde spotkanie, bez względu na tożsamość gościa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy schodzę do najbardziej reprezentacyjnego z pokoi znajdujących się na parterze, zauważam odwróconą do mnie plecami postać, wsłuchaną w opowiadającą jakieś błahe historyjki Gráinne. Nie rozpoznaję szat, nie znam nikogo o takim kolorze włosów, a na dodatek nie wyobrażam sobie z kim moja siostra znałaby się w Mithril na tyle blisko, by pozwolić sobie na beztroskie plotkowanie. Moment olśnienia przychodzi, gdy kobieta lekko przechyliwszy głowę zaczyna nią z niedowierzaniem kręcić. O mamo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gościem jest nikt inny jak Aoife Uí Dhraodoir, nasza matka. A właściwie, żeby być dokładnym, matka Gráinne, a zarazem ktoś, kto za moją matkę przez długi czas uchodził. Widząc moje bezbrzeżne zdziwienie Gráinne milknie, a mama spogląda w kierunku drzwi i, ujrzawszy mnie, uśmiecha się. Ta radość w oczach, to spontaniczne rozszerzenie się źrenic nie może być przecież sfingowane! Ta czułość w uśmiechu musi być przecież prawdziwa. To wszystko, co pamiętam i to wszystko, co widzę nie może być przecież tylko snem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mama coś mówi, ale nie jestem w stanie się skupić. Mama oczekuje, że podejdę, ale ciało mam jak wykute z kamienia. Mama wpatruje się we mnie, wpatruje intensywnie. Zbyt intensywnie. Jej zielone oczy ciemnieją, zmieniają się w dwa bezdenne jeziora. Widziałem już kiedyś takie oczy... dawno i niedawno zarazem. Odbyłem już kiedyś nieskończenie daleką podróż, nie ruszając się z miejsca... kiedyś w Hollowfaust, ale także tutaj, w Mithril.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamo?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli nadal jest przy mnie, nie zauważam jej w miejscu, w które się nagle znalazłem. Otacza mnie krajobraz (jeżeli to rzeczywiście krajobraz) niezrozumiały, znajdujący się w ciągłym ruchu (jeżeli to naprawdę jest ruch) między pierwszym planem a horyzontem (jeżeli można mówić o jakiejkolwiek między nimi różnicy). Z trudem przychodzi mi z tego chaotycznego wszystkiego wyodrębnić jakieś zdefiniowane coś. Wiem jednak, że muszę próbować. Jestem głęboko przekonany, że od tej próby uzależnione jest wszystko, a może nawet jakieś kluczowe nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamo?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z chaosu wyodrębniam ją, wyodrębniam taką, jaką chciałbym, żeby była. Potem ze zdziwieniem konstatuję, że sięgając głębiej w otaczające mnie zatrzęsienie form, kształtów, snów, domysłów, wspomnień, emocji, faktów i marzeń, jestem w stanie dodać do wcześniej wyodrębnionej całości kolejny wymiar: Aoife Uí Dhraodoir taką, jaką ją pamiętam. Szukam dalej, wiedząc, że to nie wszystko. Mama taka, o jakiej mówiła mi Gráinne. I jeszcze taka, jaką pamięta... moment, kto?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tych wspomnień nie mogę mieć, one nie mogą być moje, są czyjeś, są nieprawdziwe! W pierwszym odruchu próbuję je zignorować, ale jak ćma zmierzająca nieuchronnie ku zabójczemu płomieniowi świecy nie jestem w stanie zdusić w sobie fascynacji nowym odkryciem. Do kogo należą te wspomnienia? Co robią w mojej głowie? Jeżeli już tu są, może dałoby się dowiedzieć... może czas poznać prawdę, przecież mama przyjechała tutaj, by mi w tym pomóc. Gorączkowo wyławiam z chaosu strzępki obcych mi, a jednocześnie moich wspomnień. Są ruchliwe i sprytne, kryją się i wymykają, jednak nie ustępuję. Udaje mi się przydybać pamięć o przygotowaniach do jakiegoś eksperymentu... zapędzam w róg i chwytam wspomnienie rzucania czarów, których nie znam i jeszcze długo nie będę mógł poznać... powalam na łopatki echo rozmowy o jakimś pakcie... podpatruję z ukrycia obraz nocy z...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamo!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budzę się. Dotykam świata jak ramy obrazu. Cinnamon wpatruje się we mnie z troską z fotela, w którym przez ostatnie tygodnie medytuje, kiedy ja śpię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim damy się unieść rwącemu potokowi wypadków, milczymy wspólnie przez jakiś czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na ten sam temat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5771742370989785895?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5771742370989785895/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5771742370989785895' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5771742370989785895'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5771742370989785895'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2009/08/spiac-i-sniac.html' title='Śpiąc i śniąc'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-1212198157565388195</id><published>2008-11-03T14:16:00.006+01:00</published><updated>2010-07-29T19:49:04.762+02:00</updated><title type='text'>Wstrząsnięty i lekko zmieszany</title><content type='html'>&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Arial; font-size: small;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: 13px;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aoife Uí Dhraodoir&lt;br /&gt;Pinkett Mews 11&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Początek Vangalota, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szanowna Pani Uí Dhraodoir,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Korzystam z obecności w Mithril Pani córki, Gráinne, by dzięki jej uprzejmości przesłać korespondencję do Pani szybciej niż miało to miejsce w przypadku poprzednich wiadomości. Prawdę mówiąc jakiś tydzień temu cieszyłem się perspektywą napisania tego listu, czekałem z niecierpliwością na koniec moich egzaminacyjnych zmagań, a wizja ich opisania była dla mnie jednym z czynników motywujących do dodatkowego wysiłku. Tymczasem wczorajsze wydarzenia wprowadziły w moje życie więcej zmian niż mogłem w najśmielszych wyobrażeniach przypuszczać. Zmian dramatycznych, niespodziewanych, kładących się nieprzyjemnym cieniem na te aspekty egzystencji, gdzie stałość przekłada się bezpośrednio na zaufanie, a niezmienność na poczucie bezpieczeństwa. Tak się bowiem składa, że niemal jednocześnie stałem się pełnoprawnym nekromantą z Hollowfaust, oficjalnie akredytowanym ambasadorem naszego miasta w Mithril i człowiekiem pozbawionym przeszłości. W tym również, a może przede wszystkim, rodziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cisną mi się pod pióro niezliczone pytania, jednak są na tyle mało specyficzne, że zapytam jedynie jak dziecko: 'Dlaczego?' Jak dziecko, którym dla Pani prawdopodobnie nigdy naprawdę nie byłem. Jak dziecko, które w pewnym momencie przestaje nim być, po tym jak życiowe doświadczenia, nabywane jedno po drugim, z biegiem czasu nieodwracalnie burzą naiwne przekonanie, że świat ma sens, że rodzicom się wierzy bez zastrzeżeń, że wszystko prędzej czy później będzie dobrze. Jak dziecko, które wbrew wszystkiemu, ciągle jeszcze gdzieś głęboko we mnie tkwi, żywiąc się bezzasadnym przekonaniem, że przestać być dzieckiem nie wypada, a nie być naiwnym to nie być wcale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepraszam za formę, w której się do Ciebie w pierwszych dwóch akapitach zwracałem – jest to jedynie zabieg stylistyczny, mający na celu oddanie całego tego chaosu, w który przemieniły się mój umysł i moja dusza, niepokoju, dezorientacji, oderwania od otaczającej mnie rzeczywistości, nadwerężonego związku z ludźmi wokół mnie i z sobą samym. Nieważne, co się okaże, czego się dowiem od Ciebie, co mi powiedzą ci czy inni – zawsze będziesz dla mnie osobą, o której będę myślał z tą jedyną w swoim rodzaju czułością, zarezerwowaną u wszystkich, którzy kiedykolwiek byli dziećmi, dla osoby, która od zawsze była w pobliżu, niezmiennie troskliwej, niezmiennie bezinteresownej, niezmiennie kochającej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomóż mi, Mamo. Pomóż zrozumieć, jakim cudem nie pamiętam niczego, co mogłoby potwierdzać teorię o tym, że jestem jedynie czyjąś kopią, istotą wprowadzoną siłą w świat, który się bez niej doskonale do pewnego momentu obywał. Nie chcąc Cię martwić, ukrywałem przed Tobą fakt wskrzeszenia mnie po szczególnie trudnej misji w głąb Wymiaru Cienia, nie opisałem zdarzających się następnie nie pozostawiających żadnych wspomnień po sobie, nieświadomych prób samobójczych. Wczoraj wytłumaczono mi, że pojawienie się ich było co prawda, jak przypuszczałem, skutkiem gwałtownych przejść, ale ich podłoże leży zupełnie gdzie indziej. Są mechanizmem autodestrukcyjnym, wpisanym w zaklęcie lub rytuał, za pomocą którego zostałem stworzony. Źródło tych rewelacji musi pozostać chwilowo anonimowe, jednak o niedoinformowanie trudno jest je podejrzewać – fakt bezwiednie przeprowadzanych prób unicestwienia samego siebie jest najlepszym dowodem, że to nie kłamstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stąd gorąca prośba: pomóż mi poznać prawdę o moim pochodzeniu, podziel się proszę wszystkimi informacjami, które mogą mi ułatwić rozsupłanie tego zawiłego splotu niecodziennych okoliczności, niezbadanych motywacji i nieznanych mi wydarzeń. Muszę się dowiedzieć jak najwięcej, konieczne jest zebranie wszelkich dostępnych faktów i to zebranie ich jak najszybciej. Żadna prawda nie będzie dla mnie bardziej bolesna niż altruistyczne, litościwe kłamstwo, zwłaszcza że to ostatnie jest w stanie okazać się śmiertelne nie tylko dla mnie, ale także dla ludzi, których lubię i cenię. Ignorancja jest narkotykiem, którego zażywanie, choć przyjemne, jest prędzej czy później zabójcze. Tym razem prawdopodobnie prędzej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi na to, że zdanie egzaminów przygotowanych dla mnie przez hollowfaustowską komisję, choć niełatwe, było jedynie wstępem do prawdziwego egzaminu, którym będzie dowiedzenie się prawdy o sobie samym. Nie znam reguł, składu komisji ani terminów ostatecznych, mam tylko głębokie przekonanie, że gram o wszystko, że nie będzie szansy na drugie podejścia, poprawki czy komisy. Stawką jest moje życie i nie ma dla mnie żadnego znaczenia, że może być ono jedynie wynikiem magicznego eksperymentu. Z mojego punktu widzenia, ta kopia jest oryginałem, pierwszym i ostatnim Tadhgiem Mhic Draodoirem jakiego ten świat potrzebuje. Pierwszym i ostatnim, którym ja kiedykolwiek będę. Pierwszym i ostatnim jakiego chciałaś mieć, ciągle masz i, mam nadzieję, niezmiennie będziesz chciała mieć za syna Ty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewien sposób zabawne jest, że magia, od zawsze mnie intrygująca, może się okazać moim jedynym prawdziwym – bo chyba trudno w tych okolicznościach użyć słowa 'naturalnym' - rodzicem. Od jakiegoś czasu to właśnie jej matczynej opiece zawdzięczam życie – broni mnie i moich przyjaciół, pomaga nam w zmaganiach z nieprzyjaznym światem, w krańcowych przypadkach przywraca mnie do świata żywych zza tej granicy, którą większość przekracza raz i tylko w jedną stronę. Teraz dowiaduję się, że również jej podziękować muszę za początki swojej egzystencji i ją – ironicznie – całkiem niedługo może mi przyjść winić za rozstanie się z tym światem. Wygląda na to, skoro zaczęła dochodzić do głosu część czaru odpowiedzialna za samozniszczenie, że spełniłem swoje zadanie, jakakolwiek by nie była jego natura. Piasek w klepsydrze się kończy, czasu jest coraz mniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba działać. Działać szybko, zdecydowanie i rozważnie. Pomóż mi szczególnie w tym ostatnim, przekazując mi jak najszybciej wszystkie informacje, które mogłyby okazać się pomocne w odzyskaniu samego siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całuję Cię mocno,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;2. Vangalota, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 41#8938#458TMD&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir, M.Th., do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczony Kolego,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z niekłamaną satysfakcją donoszę, iż egzaminy urządzone przez komisję uczelnianą z Hollowfaust zdałem i jestem niniejszym pełnoprawnie uznanym czarodziejem w naszym rodzinnym mieście, a tutaj, w Mithril, oficjalnie akredytowanym ambasadorem. Mam nadzieję, że wieści o moim awansie nie doprowadzą nikogo do ataku apopleksji – jest szansa, że rektor zapomniał o mnie na dobre, i że nie przegląda zbyt uważnie dokumentów wypisywanych pewnie teraz w dziekanacie. Zresztą jeżeli dowie się o tym, że zamiast zejść na psy poszedłem "w ambasadory", łatwo będzie znaleźć informatora. A właściwie informatorkę - pani Palm wydawała się mnie nieźle pamiętać. Rzuciła nawet kilka uszczypliwych, choć całkowicie niemających oparcia w faktach, uwag na temat mojej umysłowości za czasów uniwersyteckich. Cieszę się, że nadarzyła się okazja wyprostowania jej poglądów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatni tydzień był więc dla mnie okazją do powrotu na naukowo-magiczną niwę. Upłynął nie tylko pod znakiem egzaminu jako takiego, ale także produkcji wymaganego do jego zaliczenia przedmiotu magicznego oraz, w wolnym czasie, nauki dalszych arkanów wiedzy tajemnej. Kiedyś bym się o to nie podejrzewał, teraz jednak cieszy mnie każda okazja do spędzenia kilku dni w zaciszu własnej komnaty, z książką magiczną i Mustellusem jako jedynymi kompanami. Mistrz pewnie nadal ma kłopoty z wyobrażeniem sobie takiej sceny. No cóż – niekiedy wyobraźnia ma problemy z dogonieniem rzeczywistości i nie zawsze dotyczy to jedynie negatywnych stron życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już mowa o negatywnych stronach życia, to jedną z nich poddaliśmy ostatnio eradykacji. Byliśmy w stanie poradzić sobie z groźnym dla Mithril paktem, który zawarła z pewnym potężnym undeadem rodzina Guillermo, a dokładniej jacyś ginący w pomroce dziejów jego przodkowie. Świadomość niebezpieczeństwa związanego z przywołaniem owej tajemniczej istoty powstrzymywała kilka pokoleń rodziny Balicane od przypominania jej o swoim istnieniu, a tym samym narażenia się na konieczność wypełnienia zobowiązań w ramach zapłaty za ewentualne usługi. Podczas naszego pobytu na Plane of Shadow Guillermo był zmuszony powołać się na pakt i zażądać pomocy. Pomoc przyszła, nie dość szybka co prawda, by uratować mi skórę, ale jednak na tyle skuteczna, że moi towarzysze mogli ujść cało i zapewnić mi przywrócenie do życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostała kwestia zapłaty za wsparcie w Wymiarze Cienia, o której Guillermo uparcie nie chciał mówić, ale z którą zaczęło mu być coraz bardziej niewygodnie. Poszukaliśmy pomocy u zaprzyjaźnionej kapłanki i to dzięki niej udało nam się z naszym niedawnym mrocznym sprzymierzeńcem spotkać w jego cienistej siedzibie. Kiedy okazało się, że ceną za usługi w Świecie Cienia ma być hekatomba urządzona w Mithril lub okolicach, nie mieliśmy wyjścia – zamiast renegocjować warunki paktu, unieważniliśmy go, odsyłając w niebyt żądne krwi stworzenie. Przy okazji muszę donieść, że przy odpowiednim doborze zaklęć nie ma na świecie bardziej skutecznego duetu niż kapłanka i nekromanta. Nawiązanie dobrych stosunków z klerykami władającymi wysokopoziomowymi czarami wydaje się być niezłym pomysłem nie tylko ze względu na ich czary leczące – odpowiednio użyta, pozytywna energia potrafi być niesamowicie skuteczną bronią i jej ofensywne zastosowania przerastają wiele zaklęć czarodziejskich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed nami znów Banewarrens, o ile jakieś misje bardziej personalnej natury nie okażą się niedługo priorytetowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Pierwsze dni Vangalota, moje - być może ostatnie, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Innieczku,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co prawda nie wszystkim z łatwością przyjdzie w to uwierzyć, ale jestem dość litościwym stworzeniem, więc nie będę Cię tym razem obciążał psychicznie enumeracją nieszczęść mnie spotykających, ani też litanią moich życiowych problemów – zrobiłem to już w liście do swojej rodzicielki, albo w każdym razie do Aoife Uí Dhraodoir, która za moją rodzicielkę powszechnie uchodzi. To powinno wystarczyć. Co nie oznacza, oczywiście, że będzie lekko – znoszenie mnie w fazie manii jest przypuszczalnie jeszcze trudniejsze niż radzenie sobie ze mną wtedy, gdy tkwię w otchłaniach depresji. Tak czy siak, życzę szczęścia - dziś będziesz zdany na mój całkiem niezły humor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A więc po pierwsze – ZDAŁEM!!! Zdałem w końcu ten przeklęty egzamin, na złość wszystkim nadętym bufonom z naszej cennej Alma Mater, którzy w ramach magicznej kariery wróżyli mi najwyżej zostanie ulicznym kuglarzem, natomiast za jedyny związek z nekromancją skłonni byli uznać zutylizowanie moich szczątek do produkcji strzegących porządku na ulicach Hollowfaust undeadów. Nie powiem, ja sam, gdyby mi ktoś jeszcze rok temu przepowiedział jakiekolwiek sukcesy na naukowej niwie, uznałbym go za oszusta i przypuszczalnie zabiłbym wybuchem niekontrolowanej radości. Jak widać zaskoczyć potrafiłem nie tylko nauczycieli – udało mi się zadziwić samego siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie – zdałem bardzo dobrze! W pierwszej części, sprawdzającej wiedzę teoretyczną, pomogli mi wydatnie Nester, Cinnamon i Gabriel. Nawet Guillermo – przynosząc i odnosząc opasłe tomy w bibliotece Shadow Guild - robił co mógł, bym przed ustalonym na poranek następnego dnia egzaminem opanował jak najwięcej materiału. Przyswoiłem sobie naprawdę zadziwiające ilości informacji – skłamałbym twierdząc, że kiedykolwiek w życiu już coś takiego mi się przytrafiło. Tytanem pracy nigdy wcześniej nie bywałem. Regularne korespondowanie z Tobą, choć wymagające trzymania się z lekka mniej oficjalnego rejestru i zdecydowanie mniejszego uporządkowania, okazało w trakcie pisania bardzo pomocne w skutecznym przelewaniu myśli na papier – egzamin poszedł jak z płatka. Były pewne poślizgi, jak na przykład wtedy, gdy przyszło mi opisać w eseju codzienne życie mieszkańców Mithril, o którym moje pojęcie jest bledsze niż duch albinosa, ale jak powszechnie wiadomo, po tylu latach naukowej, a w moim wypadku pseudonaukowej kariery, człowiek jest w stanie lać wodę tak umiejętnie i na tak ezoteryczne tematy, że przy nich esej o niezbyt znanej mi codzienności mithrilczyków był naprawdę bułką z masłem. Treść, niezbędną przy tego rodzaju przedsięwzięciach, stanowiła po części wiedza, po części domysły, po części nawet wyobraźnia – całość była widocznie na tyle przekonująca, że egzamin pisemny zaliczono mi bez szemrania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugą częścią, przyznać muszę, odrobinę mnie zaskoczyli. Okazało się, że przeprowadzać ją będzie Gráinne, która zaznajomiwszy się z zawartością mojej książki czarów udała się jak grzeczna dziewczynka, którą już jakiś czas temu przestała chyba być, na spoczynek, natomiast szanowna komisja wytłumaczyła mi reguły pojedynku, jaki miałem z własną siostrą stoczyć następnego ranka. Otóż ma ona rzucać we mnie zaklęciami, podczas gdy ja mam się przed nimi bronić za pomocą tych samych czarów użytych tak, by rozproszyć użytą przez nią magię. Tym razem w ramach pomocnika stanęła przy moim boku Cinnamon. Przypuszczalnie z lekka zaskoczyła swoją boginię, prosząc w porannych modlitwach właściwie jedynie o Dispel Magic, za to w ilościach hurtowych – podejrzewam, że Madriel mogła część swojej boskiej uwagi zaprzątnąć na chwilę przyjrzeniem się Mithril oraz wydarzeniom, które zmuszają jej kleryczkę do tak masowego anihilowania efektów magicznych. Sam pojedynek był krótszy niż się spodziewałem. Podejrzewałem siostrę o bardziej zróżnicowany dobór zaklęć, więc przy drugiej z rzędu próbie ogłuszenia mnie czarem Daze nie miałem go jak zanegować i musiałem polegać na kleryckim czarze rozpraszającym. Gráinne, spryciara, użyła maksymalnej mocy, więc Cinnamon nie zdołała mi pomóc, ale na szczęście ja sam się po prostu efektowi oparłem i niniejszym drugą część zaliczyłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie wpadliśmy w łapy – wybacz tanią grę słów - starej Palm. Od czasów uniwersytetu nie zmieniła się zbytnio – nadal była oschła i zasadnicza. Uszczypliwość także jej nie przeszła – do zadawania zagadek przystąpiła dopiero po wyrażeniu swego mniej niż pochlebnego zdania na temat moich naukowych dokonań. Pierwsza z zagadek, czysto matematyczna, nie stanowiła żadnego problemu – zupełnie bezwiednie wymruczałem odpowiedź, ale że stawka była z każdym etapem egzaminu coraz wyższa, na wszelki wypadek przeliczyłem to proste zadanie z rachunku prawdopodobieństwa jeszcze raz, zanim podałem oficjalne rozwiązanie. Z drugą było trochę więcej kłopotu, bo tym razem przeszliśmy do mądrości ludowych, a na nie, jak może pamiętasz, jestem wręcz uczulony. Podejrzewam, że znasz te durne zagadki, w których zegar nie je, nie pije, a chodzi i bije? Właśnie. Najprostszy sposób na to, by na imieninach u cioci wzięto cię, w zależności od wieku, za niepoważnego smarkacza lub zdziecinniałego piernika, ale kiedy głupawy wierszyk czy wyliczanka urasta do rangi problemu, od którego zależy twój wikt, opierunek i fundusz reprezentacyjny w Mithril, przestaje cię martwić jego wątpliwa wartość literacka, a zaczynasz się usilnie zastanawiać czemu, czemu, ale to CZEMU!!! musisz do zostania nekromantą być w stanie myśleć tak, jakbyś się starał o posadę wioskowego głupka. Można się upierać, że drobina folkloru jeszcze nikogo nie zabiła, choć spróbuj powiedzieć to tym, których spotkał folklor uzbrojony w widły i kłonice. Wioskowym głupkiem pewnie bym nie został, bo ostatecznie nie udało mi się zgadnąć oryginalnego rozwiązania (którym był 'cień'), natomiast moja odpowiedź - 'noga' - pasowała jak ulał. Pokazuje to aż nazbyt dobitnie, że sens takich zabaw jest dość dyskusyjny, a wartość edukacyjna znikoma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzecia zagadka pani Palm mogłaby przypuszczalnie sprawić problem ludziom, którzy o logice jedynie słyszeli, nigdy jej nie widzieli i generalnie nie są pewni czy to rodzaj futrzanej spódniczki, czy może słodki, podobny nieco do wysuszonego budyniu deser produkowany przez halflingi. Na pewne trudności mogliby też się natknąć ci, dla których stryjenka różni się od ciotki jedynie ilością sylab, teść od zięcia nie różni się wcale, a cały koncept rozmnażania się płciowego jest tematem obcym organicznie, organizacyjnie i kulturowo. Generalnie – bułka z masłem. Czwarta zagadka... no cóż. Znów wymyśliliśmy – bo pomagali mi w ramach kibiców i konsultantów Cinnamon z Guillermo – inne rozwiązanie, które tym razem nie zostało zaakceptowane na gruncie 'braku konceptualnej spójności z pozostałymi zagadkami'. Nie będę tego komentował, bo szkoda słów, zresztą o wątpliwych walorach poprzednich zadań już chyba wspominałem. Tak czy owak, tę część egzaminu też zaliczyłem, pozostała już tylko jedna – ta jedna, której oblanie spowodowałoby - w przeciwieństwie do poprzednich części, które można było poprawiać po jakimś czasie – permanentne zdyskwalifikowanie mnie jako kandydata na nekromantę, a dni mojego ambasadorowania w Mithril dobiegłyby końca.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;OSTATNIA CZĘŚĆ EGZAMINU&lt;br /&gt;(przepis wg komisji egzaminacyjnej z Hollowfaust)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Składniki:&lt;br /&gt;niedoszły nekromanta –1 szt.&lt;br /&gt;pomocnicy egzaminowanego –2 szt.&lt;br /&gt;mieszanka undeadów –nie mniej niż 20 szt.&lt;br /&gt;opuszczona wioska –1 szt.&lt;br /&gt;deszcz, chmury, ponura atmosfera, złe przeczucia –do smaku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas przygotowania składników:&lt;br /&gt;około 12 godzin&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas wykonania:&lt;br /&gt;60 minut&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weźmij w wiliję examenu ono chłopię, co się nekromantą pragnie zwać, a naznaczyć mu zezwól dwie persony ku pomocy, patrzaj jeno, by żadna paladyńskim zawodem się nie parała – tacy bowiem egzaminacyjne zachody wniwecz obrócić zbyt łacno potrafią, a to pomagając ponad miarę, a to znów bezrozumną pogonią za zbyt mocarnego zła tępieniem w kłopoty niepotrzebne kandydata pchając. Przed nocy zapadnięciem przestrzeż przed dnia następnego grozą i ryzyka generalną naturą, po czem czary zgotować pozwól dowolne tak w liczbie, jak i w rodzaju. Do rana pozostaw w pokoju, niechaj się dobrze przegryzie i zmaceruje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rankiem na miejsce zaprowadź i, klepsydrę godzinną nastawiwszy, nakaż eradykacyję dwóch dziesiątków nieumarłych, uprzednio w przysiółku pochowanych. Onych wzmocnić, tudzież urozmaicić wskazanym jest wedle uznania. Bacz, by zmagania z najsilniejszemi zbyteczne się okazać mogły, jeśliby adept konceptem w poszukiwaniach nadrobić pragnął w mocy niedostatki. Zezwól na branie przedsię wszelakich patentów, taumaturgyj i oręża, patrzaj jeno bez ustanku, azali krzywda mu się przesadna nie dzieje – w którem to wypadku examen anuluj, ze szponów śmierci rychłej wybaw, a kijem pogoń, bo nekromancyj czynić on niegodzien. Jeśli konceptem się wykazuje i z życiem się nie rozstawa, po godzinie z ognia wyjmij, odstaw do ostygnięcia i, nieumarłych zrachowawszy, werdyktu udziel.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wiedziałem, że nie będzie łatwo – ostatecznie nie po to organizowano ten egzamin, żeby było łatwo. Decyzja komisji o możliwości zabrania ze sobą dwóch pomocników potwierdziła jedynie moje podejrzenia. Miałem iść z Cinnamon, teraz dołączył do nas także Guillermo. Paladynowi nie pozwolili mi towarzyszyć, zanim w ogóle zdążyłem się odezwać – podejrzewam, że i tak bym o niego nie poprosił. Starannie dobrałem czary, których miałem nauczyć się następnego ranka, porozmawiałem z Cinnamon odnośnie niezbędnego wsparcia z jej strony, dopisałem dalszą część egzaminacyjnego zwoju i poszedłem spać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spałem jak dziecko. Po przebudzeniu godzinka nad książką zaklęć, śniadanie, kilka szybkich ustaleń z kompanami, teleport do jakiejś zrujnowanej wioski pod Mithril, nastawienie klepsydry i... wyścig z czasem się rozpoczął. Uzbrojeni po zęby, podążając za Cinnamon wykrywającą swoim kleryckim zaklęciem undeady, szliśmy przez wioskę z morderczym błyskiem w oku i w doskonałych humorach, od czasu do czasu feerią magicznych popisów i szczękiem broni zakłócając spokój wymarłego przysiółka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Guillermo i ja zachowywaliśmy się jak dzieci, które po raz pierwszy zobaczyły plac zabaw. Trzeba przyznać, że komisja egzaminacyjna się postarała, prezentując prawie cały arsenał nekromantycznych sztuczek, które czynią armię Hollowfaust tak trudną do pokonania – na brak rozrywek zdecydowanie nie mogliśmy narzekać. Były trupy twardsze od stali i trupy wybuchające, ożywieni ludzie i nieumarłe zwierzęta. Powolne i szybkie, słabe i silne, pojawiające się pojedynczo i grupami – wszystkie stwory prędzej czy później padały ofiarą naszych czarów i broni. Komisja musiała być z lekka zdziwiona, kiedy swoim nowym zaklęciem – Seek the Soulless - zmiatałem kolejne undeady, nie czyniąc najmniejszej krzywdy niczemu, co żywe. Szliśmy jak rozgrzany do czerwoności nóż przez osełkę masła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do czasu, gdy Cinnamon, wykrywającej negatywną energię, puściła się z nosa krew. W jeziorku czyhało coś potężnego, jakaś siła na tyle mroczna, by jej złowroga moc o mały włos nie spowodowała omdlenia u wyczulonej na jej emanacje kleryczki. Trafiliśmy na główną atrakcję dzisiejszej wycieczki. W normalnych okolicznościach pewnie podalibyśmy tyły, ale jeżeli nasze pobieżne rachunki były ścisłe, do wykonania zadania potrzeba nam było jeszcze trzech sztuk. Nie było odwrotu, a kiedy go nie ma, zachowujemy się jak rasowy paladyn – przemy naprzód. Nie trzeba było nawet specjalnie się wysilać – przeciwnik grzecznie sam wylazł na brzeg. Nie na darmo jest u nas w Hollowfaust powiedzenie, że jeżeli ty się nie wybierzesz na cmentarz, to cmentarz sam pofatyguje się do ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było ciężko, ale nie tragicznie. Co prawda poturbowano ociupinkę moich kompanów, po stwór oprócz wielkiej siły zaprezentował zadziwiającą wprawę w walce wręcz, ale moim zaklęciom, spływającym morderczym dla niego strumieniem z bezpiecznej dla mnie wysokości, zdawało się nie być końca – gest za gestem, sylaba za sylabą, eksplozja za eksplozją. Zwycięstwo było kwestią czasu, w tym wypadku jakiejś niecałej minuty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po upływie regulaminowej godziny pojawili się wszyscy członkowie komisji, do tej pory z bezpiecznej odległości śledzący nasze poczynania. Miny mieli uroczyste. Ukatrupiliśmy, sami o tym nie wiedząc, więcej undeadów niż wymagano – wahali się przez chwilę między wyróżnieniem za efektywność a odjęciem punktów za brak finezji. Tak czy owak egzamin uznali za zdany. Rozpłynęli się w gratulacjach. Wręczyli dyplom oraz listy uwierzytelniające. Przekazali z namaszczeniem magiczną laskę pełnoprawnego nekromanty. Zaprosili na oficjalny raut za dwa dni. Nastała, tak rzadko ostatnio mi towarzysząca, pełnia szczęścia. Nie wiem, gdzie to jest w gwiazdach zapisane, ale mnie nie może być na tym świecie za dobrze - coś się po prostu musiało spieprzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i się spieprzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wieczór byłem umówiony z Gehimin, która obiecała zająć się wyjaśnieniem sprawy moich samobójczych skłonności. Zdeklarowała się, że za pomocą jednego ze swoich silniejszych zaklęć skontaktuje się z istotami spoza naszego świata i spróbuje z ich pomocą poznać źródło moich problemów. Tymczasem okazało się, że nie tylko ja stoję w kolejce po wyjaśnienia – także Guillermo ma duże kłopoty, wymagające natychmiastowego rozwiązania. Przypuszczalnie utrzymywałby je w tajemnicy, jak to ma w zwyczaju, jednak wymiana osobowości z Cinnamon w wieży beholdera spowodowała, że elfce musiał się przyznać. Z pewnymi oporami, po delikatnym podpytywaniu, postanowił i mnie przedstawić sytuację. Z jego opowieści wynikało, że mamy problem, którego kalibru możemy się jedynie mgliście domyślać, jednak nawet najbardziej optymistyczne scenariusze zakładały, że sytuacja nazbyt łatwo może wymknąć się spod kontroli. Potężny undead, którego Guillermo poprosił o pomoc w Świecie Cienia, w niedługim czasie miał zacząć domagać się za swoje usługi zapłaty. Walutą miała być energia życiowa, a kwota była dość słona: sto istnień ludzkich. Niestety, nie było sposobu na zignorowanie jego roszczeń - Guillermo stał się dla stwora bramą do naszego świata. Postanowiliśmy, że renegocjacja paktu z czymś takim musi mieć pierwszeństwo nad moimi zapędami do autodestrukcji – w końcu ja miałem ochotę zabić jedną osobę, podczas gdy tu chodziło o ludobójstwo na dużą skalę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plany uległy więc zmianie, Gehimin miała spróbować skontaktować się z istotą, która umożliwi nam spotkanie z potworem trzymającym Guillermo w szachu. Może to zabrzmi głupio w ustach nekromanty, ale miałem undeadów po dziurki w nosie, miałem ich do tego stopnia dość, że postanowiłem potraktować 'renegocjację' za synonim 'anihilacji'. Czasem trzeba zachować się jak paladyn, zwłaszcza że Gabriel podobno podczas trwania mojego egzaminu zapowiedział wybranie się na dłuższy urlop z dala od Mithril, Banewarrens, bram do Quaanu i innych atrakcji tego rodzaju. Nie wtajemniczając nikogo w szczegóły mojego planu, przygotowałem jedyny w swoim rodzaju zestaw zaklęć, niepozostawiający nikomu, kto byłby jego świadom, cienia wątpliwości odnośnie tego, że jestem nekromantą. Dziesięć razy Vampiric Touch w wersji podstawowej, trzy razy we wzmocnionej, True Strike oraz Soul Blast. Jak widzisz, Tadhg zdecydował się nie brać jeńców i nie marnować czasu na czcze gadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego, co nastąpiło później nie mogę w pełni opisać – pewne aspekty, w tym cena, jaką zażądano od nas za pomoc w rozwiązaniu problemu, muszą na razie pozostać tajemnicą. Dość, że dotarliśmy do siedziby istoty, która pomogła nam niegdyś na Plane of Shadow, a teraz stanowiła dla wszystkich wokół Guillermo śmiertelne zagrożenie. Siedliszcze, ukryte gdzieś w głębokim Cieniu między wymiarami rzeczywistości, samo w sobie, jeszcze przed przybyciem gospodarza, potrafiło zmrozić w człowieku krew. Konstrukcja z włosów, kości i czystego koszmaru, mroczna i przeraźliwie zimna, zdawała się wysysać z nas energię. Po raz pierwszy w życiu poczułem wręcz fizyczną obecność zła – jeżeli nawet ja to czułem, ciekawe co czuła Cinnamon? Jeden rzut oka na nią wystarczył, by się przekonać, że nerwy zazwyczaj niewzruszonej elfki napięte są jak postronki, a ona całą siłą woli powstrzymuje się przed popełnieniem jakiegoś szaleństwa. Takiego jak na przykład ucieczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy też, pomyślałem o własnych zamiarach, próba ataku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć wydawało się to niemożliwe, zrobiło się jeszcze zimniej, jeszcze mroczniej. Przybywał gospodarz. Był zupełnie inny niż tam, na cienistym odbiciu cmentarza w Mithril – poruszał się wolniej, był potężniejszy, ale jednocześnie jakby mniej zdefiniowany. Mój wzrok z niejakim trudem wyodrębniał go z mroków panujących w jego tronowej komnacie. Poczucie bezsensowności rozmów z tym stworzeniem wzrastało ręka w rękę z przekonaniem o konieczności unicestwienia go raz na zawsze. Niewątpliwie był undeadem. Bez wątpienia był też kimś lub czymś innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozpoczął dziwną rozmowę z Guillermo. Odnosiło się wrażenie, że jego inteligencja jest uśpiona, trwa w czymś w rodzaju letargu, że sprawia mu trudność zrozumienie najprostszych słów, a jednocześnie wyczuwało się potężną siłę woli, utkwioną w jednym celu – zyskaniu ciepła żywych istot, ogrzania się nim, przebudzenia z trwającego od stuleci snu. Sprawiał wrażenie olbrzymiego kota, marzącego o gorącym zapiecku. Było w tym coś odpychającego, niepowstrzymanego, napełniającego grozą. Renegocjacja paktu nie wydawała się bardziej prawdopodobna niż zatrzymanie strumienia lawy leniwie zsuwającego się z krateru wulkanu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba było zacząć działać, zwłaszcza że ani na Cinnamon, ani na mnie nie zwracano w ogóle uwagi, całość uśpionej świadomości stworzenie ufiksowało na Guillermo. Kleryczka była całkowicie wytrącona z równowagi, trwała gdzieś pomiędzy paniką a katatonią. Nie interesowało jej nic – chciała jedynie stąd odejść, powrócić do domu i świata, którego stałą składową jest światło, ciepło i życie. Przejąłem inicjatywę, obcesowo zmuszając ją do działań pierwszym Vampiric Touchem. Życiowa energia popłynęła do mnie najpierw jednym, potem drugim wartkim strumieniem. Cinnamon podleczyła się, konwertując jakieś zaklęcie na czar leczący, a ja rzuciłem kolejny Vampiric Touch. Procedurę powtarzaliśmy wiele razy, aż do momentu, gdy skończyły mi się zaklęcia i cały wręcz buzowałem od nadmiaru zebranej w ten sposób energii życiowej. Nie czułem się tak nigdy. Nigdy więcej nie chcę musieć się tak czuć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Resztę możesz sobie łatwo wyobrazić. Stwór przestał istnieć, a ja, wyczerpany do granic, wróciłem razem z towarzyszami do Mithril. Po drodze dowiedziałem się tego, czego chciałem się dowiedzieć. Wiem, że moje próby samobójcze to tak naprawdę część składowa czaru, za pomocą którego przywołano mnie do życia – standardowy mechanizm autodestrukcji wbudowany w magicznie wykonaną kopię oryginalnej osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie déjà vu, które w życiu miałem, mogą się okazać prawdziwymi wspomnieniami.&lt;br /&gt;Wszystkie wspomnienia, jakie mam, mogą być kłamstwem.&lt;br /&gt;Ja to tak naprawdę jakiś obcy on.&lt;br /&gt;Kurwa, kurwa, kurwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;kubek w kubek&lt;br /&gt;kropla w kroplę&lt;br /&gt;ja i on&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dzień i noc&lt;br /&gt;zmierzch i świt&lt;br /&gt;on i ja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kopia wzorca&lt;br /&gt;wzorzec kopii&lt;br /&gt;ja i on&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kamień w wodę&lt;br /&gt;słowa w wiatr&lt;br /&gt;on i ja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;skrajnie identyczni&lt;br /&gt;i różni bliźniaczo&lt;br /&gt;...my?&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-1212198157565388195?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/1212198157565388195/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=1212198157565388195' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1212198157565388195'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1212198157565388195'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/wstrzsnity-i-lekko-zmieszany_03.html' title='Wstrząsnięty i lekko zmieszany'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-8690055758692991816</id><published>2008-11-03T14:13:00.005+01:00</published><updated>2010-07-29T13:17:40.831+02:00</updated><title type='text'>Oko w oko z okiem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;22. Hedrota, Miasto Świątynne&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 40#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Otoczenie, w którym piszę ten raport, czyli solidne mury mithrilskiego Miasta Świątynnego, napełnia mnie nieczęsto ostatnio doświadczanym poczuciem bezpieczeństwa. Stałości w wiecznie zmieniającym się świecie, zewnętrznego i wewnętrznego spokoju. Tymczasem wszystko, co w ostatnim czasie dzieje się poza tym pilnie strzeżonym sercem palatynatu zdaje się na tysiączne sposoby burzyć spokój, nadszarpywać poczucie stałości i niweczyć wiarę w jakiekolwiek, nawet najbardziej złudne, bezpieczeństwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie udało mi się jeszcze do końca ochłonąć ze śmiertelnej wycieczki w głąb Wymiaru Cienia, kiedy za namową Lizetty ruszyliśmy do Quaan, siedziby naszych najpotężniejszych wrogów. Jest to ograniczony przestrzennie, będący raczej ekstradymensjonalną efemerydą niż prawdziwie oddzielnym światem, wymiar, którego łączność ze Scarnem została zerwana w bezpośrednim następstwie starcia bogów z tytanami. Z braku możliwości udzielenia naszej eskapadzie wsparcia militarnego, zostaliśmy wzmocnieni duchowo - niejasną zapowiedzią przychylności losu, udzieloną nam przez kapłankę Enkili. Fakt, że to Enkili właśnie, a nie Corean czy Madriel, zapewnił nas o powodzeniu misji zdawał się od samego początku dość znamienny, ale też chyba tylko on mógł spróbować przewidzieć nieprzewidywalne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Quaan jest nieprzyjemnym miejscem, zamieszkanym przez jeszcze bardziej nieprzyjemne istoty - to właśnie stamtąd pojawili się nasi przeciwnicy w wyścigu do ukrytych skarbów Banewarrens. Podczas misji, z której właśnie wróciliśmy, udało nam się przerzedzić nieco ich szeregi, choć sami nie uniknęliśmy strat - życie w starciu z beholderem stracił (choć nie na długo) Nester, bard z Shadow Guild.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za sukces należy uznać nie tylko ujście z życiem z rozlicznych potyczek z mantykorami, ogrzymi magami, trollami, dragon turtles, etc., ale także zamknięcie dwóch portali, prowadzących do naszego świata. Powinno to udaremnić plany inwazji Mithril (co wydaje się być celem wszystkich istot wokół palatynatu) oraz być może kupić nam kilka dni czasu podczas dalszej eksploracji Banewarrens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety część z tego czasu poświęcić muszę na zdanie egzaminów przed komisją nekromantów z Hollowfaust. Wiem, że zabrzmię jak dawny Tadhg, ale te egzaminy naprawdę nie mogły przypaść w bardziej niefortunnym momencie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Mithril, pod Twoją tutaj obecność&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Siostrzyczko!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zastanawiałaś się kiedyś jak bardzo forma przekazu wpływa na jego treść? Jesteś tutaj w Mithril, porozmawiamy pewnie już całkiem niedługo, ale... no właśnie. Ale. Tak już się przyzwyczaiłem do tego, że do Ciebie piszę, że chyba i tym razem większość tego co chciałbym powiedzieć przeleję na papier. Choćby ze względu na chronologię. Oraz, jak się tak nad tym zastanawiam, Twój spokój ducha. Chcę, żebyś podczas swojego pobytu w Mithril była przekonana, że największym z moich problemów są czekające mnie egzaminy przed komisją nekromantów z naszego rodzinnego miasta - z takim przekonaniem lepiej będzie i Tobie, i mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początek może trochę domorosłej filozofii. Jak wiadomo, na życie większości osób składają się naprzemiennie okresy mniej lub bardziej jednostajnej egzystencji oraz momenty przełomowe, które nazwać można kamieniami milowymi. Dokładnie tak wyglądały także moje dni za dawnych, dobrych czasów - tak dobrych, że łza się w oku kręci, kiedy teraz o nich myślę. Tak dawnych, że ledwo je pamiętam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Dar zapomnienia'. Kiedyś skłonny byłem uważać tę kolokację za oksymoron - dziś, kiedy codzienność nie chce przestać być bezustannie przełomowa, kiedy regularnie potykam się o sąsiadujące ze sobą kamienie milowe, kiedy cały świat, stanąwszy na głowie, nie ma najmniejszego zamiaru wrócić do normalności, dziś rozumiem, że niepamięć, czy choćby towarzyszące oddaleniu w czasie zatarcie konturów wspomnień, to rzeczywiście dar. Tylko dzięki niemu jestem w stanie nadawać obłędowi pozory rozsądku i dopatrywać się w ciągłym zagrożeniu enklaw poczucia bezpieczeństwa. Wiem, że nie da się nauczyć zapominania - niejako w zastępstwie, nauczyłem się nie chcieć pamiętać. Wybiórczo. Wręcz sprawczo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, że całkiem niedawno i z zupełnie nieznanych przyczyn próbowałem sobie odebrać życie. Podejrzewam ingerencję z zewnątrz, jakiś czar, klątwę lub psychiczny przymus ze strony kogoś, komu wszedłem w drogę lub zalazłem za skórę. Prawdopodobne jest również, że wpływ naznaczonej Cieniem magii mógł się tutaj okazać czynnikiem sprawczym. Znając siebie nie podejrzewam, że zrobiłem to z własnej woli. Pewności jednak mieć nie mogę - chęć zapomnienia mogła w tym wypadku być silniejsza niż zwykle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, jak w szaleńczym pędzie od zażegnanego niebezpieczeństwa ku nieznanym zagrożeniom popełniamy znów te same błędy, nawet jeżeli nie zawsze kończy się do dla nas tragicznie. Mimo że nasze umiejętności radzenia sobie w ciężkich sytuacjach rosną, ciągle nie są - i nigdy nie będą, z czego wydajemy sobie nie zdawać sprawy - usprawiedliwieniem dla brawury, lekkomyślności i braku zdyscyplinowania. Prawda, zaczynamy planować, ale nawet najlepszy plan nie jest wart funta kłaków, kiedy nagle jedna osoba się wyłamuje i zaczyna robić coś na własną rękę. Zwłaszcza, że wskutek takiego zachowania zazwyczaj później wszyscy mają ręce pełne roboty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, że w wyniku radosnej samowoli jednego z członków naszej drużyny zmuszeni byliśmy walczyć z Dragon Turtle na zimnym, wilgotnym i z wolna obumierającym wymiarze rzeczywistości, zwanym przez jego mieszkańców Quaanem. Bezsens zaprzęgania potężnej magii do unicestwiania istot, z którymi walka nie zbliża nas do wyznaczonych celów jest dla mnie często wręcz obezwładniający. Nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi tutaj o ochroniarskie zapędy względem wymierającej fauny - po prostu mam wrażenie, że któregoś dnia, jeżeli nie oduczymy się typowego dla Gabriela i reszty paladynów 'napierania', po jednym takich starć okaże się, że było dla nas ostatnim dzwonkiem, po którym zalega już jedynie wieczna cisza. Trafi nareszcie kosa na kamień i będzie to w naszym wypadku kamień nagrobny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, jak przez opóźnienie związane z poprzednią bezsensowną utarczką nasi wrogowie mają czas na przegrupowanie i jesteśmy zmuszeni do walki na kilka frontów, z atakującą głównie mnie z powietrza harpią, jakimś niewidocznym wrogiem mentalnie opanowującym naszych wojowników i zaczajoną w zasadzce przy teleporcie z Quaan do naszego świata grupą potworów. Z każdym trafieniem kolejną zatrutą strzałą czuję, jak opuszczają mnie siły i powoli wycieka ze mnie życie, ale to, co mnie w tym momencie boli najbardziej jest przeświadczenie, że samiśmy się o to prosili. A teraz zastanawiam się ile błędów będzie jeszcze potrzebnych, byśmy się na nich zaczęli uczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, że rozsądek w naszej drużynie zawsze ustępuje miejsca głośnemu gardłowaniu i dlatego właśnie wróciliśmy do Quaan ratować niewolników, których nie tylko nie potrafimy uwolnić, ale nawet przekonać do tego, by chcieli zostać wyzwoleni. Przypadkowe spotkanie z pewnym pragnącym zemsty couatlem spowodowało, że postanowiliśmy zająć się 'wymierzaniem sprawiedliwości', jak ująłby to paladyn, a de facto zamordowaniem architekta i twórcy tej obcej krainy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, jak ze śmiertelnej salwy zabójczych promieni skoncentrowanych na Gabrielu dowiedzieliśmy się, że mamy do czynienia z beholderem. Jedynie niesamowita wytrzymałość paladyna pozwoliła mu ten morderczy atak przeżyć, ale już w chwilę później podobna sztuka nie udaje się ani Nesterowi, ani naszemu nowemu sprzymierzeńcowi, couatlowi. Z beholderem ostatecznie się rozprawiamy, choć straty po naszej stronie nie są pozwalają w pełni cieszyć się z odniesionego zwycięstwa. Słodko-gorzki smak wydaje się być na zawsze naszym towarzyszem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, że jedynie cudem - i mowa tu o prawdziwym, potężnym czarze Miracle uwolnionym przeze mnie ze znalezionego u beholdera pierścienia - udaje się nam uciec z łap czekającej na nas po drodze do portalu prawdziwej armii lordów Quaan. Sprzyjające naszej misji istoty wyższe zdołały wpleść w wyzwoloną magię efekt dodatkowy w postaci wskrzeszenia Nestera, co z jednej strony wiele nam ułatwia, z drugiej jednak czyni bolesną lekcję mniej dotkliwą, a co za tym idzie mniej zapadającą w pamięć. Czas pokaże czy nasz bard wyciągnie z niej właściwe wnioski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę pamiętać, jak desperacki Plane Shift w wykonaniu Gehimin unosi nas z Quaan po ostatecznym zamknięciu bramy między tym nieprzyjemnym światem a kaplicą Thessyny, rzucając nas daleko od Mithril, za to niebezpiecznie blisko Morza Krwi, wysoko na podległych Hedradzie klifach Celestial Shelf. Powrót do Mithril także zawdzięczamy kleryczce Enkili i jej teleportowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę, a jednocześnie nie mam wyjścia, muszę pamiętać o tym wszystkim. Tak samo jak o tym, że jestem tutaj przedstawicielem Hollowfaust, czyli miejsca, wobec którego moje uczucia są wyjątkowo ambiwalentne, wahające się między nostalgią za dawnymi czasami, a ulgą, że mnie tam nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie. Muszę przyznać, że pobyt w Mithril jest najciekawszym dotąd fragmentem mojego życia - i dlatego teraz, kiedy Hollowfaust się o mnie upomniało, wtłaczając mnie jak kiedyś w swoje prawa, struktury i regulacje, ponownie budzi się we mnie dawny sprzeciw, dawny brak pokory, dawny bunt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stan, którego tak długo nie chciałem pamiętać, że teraz zmuszony jestem odkrywać go na nowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejmy nadzieję, że zapomnienie nie będzie motywem przewodnim moich egzaminów w nadchodzącym tygodniu, może nareszcie dam Matuli powód do dumy ze mnie także na polu akademickim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki za trzymanie kciuków, co na pewno będziesz robić,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;całuję Cię mocno,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;końcówka Hedrota, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ostatnim liście towarzyszyłeś mi w bezowocnych próbach wytłumaczenia przyczyn mojego niedoszłego samobójstwa. Dziś zabiorę Cię w podróż do Quaan, co o tyle nie jest wielką zmianą tematyki, że bardzo łatwo wycieczkę tę za kolejną próbę samobójczą wziąć. Wypada być wdzięcznym losowi, że podobnie jak poprzednio nie zakończyło się to zejściem śmiertelnym w moim wykonaniu, choć nie wszystkim w równym stopniu sprzyjała fortuna. W przeciwieństwie od moich autodestrukcyjnych zapędów z Plane of Shadow, tym razem przyczyny były dobrze znane. Ale po kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Quaan. Zacznijmy od szybkiego skreślenia obrazu Quaanu - krainy oderwanej od naszego świata dawno, dawno temu, umieszczonej gdzieś między wymiarami i skazanej niniejszym na śmierć przez powolny, acz nieubłagany wzrost entropii i spadek temperatury. Wiecznie mokry, mglisty i mroczny świat niezmiennego chłodu i głodu, zapomniany przez bogów i ludzi. Przez tych pierwszych na dobre, przez tych ostatnich, niestety, nie do końca. W tym nieprzyjaznym miejscu poza przestrzenią zamieszkały rozmaitego rodzaju istoty żądne władzy nad własnym skrawkiem uniwersum i jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, podobnie jak w przypadku jezior, gdzie większe szczupaki pożerają swoich mniejszych i słabszych krewniaków, przetrwali tylko najsilniejsi i najsprytniejsi. Z naszego punktu widzenia - najgorsi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To właśnie z Quaanu ruszył desant na Banewarrens - stamtąd przyszła haga Kikanouile, której kiedyś cudem jedynie udało się uciec przed nami w podziemiach Mithril, stamtąd pojawili się ilithid, phase spider i ogrzy mag, odpowiedzialni za porwanie duszy Gabriela. Z Quaanu także przyjdzie ostatnia, najsilniejsza grupa naszych przeciwników, jeżeli wierzyć proroctwom, udzielonym nam przez najpotężniejszym klerykom Madriel i Coreana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem do tego boskiego dwugłosu dołączył Enkili, dostarczając nam za pośrednictwem Gehimin, swojej lekko szalonej, ale bardzo miłej i pomocnej kapłanki, coś na kształt krótkoterminowej prognozy. Gdybyśmy się mieli do Quaan wybierać, przez najbliższe trzy doby wycieczka taka miałaby duże szanse zakończyć się sukcesem. Po tym czasie, wedle słów wieszczki, fortuna znów będzie sprzyjać losowo wybranej stronie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znając nas już całkiem chyba nieźle, z łatwością możesz sobie wyobrazić dalszy bieg wypadków. Nie zastanawiając się długo, a dotyczy to zwłaszcza niektórych (nie wskazując palcem) sług Coreana, ruszyliśmy do kaplicy Thessyny, skąd od jakiegoś czasu do Quaan wiódł stacjonarny teleport, dostępny z balkonu ostatniego piętra. Okazji nie wolno było dać się zmarnować. Trzeba było główną siedzibę naszych wrogów przeszukać, choć nie do końca jasne było, na jaką okoliczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Szukajcie a znajdziecie" chyba niczego nie dotyczy tak bardzo, jak guza. Albo innych rodzajów mniej lub bardziej trwałych uszkodzeń ciała, o czym przekonaliśmy się dość szybko. Pomijając litościwym milczeniem warunki, powiedzmy, naturalne, takie jak green slime czy parę trolli w zaroślach, same koszary naszych wrogów okazały się, mimo wcześniejszych zapewnień Gehimin, twierdzą na tyle trudną do zdobycia, że nawet nasza drużyna, niekoniecznie znana ze zdrowego rozsądku, odstąpiła od pomysłu brania jej szturmem. No dobrze, rozsądną decyzję podjęliśmy nie do końca samodzielnie - wydatnie nam w tym pomogły lotne patrole mantykor, które jak na forpoczty sił głównych nieźle nam wszystkim zalazły za skórę. Odstąpiliśmy od szturmowania kwater wroga, mając na uwadze ilość zużytych czarów leczących.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle, jeżeli chodzi o instynkt samozachowawczy. Nie przejawił się on niestety w chwilę później, kiedy skonfrontowany z silnie magicznym posągiem, robiącym na środku pewnego jeziora za fontannę, pewien nieuleczalnie ciekawski bard postanowił za pomocą różdżki z Shout'em dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Cóż, dowiedział się. Nabywanie wiedzy potoczyło się dość szybko - mniej więcej z szybkością dragon turtle wynurzającego się z odmętów mulistej wody, zalatującej czymś martwym pewnie od kilku setek lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byliśmy ugotowani. Albo w każdym razie niewiele brakowało, by rzeczywiście poddano część z nas procesowi obróbki termicznej, stwór bowiem rzygnął chmurą pary tak zabójczo wrzącej, że powtórka z rozrywki niewątpliwie zakończyłaby żywot kilku osób. Sytuacja nie wyglądała najlepiej - walka z potworem prawdopodobnie nawet na suchym lądzie sprawiłaby pewne problemy, a tymczasem nasi dzielni wojownicy, po pas w wodzie i z wizją kolejnej morderczej sauny w najbliższej przyszłości, grzęznąc w mulistym dnie szykowali się do obrony ostatniego przyczółka, w duchu przypuszczalnie przeklinając dociekliwość naukowca z Shadow Guild i czyniąc pośpieszny rachunek sumienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłem wziąć z nich przykład, ale zamiast kląć na Nestera i jego niewczesne popisy, za cel swojej klątwy wyznaczyłem zabierające się do kolejnego zionięcia stworzenie. Dla fasonu, a przy okazji by dostarczyć Cinnamon darmowej rozrywki, klątwę wygłosiłem po elficku "Níl bhíonn thú ag marbh-spreaghadh i gconaí, a dhragain", eliminując tym samym najgroźniejszą, bo masową, broń naszego przeciwnika. Zabicie go, choć niełatwe, nie zabrało nam po tym dużo czasu, chociaż okupione zostało koniecznością zużycia dalszej porcji poważnie już uszczuplonych rezerw magii leczącej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli o magii leczącej mowa, to nie sposób nie wspomnieć o kleryczce Coreana, Adrienne, z którą na życzenie Lisetty Gabriel ostatnio się prowadza - nie odstępując się nawzajem ani na krok. Podobno jest z nami po to, by się przyglądać i uczyć. Dla jej dobra mam nadzieję, że nie przygląda się Gabrielowi, ale raczej Cinnamon - jeżeli miałaby jej wejść w krew brawura i nieoglądanie się na innych, tak charakterystyczne dla naszego cennego paladyna, nie będzie z niej później pożytku w zakonie. No, chyba że zrzuci habit...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...by założyć zbroję paladyńską! (nie zaś po to, co niewątpliwie przyszło Ci na myśl, mój drogi przyjacielu) Tak czy siak, jej obecność i jej magia zwiększają w znacznym stopniu wytrzymałość naszej drużyny na ciosy, którymi raczy obdarzać nas los, a tak dokładniej cała ta banda niemiłych stworzeń, z którymi w Quaan się spotykaliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do bandy tej zaliczyć należy także władającą potężnym łukiem harpię, którą musiał przywabić hałas Nesterowego zaklęcia i późniejszej bitwy, bo kiedy tylko opuściliśmy wszyscy mętne jeziorko, zaczęła śpiewać swoją czarowną, uwodzącą pieśń. Na mnie i kapłankach nie zrobiło to większego wrażenia, także Gabriel oparł się, jak zresztą to ma w zwyczaju, jej wdziękom. Nie można tego niestety powiedzieć o reszcie panów, którzy śliniąc się z lekka zaczęli potulnie dreptać ku śpiewającej na szczycie fontanny skrzydlatej łuczniczki, wbiwszy w nią maślany wzrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'No to kwas,' pomyślałem, po czym natychmiast przeszedłem od słów do czynów, ucinając wabiącą pieśń potwora chmurą magicznych, silnie żrących oparów. Powrót drużyny do przytomności zaowocował jedną z bardziej trafnych decyzji naszego pobytu w Quaan - decyzji powrotu do naszego świata. Byliśmy już w drodze, kiedy kolejne nieszczęście zwaliło się nam na głowę, przyjmując postać uzmysłowienia sobie przez dwóch czołowych ideologów Mithril nierówności społecznych panujących w tej ponurej krainie. O ile postawa Gabriela nie zdziwiła już chyba nikogo, gwałtownie bezmyślna szlachetność i przesadna skłonność do poświęceń w wykonaniu Nestera w takim samym stopniu wszystkich zaskoczyła, w jakim mnie wydała się całkowicie nieszczerą i nieszczególnie dobrze odegraną. No cóż, widocznie nie da się bezkarnie obcować z paladynami, nawet jeżeli słowo 'obcowanie' jest tutaj używane w znaczeniu wysoce figuratywnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót do naszego świata, zamiast zakończyć kwestię wycieczek do Quaan, stał się niniejszym jedynie przerwą na przygotowanie kolejnych zaklęć i przegrupowanie sił, oraz na krótką, choć gwałtowną sprzeczkę w kwestii sensowności naszego tam powrotu. Wróciliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dobry początek starliśmy się z przyczajonymi czujkami naszych przeciwników, z których jednym okazała się nasza stara znajoma, Kikanouille. Tym razem nie daliśmy jej najmniejszej szansy ani na atak, ani na ucieczkę. Walkę z nią, którą z powodzeniem można raczej nazwać egzekucją, zakończyliśmy w jakieś dwadzieścia sekund. Morale wzrosło, a co za tym idzie moje szanse przekonania innych do powrotu zmalały do zera wraz z uśmierceniem groźnej hagi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W taki to sposób nasz dość niezobowiązujący i odbywający się pod boskimi auspicjami Enkiliego zwiad na terenie wroga zmienił się w misję rasowo-wyzwoleńczą, na temat której bogowie, gdyby ich ktoś o nią zapytał, milczeliby zażenowani. Zażenowanie nie ograniczyło się do boskich kręgów, było także moim udziałem, kiedy zupełnie bez ładu i składu, po staremu, czyli całkiem na 'hurra!' i bez jakiegokolwiek planu włóczyliśmy się po pustaciach Quaanu z ambitnym zamiarem uwolnienia niewolników, którzy byli nie wiadomo gdzie, zapędzeni nie wiadomo przez kogo do nie wiadomo jakiej roboty. I którzy, na dodatek, niespecjalnie pragnęli zostać uwolnieni. Paranoja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy nareszcie długie poszukiwania cierpiących tę nieuświadomioną niewolę nieszczęśników zawiodły nas do ich wioski, okazało się, że oprócz strzegących jej mieszkańców watahy dziwnie zdyscyplinowanych psów, całość okolicy nadzorowana jest przez wieżę, stojącą na skraju doliny. Wieża była wysoka, czarna, zbudowana jakby z jednego kawałka kamienia i wyjątkowo groźnie wyglądająca. Brakowało jedynie tablicy z napisem 'Wieża nie do zdobycia. Osobom, które mimo wszystko decydują się na szturmowanie życzymy udanych ostatnich chwil życia.' My, jak to my, postanowiliśmy dostać się do środka i rozprawić się z ewentualnym mieszkańcem. Optymizm w takich koncentracjach potrafi być zabójczy, szkoda tylko, że do tej pory nie wynaleźliśmy metody wykorzystywania go przeciw naszym wrogom i jego śmiertelne skutki ciągle dotyczą nieodmiennie nas samych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na śmierć w naszych szeregach trzeba było tym razem jednak poczekać. Zgubne skutki nadmiernie optymistycznego podejścia do rzeczywistości odwlekliśmy o kilka dobrych godzin, zarządzając odpoczynek na przygotowanie nowego zestawu czarów. Moi garnący się do czynu towarzysze pewnie nie zgodziliby się na takie marnowanie czasu, gdyby nie niespodziewane pojawienie się sprzymierzeńca, mającego własne porachunki z mieszkańcami wieży. Pojawienie się było niespodziewane na kilka sposobów - po pierwsze, gwałtownego wyjścia z niewidzialności trudno się spodziewać, po drugie, zaskoczenie jest tym większe, kiedy materializuje się przed tobą wielobarwny, upierzony i uskrzydlony wąż, rozmiarami przerastający dużego wierzchowca. Po trzecie, i w tym wypadku najważniejsze, zaskakujące jest wejście na scenę wydarzeń każdej istoty nie tylko nie próbującej nas od razu ukatrupić, ale do tego mającej życzenie nam pomóc. Z wrażenia oraz na wieści o czekających nas trudnościach poszedłem spać, słysząc jedynie początek opowieści o powodach zemsty couatla na właścicielu wieży i o dotychczasowych krokach w jej ramach poczynionych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spać musiałem z podświadomością na pełnych obrotach, bo przebudziłem się z przekonaniem, że jestem w stanie rzucać niedostępne dotychczas dla mnie czary, nad którymi rozmyślałem co prawda od dawna, ale do ich pełnego opanowania brakowało jakiegoś istotnego czegoś. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że tym małym istotnym czymś nie jest przekonanie o szybko zbliżającej się śmierci. Przekonanie oczywiście irracjonalne, choć jedynie do momentu, kiedy odkryliśmy naturę naszego wroga. Odkrycie zbiegło się w czasie z wystrzeleniem dziewięciu morderczych promieni w Gabriela, więc za bohaterskie wzięcie na siebie furii naszego przeciwnika oddajmy mu teraz głos:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No więc rozwalam swoim Świętym Mieczem tą bezbożną zabawkę, a wtedy z ciemności leci na mnie kilka promieni i chyba próbuje mnie uszkodzić. Coś tam na dole wrzeszczą, że jakiś beholder, ale co mnie to obchodzi - myśli, że takim czymś mnie dojedzie? Mnie??? Mnie nie tak łatwo zabić, mój Bóg nade mną czuwa! No ale udało się potworowi wyłączyć to latanie, co na mnie rzucił Tadhg, ale couatl mnie ratuje i zaraz pokażemy tej wytrzeszczonej kulce kto tu rządzi - aż mu to oko zbieleje! Tyle, że Nester z Oshirem nagle tracą rozum i pchają się na pierwszą linię, co najmniej jakby byli mną i mieli jakiekolwiek szanse przeżyć te wszystkie zaklęcia. Pierzasty wąż też się pcha, głupek, i w chwilę później mamy już dwa trupy - jeden w piórach, drugi w ubraniu barda. Oshir nawet przeżywa, może jest ulepiony z lepszej gliny niż przypuszczałem. Guillermo w tym czasie strzela z łuku po harpii, a Tadhg, który rozpieprzył lustra jakimś nowym czarem, rzuca to naprawdę kilerskie zaklęcie, ale ono odbija się tylko od tego monstrum i o mały włos nie załatwia samego nekromanty. Jak zwykle to ja muszę zakończyć ten cały bajzel i dojechać potwora w imię Coreana, co w chwilę później czynię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amen. I jak tu się dziwić, że Gabriel nie zdaje sobie sprawy z tego, że coś robi nie tak? Tłukąc głową w kolejne mury zawsze ostatecznie robi w nich dziurę, więc niby czemu miałby się opanować i zacząć myśleć?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z komentarzy do powyższych wydarzeń dodam może tylko jeden: opowiadania o tłuczonych lustrach i pechu to wierutna bujda - rozwaliłem ich jakieś sto metrów kwadratowych, a i tak w chwilę potem miałem na tyle szczęścia, żeby się własnym Soul Blast'em, odbitym jakimś sposobem od skóry potwora, nie przenieść definitywnie w zaświaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co zresztą, na swój sposób, w chwilę później nastąpiło - badając iluzoryczną ścianę w komnacie beholdera dałem się wciągnąć w rodzaj teleportu, który wyrzucił mnie na samym środku posadzki kaplicy Thessyny. Nie pozostało mi nic innego, jak zdać vigilantom krótki raport z dotychczasowych wydarzeń, wyżebrać eliksir wykrywania niewidzialności, dwa eliksiry niewidzialności i jak najszybciej wracać, zanim zapowiedziani przez beholdera jego sprzymierzeńcy, a wśród nich yuan-ti, dotrą do moich kumpli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót do wieży obfitował w zaskoczenia. Po pierwsze, nikt ani nic mnie nie zaatakowało, co ucieszyło mnie o tyle, że zdrowie miałem z lekka nadszarpnięte próbą popisania się swoim sztandarowym zaklęciem. Po drugie, znaleziono skrytkę ze skarbami beholdera, a wśród nich pewien wyjątkowo znajomo wyglądający pierścień. Po trzecie... no cóż, wyobraź sobie scenkę następującą:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CINNAMON:&lt;br /&gt;&lt;i&gt;[z zadartą szatą, bezradnymi wymachami swoich szczupłych nóg próbuje zrzucić drugi elegancki trzewiczek na wysokim obcasie]&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kurwa mać, jak w czymś takim w ogóle chodzić?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GUILLERMO:&lt;br /&gt;&lt;i&gt;[spoglądając ze złośliwym uśmiechem na żałosne ewolucje kleryczki, wyciąga z kieszeni jej płaszcza pilnik i zaczyna wyrównywać paznokcie u lewej ręki]&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprawdę, Guillermo, czy można by zapuścić się jeszcze bardziej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;OSHIR:&lt;br /&gt;&lt;i&gt;[z przerażeniem obserwujący szybkie ruchy pilnika]&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cinnamon... zostaw tę rękę... Jak ja będę wyglądał?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwilę zabrało, zanim opowiedziano mi o nieoczekiwanej wymianie osobowości, której przez nieostrożność paladyna doświadczyła powyższa trójka. Wymiana, tak nawiasem, była jedynie tymczasowa i nie pozostawiła po sobie efektów ubocznych - jeżeli nie liczyć większej niż poprzednio predylekcji do przekleństw u Cinnamon oraz starannego manicure drugiej ręki, na bezwiednym robieniu którego przyłapał się zażenowany, ale i zadowolony z siebie Guillermo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zmienił się paladyn - swoim magicznym mieczem bez większego problemu najpierw wyłączył, a następnie zniszczył beholderowy teleport. Kilka chwil później dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy wioski, których mieliśmy uwolnić, znikli. Wszyscy i bez najmniejszego śladu. Wraz ze zniknięciem obiektu naszej misji pojawiło się we mnie głębokie przekonanie, że ta cisza poprzedza burzę, której możemy nie przeżyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na potwierdzenie moich najgorszych przeczuć czekaliśmy mniej więcej tyle czasu, ile potrzebowaliśmy do przewędrowania nad dzielący nas od teleportu bród, Tu powitała nas armia lordów Quaan. Nie wyglądali przyjaźnie. Nie wyglądali bezradnie. Nie wyglądało na to, że i tym razem uda się nam ujść z życiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotarliśmy do momentu przełomowego, kresu wszystkich rzeczy. Miejsca w czasie i przestrzeni, gdzie splotły się w jedno radosna spontaniczność i ostrożne planowanie, nieprzewidywalne przypadki i logiczne następstwa przyczyn. Wszystko na chmurnym niebie i umierającej ziemi wskazywało jednoznacznie na to, że oto nadszedł koniec. Podejrzewam, że wredne pyski naszych wrogów już wykrzywiał paskudny uśmiech pewnego tryumfu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapomnieli jednak o czymś, o czym zapominać nie wypada. Zapomnieli o magii, dla której nie ma prawdziwego końca, tak samo jak wolna jest od konkretnych początków. Dla której limitem jest tylko ona sama. Potrafi chronić i zabijać, budować i siać spustoszenie, jest tak dzika lub tak cywilizowana, przewidywalna lub nie, jak istoty jej używające. Tym razem istotą tą byłem ja, magia miała posłużyć do uratowania nam życia i z takim właśnie zamiarem uwolniłem ją na kilka chwil przed tym, jak pierwsze szeregi wrogów miały zetrzeć się z nami w śmiertelnej walce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłem przygotowany na magię bardzo silną, ale jej moc przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Wszechświat na nieskończenie mały ułamek sekundy przestał istnieć, po to tylko, by w oddalonej o ten czas tej samej chwili stać się innym, bo potraktowanym tak silnym impulsem magicznym, światem. Wrażenie budzące zachwyt i przerażenie, podziw i niemal odrazę. Splot sprzecznych emocji o tak niewyobrażalnej intensywności, że nietrudno sobie wytłumaczyć niszczycielski wpływ tego rodzaju mocy na psyche osób nią władających.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam szczerze, że dalsze wypadki docierały do mnie jak przez mgłę - świadom byłem tego, że uwolniony przeze mnie Miracle w jakiś sposób z własnej woli wskrzesił Nestera. Być może odczytał moją motywację i najszczersze z możliwych pragnienie uratowania wszystkich? Jak w amoku brałem udział w zamykaniu teleportu, niebezpiecznej podróży między wymiarami za pomocą czaru Gehimin i późniejszym teleporcie do Mithril.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet wieści o wizycie egzaminatorów z Hollowfaust nie zdołały mnie wyprowadzić z otępiałej równowagi - dopiero konieczność zabrania się do napisania wymaganego do egzaminu magicznego pergaminu zmobilizowała mnie do oczyszczenia umysłu i skoncentrowania się na czym innym. Pomyślałem, że najlepszym sposobem na to będzie napisanie listu do Ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatem życz mi szczęścia, biorę się do roboty,&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Idź, walcz i przyj, rzuć wątpliwości w kąt,&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Bóg z tobą jest, któż zatem przeciw tobie&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Idź, walcz i przyj, rozsądku szepty stłum,&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Prawości miecz niezmiennie noś przy sobie&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Idź, walcz i przyj, bezwzględne dobro krzew,&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Nie szczędząc sił, posyłaj zło do piachu&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Idź, walcz i przyj, nie cofaj się o krok,&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Odważnie patrz w ogromne oko strachu&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-8690055758692991816?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/8690055758692991816/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=8690055758692991816' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/8690055758692991816'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/8690055758692991816'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/oko-w-oko-z-okiem.html' title='Oko w oko z okiem'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-1443194773029867743</id><published>2008-11-03T14:09:00.004+01:00</published><updated>2010-07-29T13:25:49.144+02:00</updated><title type='text'>Tożsamość Tadhga</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Bodajże Hedrot, gdzieś na wschód od centrum kontynentu&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szanowny Panie Qurtzon,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwoli Pan, że się przedstawię - jestem Tadhg Mhic Draodoir, urodzony w Hollowfaust, niegdyś student tamtejszego uniwersytetu magicznego, a obecnie ambasador miasta i Najwyższej Rady Hollowfaust w mithrilskim palatynacie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piszę do Pana w dosyć nietypowej sprawie - otóż jestem w posiadaniu informacji, które wydają się wskazywać na to, że przez większość swojej egzystencji uważałem Pana za mojego przyjaciela, sam Pana przyjaźnią obdarzając. Mam powody sądzić, że uczucia te były z Pańskiej strony odwzajemniane, gdyby jednak okazało się to niezgodne z prawdą, bardzo proszę o jak najszybsze powiadomienie mnie o rodzaju oraz intensywności naszej znajomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam świadomość dość delikatnej natury tej petycji - pominę milczeniem jej niecodzienność - oraz tego, że jest Pan być może zwolennikiem oszczędzania uczuć osób drugich, trzecich czy zgoła dalszych. Nie wiedząc do których wypada mi się zaliczyć, prosiłbym raczej o brutalną szczerość niż układne półprawdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z niezdecydowanymi pozdrowieniami,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;No dobra, Q'Inniú, już przestaję się zgrywać. Przecież znasz mnie niemal na wylot, ja doskonale znam Ciebie. Wiemy o sobie nawzajem wszystko, a jeżeli nawet niezupełnie wszystko, to wyłącznie przez chęć oszczędzenia sobie konieczności wysłuchiwania sprawozdań z tych wszystkich nic nieznaczących aspektów życia, które składają się na coś, co można (a pewnie nawet wypada) wepchnąć pod szeroki parasol z napisem 'nużąca codzienność'. Nie czuję wcale niedosytu informacji na Twój temat nie wiedząc, co ostatnio masz zwyczaj jadać na śniadanie, Ty pewnie też z powodzeniem obchodzisz się bez wiadomości na temat tych czy innych zagadnień dotyczących mojej fizjologii. Do czego zmierzam? Ano do tego, że na mój temat więcej niż Ty wie tylko jedna osoba - ja sam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje wczorajsze niedoszłe samobójstwo dowodzi wyraźnie, że nie wiem o sobie wystarczająco dużo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, nie byłem na tyle zapobiegliwy, by napisać list do tych wszystkich wstrząśniętych osób, którzy będą rankiem rzewnie szlochać nad moim przedwczesnym i ciągle dość przystojnym trupem, z której to pogrobowej korespondencji można by się dowiedzieć, co mnie do tego pchnęło. Nie znaleziono nawet ironicznie pustej koperty, co zburzyło moje głębokie przekonanie, że nawet w ostatnich chwilach swojego żywota będę przejawiał coś, co z braku lepszych określeń nazwiemy tutaj poczuciem humoru. Z tego co wiadomo ludziom z mojego otoczenia, nie zachowywałem się dziwacznie (no, w każdym razie nie bardziej dziwacznie niż zazwyczaj; możemy mieć tu zresztą do czynienia z Syndromem Nekromanty Z Hollowfaust - nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby uznano to za dziwaczne). Nie przeżyłem jakiejś większej tragedii osobistej. Takoż nie odnotowano: zwiększonej niestabilności nastrojów, skłonności do depresji czy uogólnionego niezadowolenia z wiedzionej egzystencji. Wręcz przeciwnie, wydawałem się wyjątkowo szczęśliwy z przywrócenia mnie do życia - radości swojej dawałem wyraz w rozmowach z klerykami Coreana, w listach do przyjaciół i rodziny. Jeżeli moja opinia może się tutaj liczyć, też uznałbym się ostatnimi czasy za podejrzanie bliskiego stanu stabilnego, spokojnego i dobrze wróżącego na przyszłość szczęścia. A jednak znaleziono mnie rano we własnym, zalanym litrami krwi łóżku, z podciętymi żyłami w obu nadgarstkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo fachowo podciętymi żyłami - tak, by szansa na odratowanie była minimalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak wiadomo z moich dotychczasowych przejść z Gabrielem, Coreanitów trudno jest odwieść od konsekwentnego zmierzania do raz obranego celu - jeżeli raz sobie coś wbiją do tych swoich świątobliwych łbów, będą się tego trzymać niezależnie od kłód, rzucanych im pod nogi, nawet jeżeli do rzucania kłód zabiera się wysoce wykwalifikowany, znający się na anatomii i chirurgii nekromanta. Podobno uratowali mnie, skrwawionego jak kaczor na czerninę, nie musząc nawet sięgać po specjalnie silną magię leczącą. Z charakterystyczną dla ubogich duchem prostolinijnością i skupieniem na jednej rzeczy naraz, dopiero po upewnieniu się, że mam się jak najlepiej, zaczęli się dopytywać powodu moich samobójczych dokonań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie muszę Ci chyba mówić jak trudno się przyznać do niewiedzy w tej kwestii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomijając fakt, że podobna próba może się powtórzyć pod nieobecność fachowej opieki medycznej, najgorsze jest to, że nic, ale to nic nie pamiętam. Pustka, a właściwie wspomnienia niezbyt smacznej kolacji, leniwego zerknięcia do książki czarów i na koniec zupełnie zwyczajnego pójścia spać. Po czym nic - żadnego snu, żadnego koszmaru. To dziwaczne, ale nie pozostało w mojej pamięci nawet residuum popełniania samobójstwa, jeżeli to rzeczywiście było samobójstwo - ani przyczyny, które mogłyby je wywołać, ani najmniejszy cień wspomnienia z samego aktu samookaleczenia. Nie da się zaprzeczyć, że wiem dobrze, w jaki sposób podciąć żyły, by odratowanie było bardzo utrudnione. Tak samo niezaprzeczalne jest to, że czynność taką powinienem pamiętać - nawet jeżeli po tak fachowo wykonanych cięciach pamięć ta towarzyszyć mi powinna już właściwie jedynie w zaświatach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem nawet do nich nie dotarłszy, jestem jak dziecko we mgle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostają mi jedynie domysły, które w tym wypadku są jak wspomnienia z nie odbytej podróży. W takich chwilach żałuję, że jestem właścicielem dobrze działającej (może nawet zbyt dobrze działającej) wyobraźni: od najprostszych, a co za tym idzie najbardziej prawdopodobnych rozwiązań, powoli wędruję w kierunku coraz bardziej zagmatwanych scenariuszy, coraz bardziej fantastycznych hipotez i zupełnie niesamowitych związków przyczynowo-skutkowych. Przez cały ten czas świadom jestem, oczywiście, niewielkiej szansy odkrycia prawdy, a dokładniej całkowicie przypadkowego natknięcia się na nią i rozpoznania jej jako takiej. Jakoś już tak jest, że świat nie ma w zwyczaju podawać rozwiązania w następnym numerze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do czego doszedłem, spisując wspomnienia z napadu amnezji? Zapytaj lepiej, do czego nie doszedłem! Fikcja ma to do siebie, że rozmnaża się partenogenetycznie, zapładnianie jej jest, choć dla niektórych przyjemne, zupełnie zbędne...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;'Niestabilność i nieprzewidywalność magii na Plane of Shadow,' wykładowca rozejrzał się po studentach bezskutecznie próbujących udawać zainteresowanie. 'Tematowi temu trzeba by właściwie poświęcić oddzielny kurs, a i tak nie udałoby się w pełni przedstawić tego, co do tej pory udało się nam dowiedzieć. Plane of Shadow ze swej natury jest miejscem, gdzie podstawowa sieć pola magicznego miesza się ze swoim odbiciem, dając niespodziewane interferencje, polaryzacje, wygaszenia oraz inne, czasem zupełnie niemożliwe do przewidzenia, efekty dodatkowe. Podobno istnieją światy, gdzie dysonans ten czy, jak kto woli, konflikt, doprowadził do uznania magii cienia za osobną gałąź wiedzy tajemnej. Mało tego, sieć magii cienia pochodzić ma z innego źródła i nikt, nawet bogowie, nie są w stanie czerpać z obu naraz - co, jak sobie łatwo wyobrazić, powoduje niezły bałagan w systemie wiary kleryków takich światów. Abstrahując od kleru i ich odwiecznych problemów z samookreśleniem, jakaś dwoistość między magią na Prime Material i Plane of Shadow wydaje się nie tylko istnieć, ale także przez zmieszanie się lub nawet istnienie w bezpośredniej bliskości powodować... Mhic Draodoir, czy ja cię aby nie nudzę?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg, od dłuższej chwili rozważający zaśnięcie z otwartymi oczami, ze świętym oburzeniem pokręcił głową, zdając się każdą komórką swego ciała tchnąć głębokim zainteresowaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Niejasny status interferencji między tymi dwiema płaszczyznami rzeczywistości zmusza nas do ograniczenia się dziś do ogólnego podsumowania jedynie tych reguł, od których wyjątków jest mniej niż faktów powodujących ich sformułowanie. Po pierwsze więc wypada zwrócić uwagę na pewien opór, na który natrafia każda próba użycia w Świecie Cienia zaklęcia produkującego, przyzywającego lub manipulującego ogniem lub światłem. Wydaje się, że za każdym razem konieczne jest pokonanie rezydualnej odporności magicznej na te dwa rodzaje zaklęć, charakterystycznej dla całego kontinuum materii cienia. Po drugie należy stwierdzić, iż być może wszelka magia lecząca, a już na pewno czary przywracające do życia, wiążą się z ryzykiem spowodowania u osób poddanych takim zaklęciom schorzeń o podłożu czysto magicznym, jednak przypominającym do złudzenia kurzą ślepotę, nadwrażliwość na światło czy krótkowzroczność. Szczególnie często mamy do czynienia z takimi zjawiskami u osób manipulujących materią cienia w swojej praktyce magicznej - tracąc wzrok, zyskują szczególną więź z cieniem, co pogarsza rokowania. Możliwe są jednak inne efekty niepożądane, zarówno natury fizjologicznej, jak i czysto psychicznej: psychozy, neurozy, napady amnezji czy nawet próby...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg naprawdę miał już dość tych głodnych kawałków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Chory psychicznie jest tutaj tylko ten stary pierdziel,' szepnął do kumpla. Podparłszy głowę na rękach przygotował się do drzemki. 'Q'Inniú, obudź mnie jak skończy - jeszcze chwilę go posłucham, a podetnę sobie żyły...'&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spodziewamy się ataku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nester, jak zwykle przedkładający ciekawość nad instynkt samozachowawczy, wysuwa się naprzód razem z Oshirem, który niedbałym wzruszeniem ramion zbywa chroniczną nadgorliwość naszego barda. Skinięciem głowy wskazuje mu, by trzymał się nieco z tyłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiemy, że niedługo uderzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gabriel i Guillermo, z minami ponurymi jak u bezrobotnych grabarzy i z obnażoną bronią w rękach chronią Cinnamon i mnie. Rzucamy właśnie ostatnie zaklęcia obronne i wspomagające. Być może w kluczowym momencie starcia, do którego za chwilę dojdzie, będą w stanie przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy przygotowani.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasze zaskoczenie jest całkowite.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma morderczego sztormu lodowych odłamków ze strony ogrzego maga. Nie jesteśmy mentalnie atakowani przez ilithida. Nie wysypuje się na nas nawet gromada żałosnych, ale w dużej grupie ciągle niebezpiecznych, orków, ogrów, trolli czy gigantów. Wszystko wokół na chwilę tężeje, jakby zajadle, choć bezskutecznie opierając się jakiemuś potężnemu zaklęciu, a potem dochodzi do czegoś, co odczuwam jak potężną implozję czasu i przestrzeni. Świat w ułamku sekundy ogrania ciemność i już w momencie jej nastania wiem, że nie jest to ciemność, którą w jakikolwiek sposób można rozproszyć czy rozświetlić. Jest zbyt lepka. Zbyt gęsta. Czarna, choć pulsująca głębokim karminem, jak ciemność za rozpaczliwie zaciśniętymi powiekami. Co ciekawe, jest mi skądś znana, z jakiegoś miejsca, którego mimo najlepszych chęci nie jestem sobie w stanie przypomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wspominki nie ma zresztą czasu, bo właśnie zaczynamy umierać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzieś z przodu dobiega mnie krzyk Nestera, kończący się nieludzkim ni to wizgiem, ni jękiem. Przekleństwo Oshira już w chwilę później zmienia się w przedśmiertny charkot. Tuż obok mnie słyszę jęk Cinnamon, empatycznie połączonej kleryckim czarem z naszym zwiadowcą. Byłym zwiadowcą, podpowiada mi ta część umysłu, dzięki której potrafię w największym stresie skupić się na tyle, by poprawnie wykrzyczeć odmawiającym posłuszeństwa gardłem skomplikowaną formułę zaklęcia i zmusić drżące ręce do prawidłowych gestów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczy powoli przyzwyczajają się do krwawego mroku, na tyle, by zobaczyć, jak stojący przede mną Guillermo wypuszcza z ręki miecz, łapie się obiema rękami za głowę i z cichym sykiem spomiędzy zaciśniętych zębów pada na ziemię. Ciemnoczerwony cień odrywa się od jego leżącej sylwetki i przemyka w prawo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Cinnamon, potrzebuję jeszcze trochę energii życiowej,' szepczę gorączkowo. 'Dasz radę?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Elfka bez słowa wyciąga ramię, poddając się mojemu zaklęciu. Coś jednak jest bardzo, ale to bardzo nie tak. Magia, zamiast płynąć spokojnym strumieniem, przemienia się nagle w rwącą rzekę. Krzyczymy z Cinnamon w rozpaczliwym dwugłosie, który kończy się jej bezwładnym osunięciem się i moim stłumionym szlochem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostaliśmy zatem tylko my dwaj, Gabriel i ja. I tajemnicza, mroczna, wroga nam siła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Z prawej!' słyszę zza siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Automatycznie lokalizuję podejrzany ruch, rozpoznaję mrocznego napastnika i rzucam czar. Najstraszniejszy ze znanych mi czarów. W blasku anihilującego wszystko co żywe i nieżywe promienia widzę, jak przeciwnik pada bez życia, a jego rysy rozmywają się jak większość iluzji ingerencji sił zewnętrznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zza siebie słyszę piekielny chichot - przede mną leży martwy... zamordowany przeze mnie Gabriel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'To musi być zły sen, to nie może się dziać!!!' krzyczę do sam do siebie, wiedząc doskonale, że jedynie na jawie mówi się takie rzeczy. Jedynie jawa jest na tyle ograniczona, by kłaść przed nami martwe ciała naszych najbliższych i najdroższych. Jedynie ona nie cofa się ani o krok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś we mnie pęka. Jeżeli z tego koszmaru nie da się obudzić, zawsze jeszcze można z niego umrzeć. I tak ledwo trzymam się na nogach. Sztylet?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do dzieła.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie potrafię odejść.&lt;br /&gt;Nie umiem powrócić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Splątały się drogi, zmieszały kierunki.&lt;br /&gt;Tobie uciekam przed sobą,&lt;br /&gt;wracam do siebie przy Tobie.&lt;br /&gt;Trwam w zdyszanym bezruchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z braku prostych ścieżek -&lt;br /&gt;mnogość mylnych skrótów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pośpiech konieczny&lt;br /&gt;w zastoju.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od dłuższego czasu obserwowało obóz stworzeń światła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepełniał je gniew, ale również strach. Gniew spowodowany był bezczelnym wtargnięciem w jego dziedzinę, natomiast strach - straszliwą mocą ich obrzydliwego boga, z którego pomocą rozprawili się z mniej od niego przebiegłymi Onymi, którzy postanowili zaatakować natychmiast. Było przekonane, że jego cierpliwość zostanie nagrodzona, że wkrótce się stąd wyniosą, w swoich ciasnych umysłach nie umiejąc pojąć wyższości cienia nad światłem, przewagi miękkiego rozmycia nad ostrym kontrastem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było ukryte. Z ukrycia nienawidziło. W ukryciu czekało. Miało czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z bezpiecznej odległości obserwowało, szukało luki, słabego punktu. Wiedziało, że ograniczy się do jednego jedynego ataku, ale chciało się upewnić, że będzie to cios skuteczny. Bolesny. Że kara zostanie wymierzona. Po jakimś czasie w obozie stworzeń światła pojawiło się idealne narzędzie - przywrócony do życia, pochodzący ze świata światła, ale skażony cieniem, użytkownik magii. Gdyby miało ręce, zatarłoby je. Gdyby miało kły, obnażyłoby je w nienawistnym uśmiechu. Gdyby miało serce, przepełniłaby je wielka, pełna czarnej nienawiści do intruzów, radość. Kiedy upatrzona ofiara usnęła, likwidując tym samym bariery narzucane przez świadomość, skupiło całą swoją moc i włożyło ją w jeden nie zezwalający na nieposłuszeństwo rozkaz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Wstań i zabij wrogów tego świata, zaczynając od najbardziej zajadłych...'&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[Mroczne wnętrze, charakterystyczna akustyka wskazywałaby na wielką, kamienną salę - kryptę? Magiczny blask delikatnie oświetla środek okrągłego stołu. Dziesięć osób siedzi w równych odstępach wokół, ich twarze skryte są w cieniu obszernych kapturów. Stół, nie licząc ogromnego tomiszcza o bardzo nadszarpniętej zębem czasu okładce i pożółkłych stronicach, jest pusty.]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[nosowy i niski, z tendencją do hiperpoprawnej wymowy]&lt;br /&gt;Wygląda na to, że w kwestii wysłania młodego Tadhga Mhic Draodoira do Mithril nie dojdziemy do porozumienia. Sytuacja jest o tyle dla mnie niezrozumiała, że to właśnie moje zdanie, zdanie nauczyciela mającego z nim bodaj najwięcej styczności, jest ignorowane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 2:&lt;br /&gt;[szybki, w pośpiechu ku sobie znanemu celowi połykający końcówki wyrazów]&lt;br /&gt;Sprawa została przegłosowana, uczony kolego. Mhic Draodoir wyruszy do Mithril jako ambasador Hollowfaust.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[o dwa tony głośniej niż poprzednio]&lt;br /&gt;Przy moim stanowczym sprzeciwie! I negatywnej opinii rektora Collegium Necromanticum!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 2:&lt;br /&gt;[złośliwym szeptem do sąsiada z prawej]&lt;br /&gt;To starczy za wróżbę powodzenia misji konsularnej - jest szansa, że ten chłystek zdziała więcej niż wszystkie te nadęte pawiany razem wzięte przez ostatnie dwieście lat...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 3:&lt;br /&gt;[beznamiętny, suchy i szeleszczący, nie znoszący sprzeciwu]&lt;br /&gt;Jako że przypuszczalnie lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych znam Kodeks Rady...&lt;br /&gt;[wyschnięta, poczerniała ręka oparła się delikatnie na antycznej księdze]&lt;br /&gt;... - brałem bądź do bądź udział w jego spisaniu sześćset pięćdziesiąt lat temu - pozwolę sobie przerwać tę niewątpliwie interesującą dyskusję. Wniosek przeszedł. Sprzeciw zaprotokołowano. Klamka zapadła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[z wyraźnym szacunkiem, czy nawet obawą, w stosunku do przedmówcy]&lt;br /&gt;Ja również znam Kodeks - dlatego chciałbym w imieniu swoim, rektora i większości rady naukowej Collegium Necromanticum...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 3:&lt;br /&gt;[szeleszcząco, dobitnie i z nutą znudzenia]&lt;br /&gt;Przypominam, że ani rektor, ani rada naukowa uniwersytetu nie są członkami tego gremium. Ich zdanie nie ma tu nic do rzeczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 4:&lt;br /&gt;[niski, jednak niewątpliwie kobiecy, alt]&lt;br /&gt;Natomiast obecny tu mistrz Gilligan opowiedział się za wyjazdem Mhic Draodoira na placówkę dyplomatyczną w Mithril.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 5:&lt;br /&gt;[kpiąco]&lt;br /&gt;Udzielił mu nawet dość niespodziewanie pozytywnych rekomendacji... można by zacząć doszukiwać się interesujących motywacji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 6:&lt;br /&gt;[z charakterystycznym, północnym akcentem]&lt;br /&gt;Jak powiadała moja babcia: Szukajcie, a znajdziecie. Ale tym razem mógłby to być guz. Odradzam, kolego. Rekomendacje podtrzymuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[kontynuując przerwany wątek]&lt;br /&gt;Dobrze, zatem jedynie w swoim własnym imieniu. Zgłaszam votum separatum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 7:&lt;br /&gt;[następna kobieta, z lekkim elfickim akcentem]&lt;br /&gt;Czy to przypadkiem nie to samo co sprzeciw?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[ignorując komentarz]&lt;br /&gt;Wnioskuję także, by ograniczyć margines błędów samego Mhic Draodoira.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 5:&lt;br /&gt;[znowu kpiąco]&lt;br /&gt;A w jakiż to sposób? Wysłać go z Tobą jako uniwersytecką przyzwoitką? Najlepiej na rachunek Alma Mater?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 3:&lt;br /&gt;[gdzieś między prośbą a groźbą]&lt;br /&gt;Koledzy... Nie mamy na to posiedzenie całej wieczności. W każdym razie wy jej nie macie.&lt;br /&gt;[zwracając się do wnioskodawcy]&lt;br /&gt;Co dokładnie mielibyśmy zrobić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[szybko, jakby przemowa ta ćwiczona była już wiele razy]&lt;br /&gt;Zdajecie sobie sprawę, że nadrzędnym celem całego przedsięwzięcia jest sprowadzenie do Hollowfaust kleryków władających magią leczącą najwyższego rzędu, w tym magią przywracającą życie. Nie jesteśmy jednogłośni w kwestii kandydatury ambasadora, nie podzielacie moich wątpliwości, czego robić nie macie naturalnie obowiązku. Przypuśćmy jednak na chwilę, dla dobra argumentacji, że Mhic Draodoir okaże się już na miejscu nieodpowiedzialnym, a co za tym idzie - nieodpowiednim na to stanowisko lekkoduchem. Będzie setki mil stąd, na wschodnim wybrzeżu. Będzie tam nie tylko robił nam złą opinię - choć przyznać muszę, że pewnie bardzo jej nie będzie w stanie zepsuć - ale będzie też zdany na łaskę tamtejszej władzy, która za przysługę czynioną nam, Hollowfaust, policzy sobie każdą przysługę oddaną temu smarkaczowi. Czy powinniśmy pozwolić na zaciąganie takiego długu wdzięczności? Jak go nam później przyjdzie spłacić? Na jakich warunkach i, co gorsza, w jakiej walucie? Czy będzie to korzystne dla naszego miasta? Wątpię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 7:&lt;br /&gt;[tym razem bez śladu elfickiego akcentu]&lt;br /&gt;Nie traćmy czasu na zbędne krasomówstwo. W zarysach pewnie wszyscy się zgadzamy z tym punktem widzenia. Co kolega proponuje?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 1:&lt;br /&gt;[konkretnie, bez zbędnego krasomówstwa]&lt;br /&gt;Najpoważniejsze błędy muszą mieć nieodwracalne konsekwencje. Musimy uniemożliwić jego ewentualne wskrzeszenie. A właściwie zniweczyć je już pierwszej nocy po powrocie z zaświatów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GŁOS 3:&lt;br /&gt;[po raz pierwszy z nutką emocji]&lt;br /&gt;Jeżeli wniosek przejdzie, chyba wiem, jakiego zaklęcia użyć... Koleżanki, koledzy - zarządzam głosowanie.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Q'uessaiilan'ain?' zapytała Airrain, zerkając na swoją kuzynkę. 'Seo Mhic Draodoir, n'abhailassea sé tú aeg droíochtaicht? Dhíol mé seacht diabhail m'anaimm, níl sé pearseach agaibh.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Niss'ailaiaín,' odparła młodsza czarodziejka z uśmiechem, który jednak zaczynał się i kończył na jej ustach. Piękne, złotozielone oczy, których Airrain dotychczas jej zazdrościła, pozostawały zimne i złe. 'Tá Tadhg Mhic Draodoir pearseach n'seal abaibh, m'seorach - tá sé pearseach aeg a daoine feann. Deannadh muid cearr geas leat, geas marbh.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Níl aon thiste le Thadhg agaibh, mo thuirse,' mruknęła Airrain, nie mając wcale serca do szalonego pomysłu Urrain. Nie wiedziała nic o żadnym Tadhgu i nie chciala nic wiedzieć. Nie obchodził jej. Jednak rzucanie tak potężnego czaru na obcą osobę, obcą nie tylko jej, ale także samej Urrain, bazując tylko na pogłoskach i ogólnikowych wiadomościach na temat miejsca jego przebywania nie podobało jej się wcale. Ogromny wysiłek, spore nakłady finansowe, a wynik niepewny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem polegał na tym, że winna była Urrain przysługę. Niezależnie od tego, jaka byłaby jej opinia na temat rzeczonej przysługi. Spłacenie długu honorowego było nadrzędnym priorytetem, nieświadomość przyczyn, dla których chciano uśmiercić jakiegoś tam Mhic Draodoira była stosunkowo niewielką ceną. Inna rzecz, że po zakończeniu tej farsy nie omieszka powiedzieć młodszej czarodziejce, co myśli na temat jej nowych zleceniodawców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Ina dhiabhail, Urrain, comhailainn anois, már ní chomhailainn abhain!' warknęła, by okazać swoje niezadowolenie, po czym zajęła miejsce po przeciwnej stronie wielkiej misy wypełnionej krystalicznie czystą wodą. Usta Urrain znów się uśmiechnęły, tym razem szerzej, równoważąc ostrzegawcze zwężenie oczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Mo hAirrain,' powiedziała tonem, jakim napomina się niesforne dzieci i wyciągnęła przed siebie ramiona, czekając na kuzynkę. Połączyły się dłonie, skrzyżowały spojrzenia, sylaby zaklęcia przeplatały się z sobą w kadencji idealnych asonansów. Magia rytuału przepełniała je obie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Groza i piękno. I śmierć.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Śpi?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Jak zabity.' Nerwowy chichot, stłumiony rękawem liturgicznej szaty. 'Jeżeli te świece rzeczywiście działają tak, jak powinny, nie obudzi się już nigdy.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'I właśnie o to chodzi. Nie mam pojęcia, jakie miał układy z wierchuszką, ale to już przesada - wskrzeszać jakiegoś nekromantę wtedy, kiedy tylu naszych braci ginie. Do tego jeszcze prawdziwe wskrzeszenie!'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Podobno zginał walcząc za Mithril...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Akurat!' Prychnięcie. 'Co mieli powiedzieć? Że robią to po to, żeby podlizać się Hollowfaust? Albo że robią to dla tej wiedźmy Blackburn? Czy, z tego co wiadomo, być może tego dupka Gabriela Celeste?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Nieee.. Chociaż Hollowfaust to gniazdo rozpusty i dewiacji wszelakiej... Oraz, jak widać, czarnej niewdzięczności - popełnić samobójstwo zaraz po interwencji Coreanitów.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parsknięcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Słuchaj, bierzmy się do roboty. Potrząśnij nim, jakby co przyszliśmy sprawdzić jak się czuje po tym całym wskrzeszaniu. Dobra, wystarczy. Gdzie jego sztylet?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Jest tu. Tniemy w poprzek?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Coś ty, jeszcze go odratują - trzeba ciąć wzdłuż. Jako nekromanta pewnie wie, jak ciąć, jeżeli chce się zabić.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponownie chichot, tym razem nie powstrzymywany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Dobra, tnij!'&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;***&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak widzisz, gdyby już szukać podejrzanych, znalazłoby się kilku. Na tym i na tamtym świecie. W obecnym i przeszłym czasie. Równie dobrze obeszłoby się bez winnych, wszystko dałoby się wytłumaczyć okolicznościami, czyli mieszanką natury rzeczy i obrotu spraw. Tylko czy przypisanie komu- lub czemukolwiek odpowiedzialności za to, co się wydarzyło, cokolwiek zmieni?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żadna z prób znalezienia wytłumaczenia nie jest lepsza ani gorsza niż pozostałe, z tego prostego powodu, że dowodów - innych niż moje fachowo pocięte nadgarstki - brak. Z braku wspomnień, rzucony na pastwę swojej wyobraźni, mogę jedynie w próżnym odruchu twórczej weny mnożyć wersje niebyłych wydarzeń, paranoidalnie skoncentrowane na sobie samym. Niedaleko stąd do pełnoobjawowej manii prześladowczej, wiem - dlatego z przymrużeniem oka traktuję swoje wizje tego, co mogło spowodować sięgnięcie po sztylet. W końcu gdybym wszystko co robię traktował poważnie, nie musiałbym się teraz domyślać przyczyn chęci skończenia z sobą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrząc wstecz, trochę sobie pluję w brodę, że zaraz po odratowaniu nie poprosiłem o dokładniejsze zbadanie magii rezydualnej. O przetestowanie mnie na okoliczność chorób, klątw, trucizn, sam nie wiem czego jeszcze. Zawsze i nieodmiennie, lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. Teraz jest już pewnie za późno, poza tym moje umiejętności w zakresie magii poznawczej są niewielkie. Cinnamon chyba też nie okaże się szczególnie pomocna, choć nauczyłem się już, że błędem jest jej nie doceniać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już o pomocy mowa, nie mogę się doczekać powrotu i zobaczenia się z nią. W pewien sposób tylko jej mądra, przenikliwa i kojąca obecność trzyma mnie przy resztce zdrowych (a może już nie takich zdrowych) zmysłów. Tam, gdzie inni klerycy nieodmiennie są konowałami sumienia, ona potrafi być lekarzem duszy. Szkoda, że jest wyjątkiem od reguły, ale miło, że osobiście znam ten wyjątek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończę już, zanim zacznę kolejną kartkę, a Ty zaczniesz rozważać samobójstwo,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pozdrówka,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-1443194773029867743?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/1443194773029867743/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=1443194773029867743' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1443194773029867743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1443194773029867743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/tosamo-tadhga.html' title='Tożsamość Tadhga'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5367762103438639931</id><published>2008-11-03T14:05:00.004+01:00</published><updated>2010-07-29T13:33:26.793+02:00</updated><title type='text'>Przejściowo kopnięty kalendarz</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;18. Hedrota, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 38#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad przyszłością Mithril zawisł cień. W przenośni, ale także dosłownie. Niebezpieczeństwo ze strony Banewarrens, choć ciągle obecne i niewątpliwie wielkie, nie ma przynajmniej charakteru bezpośredniego - ostatecznie nie wszystkie przedmioty tam przechowywane są w stanie czynić masowe spustoszenie, nie wszystkich użyto by w samym mieście. Przypuszczalnie większość i tak zostałaby przemycona poza naszą płaszczyznę egzystencji, jak bowiem wiadomo, nie tylko w naszym świecie istnieje ciągłe, niemożliwe do zaspokojenia zapotrzebowanie na tego rodzaju dobra (czy może powinienem był napisać 'zła'?). Podczas naszych kolejnych wypraw w podziemia nie zastanawialiśmy się, siłą rzeczy, nad zagrożeniem zdecydowanie bardziej bezpośrednio dotyczącym miasta paladynów. Świadomi byliśmy co prawda jakichś dużych kłopotów, angażujących wszystkie siły władców miasta, ale tak naprawdę przez skierowanie całej naszej uwagi na Banewarrens i kłopotów stamtąd płynących, nie wnikaliśmy nawet w ich naturę. Zwłaszcza że władze utrzymywały wszystko w jak najściślejszej tajemnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porwanie Gabriela przez naszych przeciwników w wyścigu do magicznych bogactw podziemnej dziedziny, jego późniejszy pobyt na granicy między życiem a śmiercią i zakończona sukcesem akcja ratunkowa otrzeźwiły nas na kilka sposobów. Po pierwsze, uzmysłowiły nam jak bardzo na nim polegaliśmy. Po drugie, odsłoniły w pełni ogrom niebezpieczeństwa, na które się ciągle narażamy. Po trzecie, może najważniejsze, przyczyniły się do zdania sobie sprawy z tego, że nie bardzo możemy liczyć na pomoc z zewnątrz, jako że praktycznie całe siły Mithril zajęte są obroną miasta przed tajemniczą armią zmierzającą w jego kierunku poprzez Shadow Plane, gotową lada dzień zjawić się u bram. W celach raczej luźno wiążących się z wizytą towarzyską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mithril w takich kłopotach nie było chyba od czasu starcia bogów ze swoimi tytanicznymi rodzicami. Zagrożenia zewnętrzne, wewnętrzne, z tego i innych światów –wszystkie zastygły w tygrysim przyczajeniu. Ogony nerwowo drgają, miodozielone oczy zmrużone są w niecierpliwym oczekiwaniu na ostateczne rozprawienie się ze zdobyczą. Czas zwalnia, jak to ma w zwyczaju czynić w momentach dzielących oswojone, bo znane już 'przed' od nieprzewidywalnego 'po'. Świat na krótką chwilę wstrzymuje oddech.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokładnie teraz wyższe dowództwo musi podjąć strategiczną decyzję, przydzielić nas do którejś z multum koniecznych do przeprowadzenia misji, wybrać pomiędzy śmiertelnym niebezpieczeństwem a przedwczesnym grobem. Decyzje tego rodzaju mają to do siebie, że są ostateczne –raz na zawsze trzeba wybrać jedną z kilku stojących chwilowo otworem ścieżek, bezpowrotnie zamykając pozostałe. Z tego co wiemy, każda prowadzi nieuniknienie w jednym jedynym naprawdę znanym kierunku –ku śmierci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie da się cały czas produkować adrenaliny, a nawet jeżeli tak, to organizm przestaje na jej podwyższony poziom reagować. Do prawidłowej reakcji potrzebne są coraz większe dawki, ale że bodźce nie mogą stać się już ani trochę silniejsze, wszystko odbywa się w właściwie bez emocji. Śmierć traci dużą część swojej grozy, ból jest wiecznie przytłumiony. Wszystko traci na intensywności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie bez poczucia pewnej ironii, którą rzeczywistość lubi od czasu do czasu zabłysnąć, dowiadujemy się, że tym razem nasze zadanie polega na udaniu się na cmentarz. Aby sprawy przynajmniej trochę urozmaicić, chodzi o lustrzane odbicie mithrilskiego cmentarza w mrocznych głębinach Plane of Shadow. Wycieczka ma mieć charakter daleki od kurtuazyjnego zwiedzania nekropolii –należy bowiem, drobnostka, urządzić przyspieszony pochówek organizatorom marszu wrogich Mithril sił. Ich przywódcy mają być na tyle zaawansowani w swoich umiejętnościach, że za pomocą magicznego rytuału będą w stanie przypuścić na miasto śmiercionośny desant, przenosząc swoje wojska tak zwaną Księżycową Ścieżką. Wojsko jest o tyle niezwykłe, że stworzone z żywych istot jedynie w połowie zmienionych w undeady –jest w ten sposób co prawda wrażliwe na większość form ataku skutecznych przeciw obu z części składowych, ale geniusz magii służącej do ich produkcji sprawia, że każda śmierć zadana w ich pobliżu wzmacnia tych, którzy ciągle stoją na nogach. Będziemy więc zmuszeni albo ich jedynie unieruchomiać, albo zabijać wszystkich en masse.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostaje mieć nadzieję, że odpowiednio użyta boska moc patronki Cinnamon będzie w stanie przyczynić się do sukcesu naszej misji. Corean, poprzez Gabriela, też powinien zwiększyć nasze szanse. Paradoksalnie, moje umiejętności nekromanty znajdą pewnie najmniejsze zastosowanie, jendak na wszelki wypadek przygotowałem spory zestaw silnie ofensywnych zaklęć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polecając nasze dusze opiece Madriel, powędrujemy za chwilę w stronę otwartego przez Coreanitów portalu, prowadzącego w mroczną otchłań Plane of Shadow. Kolejny raport później, jeżeli jakiekolwiek później jest nam w ogóle pisane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pozdrowieniami,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;20. Hedrota, Plane of Shadow&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Q!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmierć, poniekąd ze swej natury, to coś zdarzającego się innym istotom. Nawet jeżeli są to w stanie potem opisać, co jak może pamiętasz nigdy nie nudziło się tym z naszych wykładowców, którzy dzięki magii przekroczyli tę pozornie ostateczną granicę (Nemorgo, zważ sprawiedliwie ich dusze, kiedy już trzymające ich w kupie zaklęcia stracą nareszcie swą moc), to jednak pozostanie ona doświadczeniem cudzym. Można o niej czytać, można słuchać, ale mimo to nie rozpatrujemy jej nigdy w personalnym wymiarze, tak jak początkujący przedsiębiorca nie zastanawia się nad aspektami prawnymi postępowania upadłościowego, a nowożeńcy nie planują szczegółów rozwodu. Mnie, przedstaw sobie, przydarzyło się ostatnio upaść i przeprowadzić szybki rozwód. Z fizjologią i całą resztą życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko, co do tego było potrzebne z organizacyjnego punktu widzenia, to jak zwykle nadmiar brawury, niedostatki w planowaniu i cenna kompania moich odmawiających uczenia się na własnych błędach towarzyszy, do której to egzotycznej zbieraniny, jak może widać z całkiem już sporej garstki listów, pasuję tak lekkomyślnością, jak i zbytnio wybujałym optymizmem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A pamiętam to tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'&lt;i&gt;Guillermo sam!'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---spojrzenie w prawo---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Jakoś się trzymają. Madriel... Cinnamon... Jeszcze raz ten turning!... Lightning bolt wywali cały pierwszy szereg, ale Gabriel może tego nie wytrzymać...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---szybki rzut oka w przód---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Czarodziejka, najpierw w nią... inaczej nie damy rady.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---odruchowe przeliczenie trajektorii planowanego czaru---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Jeden z ogrów i czarodziejka.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Leci!!!'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---poleciał---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Oboje stoją... niedobrze...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---oba ogry nacierają na mnie---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Dwa ciosy chyba jakoś wezmę na siebie...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---chrupnięcie, bryzg krwi---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Szlag by to! Nemorgo! Madriel!...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;---trzask---&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Kurwa!!! RATUN...'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...ku??? --- ku czemu? --- dokąd? --- donikąd --- ku czemu? --- kiedy? --- nigdy --- ku czemu? --- kto? --- nikt --- CISZA inna od braku dźwięków --- BRAK ewentualności dźwięku --- BRAK możliwości wymiarów --- BRAK ekwiwalentu czasu --- a jednak jestem --- jestem, nie będąc, w nieokreślonym TU, tożsamym z każdym TAM --- ruch? --- dezorientacja --- przesunięcie w braku przestrzeni --- przesunięcie w braku czasu --- chęć nagle jednoznaczna z możnością --- od mithril do hollowfaust w bezokim okamgnieniu --- jednocześnie w obu krańcach wieczności --- NIC, ale wciąż w odniesieniu do JA --- NIGDZIE, lecz z JA w niemożliwym do zdefiniowania centrum --- a więc to tak --- więc jednak --- zdziwienie bez zaskoczenia --- strata? --- BRAK smutku --- zysk? --- BRAK radości --- ciągłość chwil rozpostarta na niekończącym się TERAZ --- ZAWSZE rozmienione na drobne --- tyle NICZEGO, ze WSZYSTKO całkiem dobrze ukryte --- CIEŃ bez światła --- CIEŃ pod nieobecność ciemności --- cisza --- szept? --- cisza --- krzyk? --- cisza --- KRZYK!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Aaaaargh!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...wszystkonicgóradółzawszenigdyjutrowczorajwszędzienigdziewszyscyniktJA!...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Gdzie jestem? Co się stało? Czemu tak jasno?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Wydaje się, że wszystko w porządku, choć Cień odcisnął na nim swoje piętno –słyszę niewyraźne mruczenie, po czym głośniej: - Ambasadorze Mhic Draodoir, witamy w obozie wojennym miasta Mithril na Plane of Shadow. Zginął pan w trakcie misji specjalnej, ale dzięki boskiej mocy Coreana udało się nam zwrócić panu życie. Pana służba w siłach dobra się jeszcze nie skończyła...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A to, kurwa, pech... Będąc jednak, było nie było, ambasadorem, dziękuję wylewnie wszystkim obecnym sługom Coreana, który niech nadal opiekuje się prześwietnym miastem Mithril, i pytam o pozostałych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostali przeżyli, podobno dzięki grzechotce Guillermo. Brzmi głupio, wiem, ale nie chodzi o zabawkę z dzieciństwa, którą nasz ciemnoskóry kompan rozśmieszył do rozpuku naszych wrogów. Był to de facto magiczny artefakt, przyzywający z głębin Wymiaru Cienia potężne istoty –nie sprawiło im poważniejszych trudności ostateczne rozprawienie się naszymi przeciwnikami, ratując w ten sposób życie pozostałym i dając im możność wyniesienia z cmentarza moich szczątków, stanowiacych dość istotny komponent czaru wskrzeszenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sumie poszczęściło mi się z tym powrotem do życia –hierarchowie wiary Coreana postanowili nie oszczędzać ani siebie, ani nakładów finansowych i sprowadzili mnie z zaświatów najsilniejszą klerycką magią. Wygląda na to, że po raz pierwszy pozycja ambasadora na coś mi się przydała. Jedyną niedogodnością jest nadwrażliwość na światło, która to podobno jest dość popularnym efektem ubocznym przywrócenia do życia na Plane of Shadow. Dalsze kontakty z Wymiarem Cienia mogą się okazać niekorzystne dla mojego zdrowia, ale przysięgłem sobie trzymać się z daleka. Pozwolę Ci się domyślić powodów we własnym zakresie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz czekam w obozie na powrót do swoich towarzyszy, uczę się czarów, staram się dowiedzieć jak najwięcej o dotychczasowym rozwoju wypadków. W przerwach piszę listy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plus, oczywiście, pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;umrzeć –&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nigdy więcej światło lub mrok&lt;br /&gt;nigdy więcej cisza czy dźwięk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;umrzeć-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nigdy więcej jutro lub dziś&lt;br /&gt;nigdy więcej ona czy on&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;umrzeć-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nigdy więcej tutaj lub tam&lt;br /&gt;nigdy więcej więcej czy mniej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;umrzeć-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nigdy więcej?...&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;20. Hedrota, Plane of Shadow&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 39#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Piętrzące się przed nami problemy okazały się po raz kolejny śmiertelne dla jednego z członków drużyny –tym razem pożegnał się z życiem nasz czarodziej, Tadhg Mhic Draodoir.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, że kreśli teraz te słowa jest zasługą jego dosyć prestiżowej pozycji w Mithril oraz łaski Coreana, która przekłada się wśród śmiertelników na przychylność rozmaitych Ich Świątobliwości oraz Ich Magnificencji. Wypada również wspomnieć o lojalności i szybkości działania współtowarzyszy Tadhga, którzy martwe jego ciało dostarczyli bezpośrednio do przebywających na Plane of Shadow wyższych hierarchów świątyni patrona miasta. Ci wskrzeszeniem zajęli się bez zbędnej zwłoki, nie żałując ani pieniędzy, ani umiejętności na najsilniejsze ze znanych kleryckich zaklęć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rekomenduję zatem niniejszym, by Hollowfaust potraktowało ten gest pod adresem swojego ambasadora jako ważny krok w zbliżeniu obu narodów oraz kamień milowy na drodze do przyszłej współpracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pozdrowieniami,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;20. Hedrota, obóz Mithril na Plane of Shadow&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dawniej rozpocząłbym ten list mniej więcej w te słowa: "Jeżeli wspomnisz Mamie o tym, co za chwilę napiszę, zabiję Cie własnymi rękami". Od jakichś trzydziestu kilku godzin nie jestem już tak chętny do szafowania śmiercią, nawet w najbardziej figuratywnej z jej odmian. Rozpocznę zatem inaczej:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli wspomnisz naszej rodzicielce choćby słowem o tym, co tu zostanie opisane... to Ty będziesz ją mieć na głowie! Do mnie jej list dotrze najszybciej za trzy miesiące, a i wtedy nie będę go zmuszony czytać. A już na pewno nie będę słuchać, i to słuchać do znudzenia, jakieś sto razy dziennie. No jak, mam Twoje słowo, że będziesz trzymać język za zębami? No myślę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż, moja droga Siostrzyczko, jakieś półtora dnia temu umarłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Jak umieram: Dwa ogry biegną w moim kierunku. Tupot ich bosych, brudnych stóp. Nieestetyczne zmiany skórne, utrwalone przez zapewnioną magią nieśmiertelność. Nacierający obezwładniającą falą mdlący smród ich ciał. Złowrogi charkot przechodzący w bojowy kwik. Wzniesiona broń. Uderzenie łamiące obojczyk i wbijające trzy zgruchotane żebra w narządy wewnętrzne –lewe płuco wypełnia się krwią z rozerwanego osierdzia. Ze zdziwieniem wsłuchuję się w dziwacznie intrygujący odgłos dartych tkanek, staccato gruchotanych kości. Zapach krwi niewytłumaczalnie przechodzi w aromat jaśminu i siewnej kolendry. Drugi cios. Błysk. Ciemność. Światłocień. Nic.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak widać śmierć nie jest niczym ostatecznym w służbie dyplomatycznej Hollowfaust, w każdym razie nie na placówce w mieście pełnym wyznawców Coreana. Choć pewnie wyobrażasz sobie przyjemniejszy temat braterskich listów, podzielę się z Tobą wrażeniami z krótkiego pobytu tam, po drugiej stronie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Jak jest po drugiej stronie: Brak stron. Brak czasu. Brak przestrzeni. Wbrew anegdotycznym prawdom, żadnego światła, ku któremu można by zdążać. Brak dźwięków, zapachów, smaków. Spokój? Tak, ale jedynie z braku lepszego słowa, przypuszczalnie w którymkolwiek z języków ludzi, diabłów, demonów czy aniołów. Jesteś tylko ty, a właściwie tylko 'ja'. Jeżeli wymagane jest doświadczenie, oswojenie się, opanowanie reguł czy zrozumienie, nie następuje ono w te kilkanaście godzin, mierząc upływem czasu świata żywych. Jestem wszędzie i nigdzie. Nigdy i zawsze. Poznaję w nicości wszystkich, a w mnogości niemiejsc –nikogo. Jestem w Hollowfaust w momencie ostatecznego starcia bogów z tytanami, a jednocześnie w Mithril w dniu, w którym na zawsze znika w morskich odmętach. Towarzyszę narodzinom wygasłych już gwiazd i jestem świadkiem dogasania tych, których przyjście na świat nie śni się jeszcze bogom. Doświadczam tego wszystkiego i niczego zarazem –jestem głuchy, słysząc wszystko w zupełnej ciszy - niewidomy, obserwując rozwój wypadków w świecie bez kształtów, kolorów, kontrastów.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Może jedynie śmierć przychodząca przed czasem tak wygląda. Może za każdym razem jest inaczej. A może właśnie zawsze tak samo. Tak czy owak, Siostrzyczko, nie ma się do czego śpieszyć. I naprawdę warto mieć gdzieś pod ręką osoby, które Cię z tego stanu wyrwą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Jak jestem wyrywany z tego stanu: Najpierw zalewają mnie dźwięki. Zacisze kleryckiego namiotu ogłuszającym hukiem atakuje moje uszy, w chwilę później oczy przekładają na czystą agonię otaczający mnie półmrok. Zapach, dotyk, nawet smak sprzysięgają się przeciw mnie, mieszają się, przechodzą jedne w drugie, wypełniają każdą komórkę ciała. Wrzask, jaki z siebie wydaję, musi być nieobcy naszej Matuli –bądź co bądź przychodzę ponownie na świat, choć tym razem jedynie po krótkiej przerwie. I dopiero po chwili (sekundzie? minucie? kwadransie?) włącza się świadomość. Natłok rozszalałych myśli, definiujących od nowa znany już przecież świat, porządkujących go w mniej lub bardziej logiczną całość. Szaleńczy wir wspomnień, których w śmierci nie jesteś w stanie do końca odróżnić od fikcji, życzeń, historii, bajek, legend i faktów widzianych z perspektywy innych ludzi. To nagłe zakotwiczenie w czasie pozostawia po sobie uczucie straty, swego rodzaju spłaszczenia rzeczywistości, w której jeszcze przed chwilą czas był dostępnym w każdym punkcie wymiarem. Wymiarem, w którym wyrażenie 'przed chwilą' nie znajduje zastosowania. Duchy, zjawy czy banshee nie są pamiętliwe - zapominanie nie istnieje, nie może istnieć w egzystencji poza życiem.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Po wskrzeszeniu, oprócz wylewnych podziękowań za przywrócenie mnie do życia (z zastosowaniem wszystkich trików protokołu dyplomatycznego), pozostało mi jedynie przysiąść fałdów nad książką czarów i czekać na powrót do Mithril, trzymając kciuki za brak dalszych komplikacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;O dalszych komplikacjach: Przywrócenie do życia na Plane of Shadow bardzo często odciska swój ślad –w moim wypadku jest to stan będący przeciwieństwem kurzej ślepoty. Światło mnie razi, źrenice rozszerzone do granic możliwości utrudniają akomodację, przedmioty położone dalej ode mnie widzę rozmyte i niewyraźne. Nie przeszkadza to, jak się domyślasz, w pisaniu listów czy studiowaniu książek, gorzej będzie jednak z rzucaniem zaklęć na odległość. Oraz z kłanianiem się znajomym na ulicy. Klerycy utrzymują, że to przejdzie z czasem, pod warunkiem braku dalszych kontaktów z materią Cienia –co w moim wypadku jest o tyle ułatwione, że czarami poddającymi ją manipulacji nie parałem się nigdy. I nie zacznę, Nemorga mi świadkiem.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Kończę już, pozdrawiając Cię gorąco znad własnej ciągle pustej mogiły,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;buźka,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;[list do Cinnamon napisany po elficku, przesłany pocztą militarną do obozu w Mithril]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga Cinnamon,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prośba maleńka –spróbujmy następnym razem kontrolować, choćby w grubych zarysach, działania duetu Gabriel-Guillermo. Wiem, że to po trosze wołanie na puszczy, bo dotąd oprócz sprzeciwu nie proponowaliśmy nigdy scenariuszy alternatywnych –może jednak następnym razem się uda. Niby mamy w drużynie większość (pod 'my' rozumiem tym razem wspólnotę istot nie tylko rozumnych, ale dodatkowo nie wahających się owego rozumu w razie potrzeby użyć), a jednak ciągle dajemy się wodzić za nos hegemonii dzikiego entuzjazmu i mierzenia sił na zamiary.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedługo wracam i resztę przedyskutujemy na miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrowienia,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Aoife Uí Dhraodoir&lt;br /&gt;Pinkett Mews 11&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;20. Hedrota, obóz Mithril na Plane of Shadow&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matulu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pisałem już jakiś czas, a tymczasem podziało się wiele interesujących rzeczy. Nie chciałem każdą z nich z osobna zawracać Ci głowy, zwłaszcza że czas dostarczania mojej korespondencji do Hollowfaust czyni z każdej wiadomości nowinę w znacznym stopniu nieaktualną. Doniesienia pełne tragicznych wieści mogą dotrzeć do Ciebie w czasie, gdy tu wszystko już będzie w porządku –równie dobrze możesz czytać mój entuzjastyczny list długo po tym, jak cała nasza drużyna, w tym moje doczesne szczątki, zostaną złożone do przedwczesnego grobu. Takie jest życie –i wbrew pozorom bycie ambasadorem w Mithril faktu tego nie jest w stanie zmienić ani na jotę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę przez ten przydługi wstęp powiedzieć, że przyszłość jest bardziej niepewna niż zazwyczaj, ani też że piętrzą się przed nami góry problemów –wręcz przeciwnie, wszelkie przedsięwzięcia do tej pory kończą się co najmniej połowicznym sukcesem, a moja misja tutaj wydaje się przebiegać lepiej niż ktokolwiek, zwłaszcza Gilligan i kompania, mogliby w najśmielszych marzeniach przypuszczać. Inną sprawą jest ewentualna kontynuacja stosunków dyplomatycznych między naszymi miastami –podejrzewam, że Mithrilczycy nielekko się zdziwią, kiedy następni przedstawiciele Hollowfaust pojawią się w ich mieście - typowym nekromantą na pewno nie jestem i moich gospodarzy czeka przypuszczalnie długi proces oswajania się z ludźmi bardziej reprezentatywnymi dla naszego miasta, fachu czy światopoglądu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemal niepostrzeżenie, w natłoku bieżących spraw łatwo jest bowiem stracić z oczu szerszą perspektywę, sporo się tutaj nauczyłem. Nie chodzi mi jedynie o poznawanie świata i studia nad magią –to przypuszczalnie robiłbym niezależnie od miejsca zamieszkania –chodzi raczej o zawrotne tempo, w jakim się to dzieje. Pobyt w Mithril nie tylko otworzył mi oczy na innych ludzi i inne miejsca. Nie tylko pokazał mi z innej perspektywy nasze Hollowfaust, jego mieszkańców, jego sukcesy i porażki. Zmusił mnie, co najważniejsze, do ponownego przyjrzenia się samemu sobie. W ciągłym stawaniu się człowiekiem jest to zdarzenie raczej obowiązkowe. Wnioski dalekie są na razie od ostatecznych, ale jedno mogę napisać Ci już teraz: zmieniłem się przez te kilka miesięcy bardzo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli mogę być w tej sprawie sędzią –na lepsze, czyli w jedynym kierunku, w którym warto się zmieniać chcąc wyjść na ludzi, nie schodząc przy tym na psy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawiam się czy nasz świat od zawsze był areną niekończących się konfliktów rozmaitych sił, czy może Mithril bardziej niż inne miejsca starcia takie przyciąga –podejrzewam, że obie tezy są po części słuszne. To interesujące, że kiedy się ludzi o to pyta bezpośrednio, każdy chciałby przeżyć życie w przerwie między kolejnymi wojnami, najchętniej w ojczyźnie nie graniczącej z żadnym innym narodem, w domu bez sąsiadów, w rodzinie bez awantur. To, że w większości przypadków są to pozbawione szans na realizację mrzonki stawia ludzką naturę w nienajlepszym świetle. Być może ci, którzy o naszej kondycji mają niskie mniemanie, nie osądzają nas wcale aż tak niesprawiedliwie. Może rzeczywiście tacy jesteśmy, a wszystkie nasze szlachetne ideały są właśnie jedynie ideałami - fikcją nie mającą szans na odzwierciedlenie w rzeczywistości. Konflikt, pozornie przychodzący z zewnątrz, w istocie tkwi w nas samych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym świetle nic z tego, co się obecnie w Mithril i okolicach dzieje nie daje podstaw do niepokoju –ot, świat jest światem, ludzie są ludźmi, a ambasadorowanie w mieście paladynów jeszcze jednym sposobem na spędzanie czasu danego nam do wykorzystania w krótkiej przerwie między wiecznością a wiecznością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nienajgorszym sposobem, co na zakończenie wypada chyba jednoznacznie stwierdzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Serdecznie Cię ściskam,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Przeczytawszy ponownie ten list doszedłem do wniosku, że jego lektura może być niepokojąca –wynika to pewnie z mojego nastroju, w ostatnich dniach bardziej filozoficznego niż kiedykolwiek. To jednak tylko kwestia chwilowego stanu mojej psyche - w rzeczywistości, uwierz mi, wszystko jest w jak najlepszym porządku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pa,&lt;br /&gt;T.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5367762103438639931?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5367762103438639931/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5367762103438639931' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5367762103438639931'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5367762103438639931'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/przejciowo-kopnity-kalendarz.html' title='Przejściowo kopnięty kalendarz'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-6001858123619395553</id><published>2008-11-03T14:00:00.004+01:00</published><updated>2010-07-29T13:35:00.768+02:00</updated><title type='text'>Niech spoczywa w przedpokoju</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;16. Hedrot, nadal w Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Kurwa mać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tym właściwie powinienem zakończyć. Więcej - pewnie w ogóle nie powinienem był tego listu rozpoczynać, zdając sobie doskonale sprawę ze stanu, w którym się znajduję. A znajduję się, drogi przyjacielu, w stanie maksymalnej, skoncentrowanej i niebotycznie intensywnej wściekłości. Wściekłości bezsilnej, tak przy okazji, a co za tym idzie jeszcze bardziej wszechogarniającej. Dlaczego więc piszę? Robię to w ramach terapii, jako że tłamszenie w sobie całej tej furii spowodować może niekontrolowany wybuch w całkiem nieodpowiednim momencie, czyli na przykład podczas mojej rozmowy z Lizettą. Byłoby to nad wyraz niefortunne, taki przejaw braku opanowania z mojej strony - i nie chodzi mi tutaj o nadwerężenie mojej reputacji dyplomaty, bo praktycznie nie ma o czym mówić w tym zakresie, ale o ryzyko zaprzepaszczenia możliwości osiągnięcia porozumienia w pewnej żywotnie istotnej kwestii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takiej jak życie lub śmierć paladyna Coreana i członka zakonu Rycerzy Mithril, Gabriela Celeste.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podejście Lizetty do kwestii Banewarrens nie działało na mnie nigdy specjalnie kojąco, ale dotąd przyjmowałem je ze stoickim spokojem kogoś, kto nie mogąc nic zmienić, najlepiej zrobi nie robiąc nic. Zwłaszcza że próbował stan rzeczy zmieniać Gabriel, którego z lekka denerwowało lekceważące podejście wyższych rangą przedstawicieli władz miasta do zagadnienia podziemi grożących przypuszczalnie całemu światu zawartym w nich potencjałem magicznym. Rezonował zatem z typową dla palandynów werwą i oddaniem, nie tylko zresztą przy Lizetcie. Krytykował ostatnio rozmaitych przełożonych coraz częściej i coraz bardziej stanowczo, ale jak to nierzadko w przypadku naszych poczynań bywa, rezultaty osiągał dość mizerne, jeżeli nie liczyć zniecierpliwienia wielkich mithrilskiego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczenie cudzych dzieci ma być, jeżeli wierzyć doświadczeniu społeczeństw, klątwą dość dużego kalibru, jednak uczenie cudzych dorosłych wydaje się bić je na głowę i to bić grubą, okutą żelazem dębową pałką. Próżność takiego zabiegu da się porównać jedynie do zawartości głowy co poniektórych oficerów miejscowej straży, o których pisać tutaj jednak nie będę. Z uwagi na obyczajność (tak, tak, mam i ją wśród niecodziennej mieszanki cech osobowych, jakkolwiek trudno by Ci przychodziło w to uwierzyć) i brak wiary w możliwość jakiejkolwiek zmiany. Na lepsze, rzecz jasna, na gorsze zawsze zmienić się rzeczy mogą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I zmieniają, o czym przekonaliśmy się po ostatnim powrocie w podziemia. Nie będę Cię zanudzał relacją z kolejnej eksploracji, przechodząc od razu do podsumowania, będącego czymś pośrednim między apelem poległych a wekslem bez pokrycia na olbrzymi kredyt zaufania do władz militarnych miasta Mithril. Otóż skończyło się wytłuczeniem prawie do nogi oddziału paladynów strzegącego wejścia do podziemi i wzięciem w niewolę Gabriela. Wszystko to dokonała ta sama banda, która już raz zalazła nam za skórę - mindflayer, ogre mage i spółka. W skład spółki, tak nawiasem, wchodzi phase spider, więc pogoń za nimi była krótka i mało efektywna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lizetta była bardzo zmartwiona. Nie wytknąłem jej, choć miałem wielką ochotę, że mimo wspólnego źródłosłowu, ma się jej zmartwienie nijak do bycia martwym, co na skutek jej asekuranctwa jest udziałem sporej ilości osób. Nie powiedziałem masy rzeczy, które powiedzieć chciałem, ale i tak padło kilka ostrych stwierdzeń z mojej strony. Niech je traktuje jako requiem dla Gabriela. Niech je traktuje jak chce. Przestaje mnie obchodzić, co sobie myśli, skoro tak ma wyglądać jakość tego myślenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gabriela postaramy się odbić, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką przed śmiercią zrobię. Nie czuję się winny zaistniałej sytuacji, ale mam wrażenie, że mogłem zrobić więcej. A kiedy już Gabriel znów będzie wśród nas, wybiję go sobie z głowy. Przestanę się oszukiwać, że istnieje jakakolwiek szansa na wzajemność z jego strony. Prawda jest taka, że on już jakiś czas temu mi przeszedł - nie do końca to do mnie dotarło, ale tak właśnie jest. Nie będziemy razem, ale nie tylko dlatego, że on nie jest zainteresowany - nie jestem zainteresowany ja sam. Już nie. Już nigdy więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dużo się stało i za dużo nie chciało się stać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam Cię serdecznie,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Pół na pół&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pół drogi znikąd donikąd&lt;br /&gt;zabłądziłem do Ciebie.&lt;br /&gt;Uwierzyłem półprzytomnie&lt;br /&gt;w półrealny świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrząc półprawdzie&lt;br /&gt;w przymrużone oko,&lt;br /&gt;obiecałem sam sobie&lt;br /&gt;pół królestwa. Jeżeli rękę,&lt;br /&gt;to jedną, a zatem&lt;br /&gt;też jakieś pół.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie połówki nie tworzą&lt;br /&gt;całości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie połówki nie tych&lt;br /&gt;pomarańczy.&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-6001858123619395553?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/6001858123619395553/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=6001858123619395553' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6001858123619395553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6001858123619395553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/niech-spoczywa-w-przedpokoju.html' title='Niech spoczywa w przedpokoju'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5102381889639542688</id><published>2008-11-03T13:58:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:38:47.808+02:00</updated><title type='text'>Z całej duszy w ducha</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;15. Hedrot, obóz wojskowy gdzieś w Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cześć Q'Innieczku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie przed chwilą doszedłem. Do siebie, perwersie jeden! Po jakichś dwunastu godzinach pozbawionej snów, czarnej jak Otchłań przerwy w świadomości, zakończonej gwałtownym wyrwaniem mnie magią leczącą z objęć bliższej niż kiedykolwiek, choć poniekąd dobrowolnie wizytowanej, śmierci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, nie próbowałem się zabić. Wręcz przeciwnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak się składa, że podróż nad krawędź ostatecznej przepaści poprzedzona była z mojej strony największym do tej pory magicznym popisem oraz, wykorzystując nadarzającą się okazję, pokazem całkiem zręcznie zaaplikowanej dyplomacji i socjotechniki. Na szczegóły przyjdzie Ci poczekać, bo po ostatnim, dwuczęściowym i z lekka chaotycznym, liście do Ciebie odkryłem na nowo zalety poszanowania dla chronologii i zachowywania klasycznie rozumianego następstwa wypadków. Zwłaszcza kiedy słowo 'wypadek' nad wyraz trafnie odzwierciedla charakter zajść i gdy przykre skutki jednych wydarzeń mają zwyczaj przeradzać się w niesympatyczne przyczyny następnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początki nie były miłe, więc złego się nie spodziewaliśmy - jak się później okaże, wielce optymistycznie, a co za tym idzie, całkiem niesłusznie. Zaczęło się od nieprzyjemnej konfrontacji, którą wywołała (oprócz niej samej bogowie tylko raczą wiedzieć po jaką cholerę) Lizetta, zwracając się do mnie z prośbą o zwięzłe podsumowanie wydarzeń poprzedniej nocy. A dokładniej o odniesienie się do postawy Guillerma i Gabriela względem Oshira i jego awansu. Wszystkie plany, które z Cinnamon uknuliśmy z myślą o bezkolizyjnym rozwiązaniu problemu z miejsca i nieodwołalnie wzięły w łeb. Zdezorientowanemu, pozostało mi jedynie odwołanie się szczerości, czyli brzytwy, której nawet w tragicznej sytuacji nie powinien się chwytać dyplomata. Nawet jeżeli dyplomata ciągle błąka się gdzieś pomiędzy amatorszczyzną a dyletanctwem, a sytuacja jest rzeczywiście beznadziejna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczerość z rzadka bywa przyjemna. Tym mianem po prostu nie określa się przyjaznej słuchaczom zgodności z prawdą. Samo pojęcie obciążone jest konotacjami o wydźwięku mniej niż sympatycznym. Zresztą wystarczy zawierzyć semantyce, w kolokacjach nadzwyczaj trafnie odzwierciedlającej kondycję ludzką - na szczerość trzeba się z wysiłkiem 'zdobyć', podczas gdy kłamstwa i półprawdy komfortowo się 'opowiada', mimo że wysiłek jest w tym pierwszym wypadku pozorny - nie trzeba niczego wymyślać, zazwyczaj wystarczy zrelacjonować fakty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znasz mnie na tyle, żeby z dużą dozą prawdopodobieństwa podejrzewać, że na suchym wymienieniu faktów nie poprzestałem. Masz rację, ale tym razem zatrzymałem dla siebie wszystkie kąśliwe wtręty, sarkastyczne spostrzeżenia i ironiczne uwagi. Ograniczyłem się do stwierdzenia, że oto nadszedł kres mojej wiary w lojalność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe były reakcje na moje wynurzenia: Oshir w ogóle się nie odezwał, spojrzał jedynie na Lizettę wymownie - na pewno z nią o tym rozmawiał. Kto wie, może właśnie w wyniku tej rozmowy przełożona Gabriela postanowiła interweniować. Guillermo jako pierwszy uderzył się w pierś. Przeprosił, ale w ramach wytłumaczenia stwierdził, że tak naprawdę w drużynie nie ufa nikomu. Gabriel... sam nie wiem co dokładnie powiedział. Coś o konieczności trzymania się prawdy. Coś o niezrozumieniu, choć nie jestem pewien z czyjej strony. Powiedział coś jeszcze, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cały czas był jakiś taki... nieobecny. Cinnamon zażądała ponownej wizyty przełożonego Oshira, na co Lizetta musiała się zgodzić, mimo że w widoczny sposób nie pasowało jej takie rozwiązanie. Jedynie Nester, nie mogący sobie wyrobić ostatecznej opinii o nocnych wydarzeniach, zdawał się dobrze bawić - być może będąc starym wyjadaczem Gildii Cienia widział już niejeden niedoszły awans i niejedną niespodziewanie podłożoną świnię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja naiwna szczerość, co konstatuję z niejakim zdziwieniem, ale i ulgą, przyniosła summa summarum niespodziewanie korzystne rezultaty. Wszyscy, jakby właśnie przestali być pod wpływem ogłupiających substancji, zaczęli myśleć, zastanawiając się de novo nad sobą oraz nad towarzyszami, z którymi przyszło im dzielić tryumfy i porażki tej bądź co bądź niełatwej misji. Czy doszli do wniosku, że powinni traktować pozostałych tak, jak sami chcieliby być traktowani? Czy uświadomili sobie, że odpowiedzialnie współpracując części konfliktów i niepowodzeń można było uniknąć? Czy do wszystkich dotarło, że uparcie zwalczając rzucane nam pod nogi przeszkody tracimy z oczu cel nadrzędny? Duża część tych wniosków była na pewno nieszczególnie uskrzydlająca, ale nigdy nie przestanę uważać, że z dwojga złego lepiej jest myśleć niż nie myśleć. Lepsza jest świadomość nawet najgorszych rzeczy niż mające źródło w błogiej ignorancji samozadowolenie. Nasza drużyna zaczęła się dziś żegnać z ignorancją. Niewykluczone, że przestanie być przyjemnie. Przypuszczalnie przestanie być błogo. Na pewno jednak warto pożegnać się z nią, pożegnać na zawsze i bez żalu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy w historii naszych wspólnych eksploracji zastanowiliśmy się nad sensownością chaotycznego szwendania się po Banewarrens, podczas gdy jedynym stojącym przed nami zadaniem jest ponowne i tym razem ostateczne ich zamknięcie. Oraz wyrzucenie klucza. Właściwie nie, wyrzucenie nie wystarczy - bardziej na miejscu będzie nieodwracalne zniszczenie, spalenie, dezintegracja, rozsypanie prochów, a na koniec definitywne wymazanie pamięci o nim z umysłów ludzi, demonów i aniołów. Koniec. Kropka. Plus krzyżyk na drogę każdemu, kto próbowałby do Banewarrens kiedykolwiek wrócić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W teorii oczywiście wszystko wygląda dużo lepiej niż w praktyce. Praktyka pełna jest żałosnych kreatur ciągnących do zła jak muchy do łajna. Praktyka złośliwie opiera się manipulacji tam, gdzie teoria współpracuje bez szemrania. W praktyce zawsze znajdzie się na psa kij, na kij - nóż, na nóż - miejsce pod czyimś siódmym żebrem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykłady z życia, ilustrujące powyższe stwierdzenia? Proszę bardzo. W teorii całe Banewarrens to jedna wielka pułapka. Praktyka nie tylko pokazuje dobitnie, że w wielkiej pułapce mieszczą się bez problemu pułapki mniejsze, ale dodatkowo dowodzi, że ich rozmiar wcale nie koreluje z ich śmiertelnością. Śmierć, z czego rzadko zdajemy sobie w pełni sprawę, nie poddaje się stopniowaniu. Będąc teoretycznie przeciwieństwem życia, w praktyce jest jedynie jego brakiem. Jedynym brakiem, z którym nie da się żyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejsze wydarzenia zdawały się wskazywać, że brak ten nieodwołalnie stanie się naszym udziałem. Bezmiarowi życia zostanie definitywnie narzucony kres. Asymptota sięgnie swej własnej granicy. Wartość liniowa ostatecznie się skwantyfikuje. Jeszcze bardziej wyszukanie? OK:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kopniemy w kalendarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już na samym wstępie, kiedy podbudowani nowo zdobytym przekonaniem o celowości naszej misji postanowiliśmy zwiedzić dotychczas niezbadane fragmenty podziemi i wynaleźć sposób na wieczne ich zapieczętowanie, Oshir dowiódł prawdziwości stwierdzenia, że jedynym stuprocentowo pewnym sposobem na wykrycie pułapki jest wpadnięcie w nią. Początkowo wyglądało na to, że został dokądś magicznie przetransportowany, ale chwila dokładniejszego przyjrzenia się błyszczącemu "portalowi" nie pozostawiała żadnych złudzeń, z wyjątkiem jednego - całkiem wprawnie rzuconej iluzji teleportu, kryjącej pułapkę działającą zapewne mechanicznie. Nie, żeby to znacząco zmieniało naszą sytuację - nasz zwiadowca przepadł jak złota moneta rzucona w tłum żebraków, a znikając pozbawił naszą drużynę jedynej osoby, która mogłaby mu ewentualnie przyjść z fachową pomocą. Paradoks, który kogoś bardziej oddalonego emocjonalnie mógłby nawet rozśmieszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czego się nie ma w głowie, trzeba mieć podobno w nogach. Powiedzenie rozszerzyć wypada także na górne kończyny. To właśnie ciężką pracą rąk, wzmocnionych magią i uzbrojonych w kilof, Guillermo wyrąbał w kamiennej płycie dziurę, pozwalającą wyciągnąć naszego lekko sfatygowanego, ale wciąż żywego kumpla na wolność. Czy odnosisz może wrażenie, że pomimo dokładnego przemyślenia naszych celów nadal zachowujemy się jak półgłówki? Że wbrew pozorom niewiele się zmieniło od czasów ostatniej wyprawy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż nie. Zwróć uwagę na następujące fakty: w pułapkę wpadła jedna osoba. Już sam ten fakt jest wyraźnym znakiem, że sprawy mają się ku lepszemu, a my uczymy się jednak na własnych błędach. Zgoda, może niekoniecznie należy brać za oznakę bardzo wysokiej inteligencji dojście do wniosku, że w zwiadach niejako z definicji powinno brać udział mniej osób niż się znajduje w drużynie, ale jest to pierwszy krok w dobrym kierunku. Czyli od, a nie do, przedwczesnego grobu. Na tym jednak nie kończą się różnice między tym co było, a tym co jest: nasz pojedynczy już teraz zwiadowca, wpadłszy w najeżony kolcami dół, przeżył, dzięki przedsięwziętym środkom zapobiegawczym. W tym wypadku chodzi o rzucone przez Cinnamon zaklęcie, pozwalające jej nie tylko uleczać Oshira na bieżąco i, co ważniejsze w wypadku zwiadowcy, na odległość, ale także mieć przez cały czas empatyczne pojęcie o jego stanie fizycznym. Może także fizjologicznym, choć nie jestem pewien czy chciałbym być właśnie tego w wypadku Oshira do końca świadom. Jedno jest pewne - Cinnamon na pewno bez żalu zrezygnowałaby z tej wiedzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro nowo opracowany modus operandi się sprawdził i nikomu właściwie nic złego się nie stało, ruszyliśmy dalej w tym samym szyku. Odkryliśmy kolejne metalowe drzwi, prawie identyczne z tymi, za którymi znajdował się cały arsenał potężnie magicznej i równie silnie przeklętej broni. Tym razem jednak z premedytacją, świadomie i dobrowolnie pozostawiliśmy drzwi samym sobie. Nie musze Ci chyba uświadamiać, że to także odmiana względem naszego dotychczasowego zachowania. Całkiem prawdopodobne, że żyjemy teraz dzięki tej decyzji. Mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia wejdzie nam ta nowo nabyta roztropność w krew. Na razie jest z lekka efemeryczna w objawianiu się, jak przyszło się nam przekonać już w chwilę później.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem cali szczęśliwi i zadowoleni z siebie podążyliśmy dalej. Nie tak znów bardzo dalej, bo wejście do kolejnej komnaty niespodziewanie ochłodziło nasz dobry humor. Stało się do dokładnie wtedy, gdy Oshir dotarł do połowy, a idący za nim z asekurującą liną Guillermo do jednej trzeciej długości pomieszczenia. Ze złudnie delikatnym ni to piskiem, ni brzęczeniem uwalnianego zaklęcia zbiegł się dziwacznie znajomy dźwięk - zgrzyt igiełek lodu pod stopami po pierwszym przymrozku. Magia znikła tak nagle, jak się pojawiła. Oshir obrócił się z widocznym wysiłkiem i odkaszlnął, a szron, w który zamieniła się para w jego oddechu posypał się na kamienną posadzkę. Guillermo ani drgnął. Całą jego skórę, włosy i ubranie pokrywała cienka, błyszcząca warstwa lodu. Cinnamon pośpiesznie rzucała obok mnie czary leczące - pozwoliły one Oshirowi na tyle wydobrzeć, że po chwili mocowania się z martwym ciężarem przyciągnął do nas, stojących poza granicami pułapki, zamrożone na kość ciało Guillerma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tutaj ponownie odstępstwo od zwyczajowego scenariusza. Zamiast bezradnej paniki - sprawnie, choć dość nerwowo rzucone Detect Magic z mojej strony i profesjonalne przyjrzenie się niespotykanym symptomom ze strony Cinnamon. W miejsce przeciągających się, bezowocnych narad - szybka i treściwa konsultacja. 'Ciągle żyje,' dowiaduję się od kleryczki, a jej głos jest pełen zdziwienia. 'Ale w tym stanie nie potrwa to długo.' Odrzucam pomysł rozproszenia magii, bo efekt jest w oczywisty sposób natychmiastowy, nie ciągły. Rozważamy przez chwilę Restoration, ale coś mi mówi, że to tylko przedłuży jego mękę. Jeżeli mamy zamiar cokolwiek robić, trzeba działać szybko. Opcja bardziej ostateczna, czyli wskrzeszanie, pośpiechu już raczej wymagać nie będzie. Z miną, którą staram się wyrazić całą tę pewność siebie, której zupełnie nie odczuwam, proszę Gabriela o złapanie Guillerma zaraz po tym, jak rzucę czar. Po czym rzucam go, mrucząc pod nosem imiona Tanil i Nemorgi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa promienie białego gorąca ogarnęły pokrytą lodem sylwetkę. Zasyczało, buchnął obłok przysłaniającej wizję pary i na koniec ciało Guillerma osunęło się miękko w oczekujące ramiona paladyna. 'No pięknie' pomyślałem, ale zanim zacząłem mieć wyrzuty sumienia za równie radosne, co nieodpowiedzialne użycie Scorching Ray, usłyszałem głos Guillerma, chrapliwie domagający się odpowiedzi na sakramentalne 'Co się stało?' Uwierz mi, jeszcze nigdy niczyje złe zorientowanie w sytuacji nie ucieszyło mnie do tego stopnia. Gotów byłem rzucić się brutalowi na szyję!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznać muszę, że jeszcze przez dłuższą chwilę nie zwracałem uwagi na dziejące się wokół mnie wydarzenia, zajęty zastanawianiem się nad tą płomienną reaktywacją Guillerma Balicane - nad interferencją magii chłodu i ognia oraz wartością szybkiego, ale też ryzykanckiego, działania. Dotarliśmy w każdym razie do jakiegoś metalowego golema, z którym Nester postanowił urządzić sobie małe tête-à-tête. Golem był rozmowny, co naturalnie Nestera z miejsca usposobiło pozytywnie - mówił nawet zbyt dużo, jak na mój gust, powtarzając niekiedy całe akapity tekstu. Z bełkotu nieszczęsnej maszyny, przygniecionej gigantyczną metalową beczką, wynikało jednak jasno, że jest tu pozostawiona przez twórcę Banewarrens, a jej zadaniem jest sprawdzanie i utrzymywanie w idealnym stanie mechanizmów zabezpieczających. Wygląda na to, że wstrząs, jaki zaobserwowano w Mithril objął także tę część podziemi. Jest o tyle dziwne, że są one przecież w innym wymiarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyżby więc Mithril odczuło jedynie słabe echo pierwotnego, po wielokroć silniejszego wstrząsu, który targnął Banewarrens na innej płaszczyźnie bytu? Czyżbyśmy, padając ofiarą typowego dla naszego społeczeństwa egocentryzmu założyli, że obiektem ataku było miasto paladynów, podczas gdy prawdziwa rozgrywka odbywała się zupełnie gdzie indziej, a gracze byli dużo bardziej potężni niż zakuty w czerń półork strzegący wejścia do podziemi gdzieś w Mithril?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostawiliśmy golema samemu sobie, po szybkim zabiegu okulistycznym i krótkim, acz dla Nestera dramatycznie trudnym, pożegnaniu. Obiecaliśmy mu rychły powrót z misją ratunkową, choć będę się upierał, żeby Cinnamon rzuciła na tę okoliczność Divination - nie chcę musieć walczyć czarami z istotą z definicji odporną na magię. Po drugiej stronie korytarza znaleźliśmy jakiś magazyn części zamiennych, narzędzi i materiałów budowlanych. Pomieszczenie duże, pełne gratów i trudne do dokładnego zbadania, więc wysłałem Mustellusa na szybki zwiad za zwałami kamiennych bloków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Auć!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli nawet od dłuższego czasu masz familiara i zdarza ci się to regularnie, nie jesteś w stanie przyzwyczaić się do tego właśnie bodźca. Jak wiesz, empatyczna więź przenosi głównie odczucia, a z nich wszystkich najskuteczniej chyba silny strach. Najpierw przychodzi ukłucie gdzieś w głowie, potem żołądek podjeżdża ci do gardła i zaciska się w ciasny węzeł, a następnie przewija ci się przed oczami to, co widzi twój towarzysz. I dopiero teraz możesz sam zacząć produkować adrenalinę. Wysyczenie ostrzegawczego 'Spektra albo duch!' jest oczywiście opcjonalne, w tym jednak wypadku wyjątkowo adekwatne i całkiem celowe. Prawie tak adekwatne i celowe jak gwałtowne cofnięcie się o kilka kroków i szybkie przypomnienie sobie wszystkich będących na podorędziu czarów. Mustellus, prawdziwa ruda błyskawica, śmignął tylko i znikł w moim rękawie - tym razem na pierwszej linii miałem stać, zresztą zgodnie z logiką, ja. On już swoje zrobił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieprzyjemnie szybko okazało się, że mamy do czynienia jednak ze spektrą. Typ stworzenia poznałem dopiero po pierwszym ataku, w wyniku którego Cinnamon wyraźnie zbladła i osłabła. Mimo to odetchnąłem z ulgą. Z duchem nie mielibyśmy najmniejszych szans, tymczasem tutaj można było powalczyć. Utrzymując nerwy na wodzy zacząłem się przygotowywać do zadania kończącego tę walkę magicznego uderzenia. Niematerialny przeciwnik tymczasem bawił się nami, atakując zaraz po wyjściu z posadzki lub którejś ze ścian i szybko chowając się w nich ponownie. Rósł w siłę, osłabiając nas swoimi kolejnymi atakami, podczas gdy my ciągle nie zadaliśmy mu ani jednego ciosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Wybacz, Cinnamon, ale umawialiśmy się,' mruknąłem, zabierając za pomocą Vampiric Touch część jej energii życiowej. 'Oshir, przepraszam, ale musiałem to zrobić,' powiedziałem chwilę później, w dalszym ciągu zwiększając swoje siły kosztem życia najbliżej stojących towarzyszy. Gabriel tymczasem, skoncentrowany na aurze zła otaczającej spektrę, powoli ją lokalizował. Pojawiła się, zaatakowała Nestera. Cinnamon, wykrzyczawszy łamiącym się głosem imię Madriel, próbowała powołując się na jej boską moc przegnać nieumarłego potwora, jednak atak undeada musiał ją dużo kosztować, bo zamiast umknąć w popłochu, spektra ostentacyjnie powoli wtopiła się w ścianę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłem tymczasem na kamiennym bloku dogodne stanowisko, z widokiem na cały plac boju. Wiedziałem, że czar, który mam zamiar rzucić będzie mnie dużo kosztował, choć według nawet najbardziej pesymistycznych obliczeń powinienem po jego ukończeniu nadal być w stanie wyjść z Banewarrens o własnych siłach. Zastanawiałem się właśnie nad celowością rzucenia jeszcze czaru wykrycia niewidzialności, kiedy Gabriel wskazał ręką na jedną ze ścian. 'Nester, z drogi' wycharczałem bardziej niż wykrzyczałem, przygotowując się na gorące przywitanie przeciwnika, będące jednocześnie chłodnym z nim pożegnaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niematerialna głowa wychynęła ze ściany i można by przysiąc, że ze zdumieniem zmarszczyła półprzeźroczyste brwi, nie znajdując wystarczająco blisko następnej ofiary. Nie śpieszyła się. Nic jej przecież nie mogliśmy zrobić, z tą naszą niezgrabną cielesnością, z tymi powolnymi ruchami, z tymi nieudanymi próbami powołania się na moc naszych bogów, ze zmysłami ledwie będącymi w stanie ją zlokalizować. Była pewna, że hart ducha już nas opuścił. Że prędzej czy później zniszczy nas wszystkich. To przecież ona, nie my, miała całą wieczność na tę walkę - walkę, którą musieliśmy przegrać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bezruch napiętego oczekiwania zmienił się u mnie w wybuch aktywności. Gesty czaru wykonały się prawie automatycznie, słowa wypowiedziały się niemal bez udziału mojej woli. Ja sam, jeszcze zanim w kierunku spektry runęła powódź świetlistej energii czerpiącej swą niszczycielską siłę bezpośrednio ze mnie i zanim ogarnęła mnie aksamitna ciemność, uśmiechnąłem się. Przypuszczam, że tryumfalnie. Niewykluczone, że bezczelnie. Na pewno z poczuciem złapania dwóch srok za ogon.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na przekór wcześniejszym wyliczeniom wydałem maksimum energii. Wbrew logice sięgnąłem po rezerwy, po które żaden czarodziej przy zdrowych zmysłach nigdy nie sięga. Za nic sobie mając zdrowy rozsądek, zatrzymałem się w swoim ataku o włos od śmierci. Czemu? Jestem pewien, że wiesz. Wymienię powody na wypadek, gdybyś potrzebował potwierdzenia swoich domysłów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrobiłem to, bo oprócz bycia czarodziejem, niezmiennie i z uporem godnym tak ważnej sprawy, staram się być przyjacielem tych osób. Bo dwoje z nich dało mi, bez szemrania czy kunktatorstwa, cząstkę siebie - musiałem sprawić, by stała się kluczowym składnikiem ostatecznego tryumfu, a nie tylko zabezpieczeniem dla mnie. Bo wydatkując wszystko, do dna, dałem im chyba wystarczająco dobitnie do zrozumienia, że mi na nich zależy. Że im ufam i oni mogą, a może nawet powinni, zaufać mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A poza tym, wracając do z lekka wyrachowanych i zdecydowanie sarkastycznych uwag z początku listu - cóż za okazja do stania się najlepszym z możliwych ambasadorów, jakich kiedykolwiek miało Hollowfaust!? Dodatkowo jaka świetna sposobność do zrobienia wrażenia na Gabrielu, który przecież poświęcił życie poświęcaniu życia! Nie można było dać się takiej okazji zmarnować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak sądzisz, który ja - ten emocjonalny czy ten cyniczny - jest prawdziwym Tadhgiem? Jestem pewien, że wiesz i tym razem obaj będziemy musieli uznać, że się nie mylisz. Pewne rzeczy trzeba wiedzieć bez podpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ściskam Cię serdecznie,&lt;div&gt;Tadhg&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;PS. Dasz wiarę, że pisuję wiersze? Ach, ten bard we mnie... ten emocjonalny mięczak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;15. Hedrot, obóz nad Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 37#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;W pełni sobie zdaję sprawę, iż zaraz poczynię raczej niespodziewaną i odrobinę może zbyt bezpośrednią obserwację, ale po prostu nie mogę tego nie uczynić. Czy nie podziela Mistrz mojego wrażenia, że przełożeni to grupa osób o dość szemranej etyce i wątpliwej moralności? Trudno jednoznacznie stwierdzić z czego to może wynikać, ale przypuszczalnie z tego jedynego w swoim rodzaju połączenia poczucia władzy z przekonaniem o braku odpowiedzialności. Z niezrozumienia delikatnej może, a przecież jakże istotnej, różnicy między przewodzeniem a wydawaniem rozkazów. Z egocentrycznego przekonania, że oni jedni wiedzą, co jest dobre dla innych, podczas gdy nawet najbystrzejsi z nich z wielkim trudem (i bardzo rzadko bezbłędnie) zgadują, co jest dobre dla nich samych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naturalnie niektórzy, w tej liczbie ja, mają w tej materii odrobinę więcej szczęścia niż inni. Nie można tego powiedzieć o Oshirze, którego szef postanowił ostatnio przyjść nocą do sfrustrowanych wojowników w naszej drużynie i poprosić o rekomendacje dla swojego podopiecznego. Prosił o nie tak pokrętnie i na dodatek w tak nieszczęśliwie dobranym momencie, że wyszedł utwierdzony w przekonaniu charakteryzującym większość przełożonych tego świata, a mianowicie, że przełożonymi powinni nadal być oni, podczas gdy ich podwładni powinni zostać tam gdzie są. Przez jakiś czas. Dłuższy czas. Najlepiej na wieki wieków amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak widać nie tylko naukowe stopnie Universitatis Necromantiæ w Hollowfaust są trudno osiągalne i zdradliwie śliskie. Awans, o ile nie dotyczy nas samych, zdaje się być zjawiskiem powodującym w ludziach odruchowy sprzeciw i niemożliwy do zwalczenia wstręt, choć zapytani natychmiast odpowiemy wszyscy zgodnym chórem, że jesteśmy zwolennikami postępu, nieustannego samodoskonalenia, ciągłego zdobywania nowych kompetencji i powszechnego szczęścia dla wszystkich istot żyjących. No, może z wyjątkiem teściowych i bliskich sąsiadów, ale to przecież grupa ludzi, która do żywych niewątpliwie zaliczać się nie powinna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już o istotach żyjących mowa: żyjemy, choć po spotkaniu ze spectre w Banewarrens o mały włos nie pozostaliśmy tam na wieki. Ostatni wypad w podziemia to nieprzerwany ciąg mrożących krew w żyłach wpadek - i naprawdę bardzo bym sobie życzył, żeby zarówno mrożenie, jak i wpadanie były jedynie metaforyczne. Nie były. To, że nie okazały się w dłuższej perspektywie śmiertelne dla nas wszystkich należy przypisać w równej mierze szczęściu oraz zachowaniu przytomności umysłu. W dwóch przypadkach dotyczyło to mojego umysłu, co do kondycji którego miał kiedyś rektor naszej uczelni poważne wątpliwości. Upraszam Mistrza o udanie się w wolnej chwili do Jego Magnificencji i rozwianie wyżej wspomnianych wątpliwości, jak również zapewnienie go, że udało mi się na skutek misji dyplomatycznej w Mithril nie 'skretynieć do szczętu', jeżeli dobrze pamiętam wykrzykiwane przez niego proroctwa odnoszące się mojej przyszłości. Nauki czarów, też wbrew jego głębokiemu przekonaniu, nie zakończyłem na Charm Person, ale akurat przed nim pochwalę się moimi umiejętnościami dopiero podczas egzaminu na dyplomowanego Nekromantę. Powiedzmy na razie, że pewna wprawa w rzucaniu zaklęć umożliwiła mi dziś spokojne siedzenie w obozie i pisanie tego sprawozdania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oraz, mam nadzieję, jeszcze paru następnych raportów w przyszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam serdecznie,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;[kartka wymięta, z wielokrotnymi skreśleniami i poprawkami; tytuł i dedykacja starannie zamazane]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;śmieszna rzecz, miłość&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niespodziewanie przychodzi&lt;br /&gt;i odchodzi&lt;br /&gt;bez ostrzeżenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zogniskowana na rdzeniu&lt;br /&gt;wymiennego&lt;br /&gt;'ty' i 'ja'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;użycza pewności&lt;br /&gt;by&lt;br /&gt;sama się nią karmić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;sieje zwątpienie tam, gdzie&lt;br /&gt;wątpić&lt;br /&gt;nie wolno nikomu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;inne uczucia&lt;br /&gt;codzienne uczucia&lt;br /&gt;bezmiłosne i niekochane...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ledwie ją zrodzą&lt;br /&gt;a już bledną&lt;br /&gt;w beznamiętnym nieporównaniu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiersze miłosne nie potrafią&lt;br /&gt;jej opisać&lt;br /&gt;i żadna aria jej nigdy&lt;br /&gt;nie wyśpiewa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ogarniając wszystko&lt;br /&gt;i wszystkich obejmując&lt;br /&gt;bez końca umyka&lt;br /&gt;z naszych niezgrabnych rąk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zawsze obecna&lt;br /&gt;i ciągle nie tu&lt;br /&gt;stale zmienna&lt;br /&gt;ukryta na widoku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;śmieszna rzecz - miłość&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;łatwiej ją znaleźć&lt;br /&gt;niż zachować&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trudniej wskrzesić&lt;br /&gt;niż zabić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;warto? próbować?&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5102381889639542688?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5102381889639542688/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5102381889639542688' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5102381889639542688'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5102381889639542688'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/z-caej-duszy-w-ducha.html' title='Z całej duszy w ducha'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-1870321687927690158</id><published>2008-11-03T13:57:00.004+01:00</published><updated>2010-07-29T19:50:20.487+02:00</updated><title type='text'>Stracone powody miłości</title><content type='html'>&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;[kartki z notatnika Tadhga zapisane pośpiesznym, niezbyt starannym pismem]&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytawszy jeszcze raz list, który napisałem do Ciebie przed mniej więcej dwiema godzinami dochodzę do wniosku, że mimo całej zawartej w nim treści, w oczy rzuca się jakiś zasadniczy brak, jakieś podstawowe pominięcie. Za typowym dla siebie bałaganem narracyjnym, za galimatiasem zdań wielokrotnie złożonych, za rozlicznymi nawiasami, myślnikami, bezmyślnikami, cudzy- i własnosłowami, za natłokiem wtrąceń oraz mniej lub bardziej relewantnych dygresji starałem się ukryć fakt, że nie zbliżam się nawet w tym liście do tematu, który w pierwszej kolejności powinien zostać poruszony. [skreślone: Nie potrafię] [starannie skreślone: Nie chcę] Nie mam pewności czy tak jak kiedyś wolno mi otworzyć się przed Tobą, powiedzieć Ci wszystko o Tadhgu Mhic Draodoirze z punktu widzenia Tadhga Mhic Draodoira. Rzadko kto ma okazję spojrzeć na niego z tej perspektywy - nawet ja. Czujmy się zatem wyróżnieni, nie wiadomo kto i kiedy następny raz dostąpi tego zaszczytu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spójrz na wszystko, co tu zostanie napisane jak na obszerne postscriptum do poprzedniego listu. Jeszcze lepiej potraktuj list jako wstęp, czy też prescriptum, do części właściwej. Zakończyłem go tchórzliwie kłamiąc, że jestem zmuszony to zrobić - gdy tymczasem bałem się, że zacznę pisać prawdę. Właściwie nie był to strach, może raczej obawa zmieszana w równych proporcjach ze wstydem. Towarzyszyło im głęboko irracjonalne wewnętrzne przekonanie, że po przeniesieniu na papier nie będzie już odwrotu - niejasne aluzje i mgliste napomknienia staną się faktami. Zacznijmy zatem od suchych faktów: przeżywam kryzys, przyjacielu. Chyba po raz pierwszy w życiu jest to kryzys emocjonalny i nie mam tu nikogo, komu mógłbym bez poczucia zażenowania wyżalić się, wypłakać, z kim mógłbym serdecznie pogadać i równie serdecznie pomilczeć. Być może znajdę tu bratnie dusze - sytuacja chyba właśnie zaczyna się powoli poprawiać, ale na informację o tym musisz cierpliwie poczekać. Nietypowo dla siebie, zacznę od początku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popełniłem nieprzyjemny w swych następstwach błąd - wbrew swoim zwyczajom, wbrew wyznawanym zasadom, wbrew zdrowemu rozsądkowi (który, choć trudno temu dać wiarę, ciągle jeszcze tli się gdzieś we mnie) - zakochałem się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parsknąłeś, przeczytawszy to? Z niedowierzaniem? Z tryumfem, że oto upada ostatni bastion? Śmiej się, masz pełne prawo. Zakochałem się. Ja, który zawsze szydziłem z Twoich kolejnych miłości, który utrzymywałem, że to głupota, poddanie się sztucznie stworzonemu mitowi, zrzucanie na fizjologię odpowiedzialności za siebie samego, brak kontroli nad otaczającym światem i mydlenie sobie nawzajem oczu z jakąś równie nieodpowiedzialną, niezrównoważoną i niemądrą osobą. Ja, który konsekwentnie przeczyłem, jakoby miłość rzeczywiście się zdarzała. Ja, który zawsze wiedziałem lepiej. Ja, który umiałem odróżnić realne od zmyślonego, radość prostej być może, ale jakże radosnej trójcy seksu, zabawy i flirtu od mglistych, słodko-gorzkich ni to cierpień, ni uniesień miłości - najbardziej perfidnej mistyfikacji, największego kłamstwa, jakie oferuje naiwnym świat. Nie pisałem się na to kłamstwo, nie chciałem zaliczać się do naiwnych. Nadal nie chcę, nadal nie widzę w tym żadnego sensu, nadal uważam brak stabilności za coś inherentnie złego - tyle tylko, że są pewne obszary w duszy (w sercu?) (w umyśle???), do których racjonalne myślenie i chłodna kalkulacja nie mają dostępu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z początku przypisywałem moje zainteresowanie Gabrielem długotrwałej abstynencji, potem chęci znalezienia choć jednej bliskiej osoby w tym nowym, dziwnym świecie, na koniec głównie fascynacji innością. Był inny niż moje wcześniejsze wyobrażenia o paladynach, inny od wszystkich spotkanych w życiu osób, inny nawet od otaczających go pozostałych paladynów. Jednocześnie, mimo całej tej inności, był pierwszą osobą po tej stronie kontynentu, która z własnej woli spróbowała nawiązać ze mną coś w rodzaju przyjaźni. Wyciągając ku mnie rękę przełamywał kolejne schematy, a wiesz dobrze jak wysoko cenię ludzi nietuzinkowych. Gabriel miał w sobie (nadal ma!) rzadki dar bezpretensjonalnej otwartości na innych ludzi - bezpretensjonalność rozumiem w tym przypadku jako prostotę charakteru bez prostactwa manier. OK, przyznaję - moją fascynację trudno przypisać jedynie zaletom jego charakteru, bo jest w końcu najprzystojniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek dane mi było zobaczyć. Ale to, po zastanowieniu się, prawie zupełnie nie ma znaczenia. Nie na tym etapie. Nie dla mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spodziewam się, że mniej więcej w tym momencie lektury zaczyna kiełkować w Tobie ciekawość co do bodźca, który wyzwolił taką eksplozję osobistych wynurzeń z mojej strony. Do tej pory nie pisałem o tym prawie wcale, jeżeli nie liczyć kilku niepoważnych napomknień, a tu nagle coś takiego. Zastanawiasz się pewnie, co jest do tego stopnia nie tak (bo od zawsze do zawsze problemy były, są i będą skuteczniejszą motywacją niż ich brak), że ubieram w słowa to, co jeszcze niedawno przemilczałem w niedomówieniach i zamieszczałem między wierszami, kreśląc atramentem na tyle sympatycznym, że zapewniającym i Tobie, i mnie najświętszą ze świętości: spokój ducha. Dlaczego nagle mieszam emocje z rozsądkiem, cielesność z duchowością, czas przeszły z teraźniejszym, a rzeczywistość z myśleniem życzeniowym? Odpowiedź brzmi następująco: dysonans poznawczy (jedno z niewielu pojęć, które zapamiętałem z teorii zaklęć szkoły Enchantment/Charm) oraz moja rozmowa z Cinnamon. Dokładnie w tej kolejności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedno i drugie, jak pewnie łatwo się z dotychczas napisanych zdań domyślić, dotyczyło głównie Gabriela. Zaskoczenia, które przeżyłem w związku z jego zachowaniem wobec Oshira. Kontrastu, w jakim jego postępowanie stało do moich wyobrażeń o paladynach generalnie, a o nim w szczególności. Uczucia, odczucia, osądy, zaufanie, solidarność, lojalność - wszystko powyższe przewinęło się w mojej rozmowie z elfką. Rozmowie niespodziewanej, dziwnie szczerej i na swój sposób dużo znaczącej dla nas obojga. Trudno powiedzieć, żeby jej tematyka była szczególnie podnosząca na duchu, a jednak sam fakt, że do niej doszło jest pocieszający. Miłe, że Cinnamon nareszcie postanowiła zrzucić maskę, za którą do dziś się skrywała, pokazując 'ludzką' stronę swej nieludzkiej natury. Szkoda tylko, że bodźcem do tego nieoczekiwanego otwarcia się przede mną było rozczarowanie Gabrielem. Cóż, świat widocznie jest już tak skonstruowany - coś za coś, ktoś za kogoś...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się od tego, że zaraz po przywróceniu do normalnej postaci Cinnamon podeszła do mnie i odciągnęła na stronę, prosząc o krótkie streszczenie wydarzeń, w których przez obrócenie w kamień nie mogła osobiście uczestniczyć. Z miejsca wyjaśniła, że zwraca się do mnie, bo inni mieliby problemy z nazwaniem użytych przez przeciwników czarów. Uznałem to za zachowanie dość dla elfów typowe - przeżywałaby chyba katusze, gdyby się okazało, że rozmowę ze mną rozpoczyna bez jakiegoś konkretnego powodu. Albo przynajmniej w miarę wiarygodnego pretekstu. Elfy pod tym względem są bardzo podobne do kotów - myśl o możliwości uznania ich za spontanicznie otwarte i przyjacielskie jest im wstrętna. Uznają widocznie takie zachowanie za będące poniżej ich godności. Z drugiej strony przyznaj sam, jest dość istotna różnica jakościowa między nieoczekiwanie przyjaznym zachowaniem niezgłębionego w swoich motywacjach kota, a niezmienną ostentacją bezkrytycznie łaszącego się do ciebie psa. Nie muszę Ci chyba pisać, po której stronie leżą w tej kwestii moje preferencje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy do kociej Cinnamon, z którą stosunki od dłuższego czasu miałem na tyle poprawne, że nie spodziewając się dalszej poprawy, opisałem jej dość szczegółowo przebieg naszej ostatniej wyprawy do Banewarrens. Szczegóły, siłą rzeczy, nie ograniczyły się do wymienienia nazw i efektów czarów, pobieżnego opisania walki wręcz oraz graniczącego z cudem powrotu, ale objęły także raport z przebiegu dyskusji poprzedzającej naszą niefortunną wycieczkę, ze szczególnie dokładnym opisem zastosowania metod demokratycznych w trakcie jej trwania. Kiedy mówiłem o tym, że poparłem szaleńczy pomysł Gabriela, choć rozsądek kazałby mi raczej opowiedzieć się za zrównoważonym zdaniem Oshira, odniosłem wrażenie, że w jej oczach zamigotały iskierki wesołości i zrozumienia, ale szybko uznałem to za przywidzenie wynikające z mojej desperackiej potrzeby znalezienia kogoś, kto mnie zrozumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy Cinnamon zaskoczyła mnie, pytając 'A co właściwie stało się Oshirowi?' Już zamierzałem opisać dokładniej psioniczny atak mindflayera, ale okazało się, że chce znać przyczynę jego obecnego nastroju, podłego jak listopadowa noc. Na Nemorgę! Oto elfka, stojąca przeważnie obok i zawsze nieco ponad, przejawia niespodziewanie tyle empatii! I to względem kogo, człowieka!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oko za oko, ząb za ząb, zaskoczenie za zaskoczenie: odmalowało się ono wyraźnie na jej zazwyczaj nieprzeniknionej twarzy, kiedy jej opowiedziałem - siłą rzeczy ograniczając się do tego co usłyszałem podczas krótkotrwałego przebudzenia w samym środku nocy - rozmowę między szefem Oshira a naszymi panami G. Swobodę, z jaką przyszło im przekreślenie planów życiowych naszego kompana, zupełny brak lojalności względem człowieka, z którym tyle przeszli, za którego wszyscy na jakimś etapie nadstawialiśmy karku, ale który odpłacał nam identyczną monetą. Opisałem cyniczną beztroskę, z jaką to robili. Samozadowolenie. Pewność. Butę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Guillermo,' mówiłem, 'nie zaskoczył mnie aż tak bardzo jak Gabriel, chociaż zawsze wydawało mi się, że honor ceni sobie wysoko. Może to było jedynie wrażenie wynikające z faktu porównywania go w tej materii z Alifem - który pewnie nie tylko nie wiedział, przez jakie H się honor pisze, ale także co to słowo właściwie oznacza. Zresztą przecież nawet w Shacktown, a może tam właśnie bardziej niż gdziekolwiek indziej, obowiązuje lojalność wobec kompanów. Zawsze mi się wydawało, że mnie na przykład Guillermo nie lubi, ale jednocześnie ma świadomość, że może na mnie liczyć, a ja z kolei mogę liczyć na niego. Przyjaźń zdecydowanie nie jest i nie powinna być obowiązkowa, sympatia też nie - to właśnie lojalność zdawała się być podstawą jego obecności w drużynie. Okazuje się, że nie wobec wszystkich i widocznie nie zawsze. Co do Gabriela...' głos mi na chwilę uwiązł w gardle. 'Sam nie wiem, to zupełnie co innego.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cinnamon, słuchająca mnie dotąd w charakterystycznym dla swojej rasy milczącym bezruchu, skinęła krótko głową. Po chwili pełnej niewypowiedzianych słów ciszy kontynuowałem opowieść, pozwalając narracji kluczyć, wątkom zrywać się, a skutkom wyprzedzać rodzące je przyczyny, cały czas krążąc myślami wokół sposobu na najwierniejsze oddanie mojego zaskoczenia, uczucia zawodu i straty czegoś, w co zaczynałem wierzyć. Czegoś wartościowego, co nagle miało się już nigdy nie wydarzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opowiedziałem Cinnamon wszystkie moje domysły dotyczące ewentualnych przyczyn wypadków ostatniej nocy. 'Może zresztą Guillermo nie był nielojalny, może zmuszony był wybierać między lojalnością względem jednego z kumpli? W końcu Oshir dołączył do nas nie tak dawno i będąc człowiekiem spoza Mithril, jest w pewien sposób dla Guillermo taką samą niewiadomą jak nekromanta z Hollowfaust. Może to Gabriela pytano jako pierwszego, co zresztą wydaje się logiczne, i Guillermo jedynie poparł paladyna? Z tego co sam słyszałem, ten szef Oshira nie zadawał specjalnie jednoznacznych pytań. Pytał najpierw o możliwość przyznania Oshirowi dowództwa nad oddziałem wojska, a później dokonał karkołomnej parafrazy na "Czy powierzyłbyś swoje życie Oshirowi?". Może Guillermo z Gabrielem po prostu źle go zrozumieli?'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Gabriel, jak go znam, mógł nie pomyśleć, że chodzi o awans Oshira, może chciał jedynie odpowiedzieć na pytania zgodnie z prawdą.' Na chwilę zamilkłem, zastanawiając się nad taką możliwością. Cinnamon uśmiechnęła się tylko. Nie wiedząc jak ten uśmiech zinterpretować, kontynuowałem: 'Jest niestety ciągle na tyle niedojrzały, że prawdę obiektywną może spokojnie mylić z jej subiektywnymi sobowtórami. Nawet będąc doświadczonym paladynem, ciągle jest niedoświadczonym życiowo chłopcem. Reguła zakonu tu nie pomoże, przełożeni nic nie zdziałają. Nie da się zaprzeczyć, że jest odważny, taktyka przypuszczalnie nie ma przed nim tajemnic i potrafi przetrwać ataki praktycznie każdego rodzaju przeciwników. Z drugiej strony ciągle za mało w nim pokory, za mało troski o innych. Za mało zrozumienia, że nawet stojącemu murem na pierwszej linii to właśnie jemu, paradoksalnie, najmniej grozi w starciu z przeważającymi siłami wroga, że inni mogą za jego brawurę zapłacić życiem. Trzymam kciuki, żeby możliwie najszybciej zrozumiał, że troska o innych może przejawiać się inaczej niż w 'napieraniu' na kolejne potwory. Takie zachowanie może doprowadzić, i prędzej czy później pewnie doprowadzi, do tragedii. Obym się mylił, bo to, że paladyn Gabriel o szlachetnym sercu szczerze zapłacze nad grobem, nie anuluje ani tej tragedii, ani jego odpowiedzialności za nią. Bardzo go lubię, naprawdę, sam siebie zaskakuję intensywnością mojej dla niego sympatii i ciągle odruchowo mu ufam, ale dzisiejsze wypadki spowodowały, że tracę poczucie pewności. Znika poczucie bezpieczeństwa. Już nie wiem na ile, i czy zawsze, mogę na nim polegać. Gdzieś w środku czekam kiedy, i do jakiego stopnia, to ja zostanę zraniony w skutek opacznie rozumianej prawości lub w następstwie kolejnego pokazu brawury. Pycha, jeden z grzechów głównych, okazuje się nie być grzechem śmiertelnym dla paladynów. Jedynie dla ich otoczenia.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ku mojemu zdumieniu zauważyłem się, że od jakiegoś Cinnamon potakuje głową w geście zasadniczo obcym elfom z Vera-Tre, podczas gdy ja odmalowuję uczucia, których z definicji nekromanta z Hollowfaust odczuwać nie powinien. Wiedziała, o czym mówię. Odnosiłem wrażenie, że wie także, co przemilczam. Poczułem się lepiej - zdałem sobie sprawę, że możemy na siebie liczyć nie tylko w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Że wszyscy, nie tylko ja, zmienili się pod wpływem przebywania ze sobą nawzajem. Że przed nami ciągle dalsze zmiany. Że coraz więcej jest w nas chęci zrozumienia się nawzajem. Że może kiedyś wszyscy przejawią tę chęć. I że może warto na ten dzień czekać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem zupełnie kiedy minęło ponad półtorej godziny. Uzgodniliśmy wstępny plan działań na najbliższą przyszłość. Ja przy pierwszej sposobności porozmawiam z Oshirem. Cinnamon, kiedy tylko nadarzy się okazja, pogada z szefem Oshira. Oboje postaramy się zapewnić Oshirowi możliwość wykazania się i udowodnienia wszystkim, w tym sobie samemu, że na upragniony awans w pełni zasłużył. Wspólnie wymyślimy jakiś sposób na to, by Guillermo i Gabriel mogli bez utraty twarzy zrewidować swoje poglądy i być może zachować się inaczej przy następnej okazji. Na razie nie wiemy jak zareagowaliby, gdyby im zwrócić uwagę wprost i chcieć całą sprawę przedyskutować. Nie wiem jak zachowałby się Gabriel, gdybym mu wprost powiedział o moich do niego uczuciach. Niewiadomych, jak zwykle, jest więcej niż danych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naturalnie nie wszystkie niewiadome na zawsze nimi pozostają. Życie to w końcu ciągłe dowiadywanie się. Wystarczy zapytać. Choćby tak, jak to zrobiła Cinnamon na koniec naszej rozmowy. Zapytała czy może zadać pytanie. Oparłszy się pokusie wytknięcia, że właśnie to zrobiła, odpowiedziałem, że tak. Pomilczała chwilę i neutralnym tonem, jakim zazwyczaj pyta się o godzinę lub drogę do najbliższej wioski, zapytała czy moje preferencje nakazują mi kierować swoje uczucia ku jednej tylko płci, czy obu. Odpowiedziałem, że obu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skinęła głową, pozwalając swojemu serdecznemu milczeniu dokończyć dialog z moją pełną wdzięczności ciszą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-1870321687927690158?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/1870321687927690158/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=1870321687927690158' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1870321687927690158'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/1870321687927690158'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/stracone-powody-mioci.html' title='Stracone powody miłości'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5437605495029628925</id><published>2008-11-03T13:55:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:40:57.494+02:00</updated><title type='text'>Opowieści z krypty, tom II</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;14. Hedrot, Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 36#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Niewielkie postępy, okupione znacznymi, acz nie nieodwracalnymi, stratami. Informacje na temat całej sprawy, choć pilnie strzeżone, ciągle przedostają się jakimś cudem na zewnątrz. Mają przy tym niepokojącą tendencję do bezbłędnego wynajdywania jedynie skrajnie niepowołanych uszu - jak nie haga, to illithid, jak nie eteryczny troll, to ogre mage, jak nie gigantyczny pająk, to potomstwo nietypowego związku lwa z orłem. Nieszczęścia, niepomne przysłów i związków frazeologicznych, nie chodzą jak to drzewiej bywało parami, ale sięgnęły swym rozpasaniem dużo dalej, hulając sobie po świecie w orgiastycznych, wielokrotnie złożonych konfiguracjach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekaw jestem ile jeszcze się musi wydarzyć, żeby władze Mithril straciły ochotę na bezczynne przyglądanie się naszym mało spektakularnym i powolnym postępom. Przypominając sobie układy panujące w Hollowfaust, nie mogę się nadziwić cierpliwości (bo chyba nie beztrosce) potężnych tego świata. Nie wierzę, żeby do braku ingerencji przymuszała ich nieobecność. Nie wierzę, że jest to skutkiem jakichś innych kłopotów, choć wiem, że inne kłopoty nieodmiennie Mithril zagrażają. Być może tę cierpliwość da się wytłumaczyć na gruncie innego światopoglądu. Nie tylko innego od naszego, ale w tym samym stopniu, jeżeli nie bardziej, innego od naszego wyobrażenia o tym światopoglądzie. Ścisłe przestrzeganie praw niekoniecznie musi odbierać możliwość wyboru, niekoniecznie ogranicza wolną wolę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kwestii wolnej woli: jutro rano odzyskają ją Cinnamon i Nester, zamienieni niedawno w kamienne posągi przez jakiegoś magicznie poruszanego, metalowego skorpiona. Jutro znów, lżejsi o kamienne figury, bogatsi o doświadczenia poprzednich dni, wyruszamy głębiej w podziemia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzieś przecież muszą się kończyć!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;14. Hedrot, miejsce jak poprzednio&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hejka, Q'Inniú!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Banewarrens to miejsce nie pozbawione swego rodzaju uroku, nawet jeżeli chodzi o tę jego odmianę, która dała początek idiomowi 'na psa urok'. Wiem, że dzięki zabiegom pewnych osób wypełniających konkretne zadania wieści o Banewarrens nie trafią do powszechnej świadomości, a co za tym idzie do mowy potocznej, ale w naszym prywatnym słowniku 'wejść do Banewarrens' już od dłuższego czasu wydaje się być synonimem 'wdepnąć w gówno'. Z tą różnicą, że w to ostatnie nie włazi się raczej świadomie, a już na pewno nie wielokrotnie na przestrzeni kolejnych dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd niecodzienny pomysł docenienia tych przeklętych podziemi? Otóż zastanawiam się, czy przypadkiem nie dałoby się przypisać pewnych wartości terapeutycznych biciu głową w mur. Pomijając aspekt edukacyjny, wynikający z bliższego przyjrzenia się efektom czyjegoś szaleństwa, uporczywe próby poradzenia sobie z zadaniem przerastającym nasze możliwości powinny uzmysłowić nam daremność mierzenia sił na zamiary i konieczność roztropniejszego niż dotychczas podejmowania się wyzwań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak Ci napisałem w poprzednim liście, Cinnamon i Nester zostali zamienieni w kamień przez pozostawione na straży magiczno-mechaniczne skorpiony. Reszta drużyny postanowiła nie marnować czasu na czekanie i wybraliśmy się z powrotem w podziemia. Już przy wejściu czekała na nas niespodzianka - jacyś ukryci pod czasem niewidzialności goście bez większego problemu przedarli się przez pilnujący wejścia oddział paladynów. Jedynie zupełnemu brakowi profesjonalizmu ze strony sił Mithril można przypisać łatwość, z jaką udało się tego intruzom dokonać, ale przypuszczalnie nie powinienem narzekać - miłe, że w ogóle ktokolwiek nas w naszej misji wspiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu krótka uwaga na temat podejścia poszczególnych osób w drużynie do nieprzewidzianych kłopotów: Gabriel jest, i chyba zawsze będzie, zwolennikiem rozwiązywania kłopotów tu i teraz, dążąc niezłomnie do usunięcia z drogi jakichkolwiek przeszkód. Nawet takich, których usunięcie wydaje się (i często rzeczywiście jest) niewykonalne. Guillermo, choć ideologicznie daleko mu do determinacji paladyna, jest w równie gorącej wodzie kąpany. Przypłacił to już kilkukrotnie zdrowiem, a raz chyba nawet życiem, jednak uparcie odmawia wyciągnięcia z tych lekcji konstruktywnych wniosków. Oshir, w porównaniu z tą dwójką, jest ostoją zdrowego rozsądku, tak jakby starał się swoim pragmatyzmem wyrównać jego niedobór u obu panów G. Dzieje się to niekiedy z moją pomocą, niekiedy bez niej. Tym razem, z przyczyn o których pisałem Ci już kilkakrotnie, musiał się obejść bez niej. Przegłosowany, podążył za nami w czymś, co po fakcie można określić jedynie jako spontaniczną wycieczkę wioskowych głupków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem czemu można przypisać towarzyszącą nam tym razem beztroskę, bo przecież nie jakimś sukcesom odniesionym ostatnio i związanym z nimi przekonaniem o nietykalności. Dość w każdym razie, że popisaliśmy się lekkomyślnością wręcz koncertowo. Wleźliśmy jak ostatnie ćwoki prosto w łapska wrogów, którzy jeden po drugim zaczęli wyłaniać się z niewidzialności. Jak łatwo się domyślić, każdemu pojawieniu się towarzyszyła jakaś forma ataku. Już po pierwszym z nich - jakimś telepatycznym uderzeniu ze strony mindflayera - Oshir i Guillermo zaprzestali walki, słaniając się na nogach w stanie głębokiego szoku. Zaraz potem pojawił się ogre mage, schładzając nasze gorączkowe próby zorganizowania odwetu za pomocą Cone of Cold. Sytuacja, od samego początku beznadziejna, z każdą sekundą pogarszała się - pojawiły się kolejno ogromy pająk, jakieś podobne do lwa z ptasią głową stworzenie oraz potworek całkiem podobny do niczego szczególnego, jednak potrafiący na odległość splunąć lepką siecią, zdolną unieruchomić Gabriela - ostatnią deskę bardzo już wątpliwego ratunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na domiar złego moje czary nie zrobiły na mindflayerze najmniejszego wrażenia - jeszcze ze szkoły pamiętałem, że są odporne na magię, ale praktyka zawsze wygląda trochę inaczej od teorii. W bezpośrednim kontakcie wrażenie jest niesamowite, magia, na której z biegiem czasu coraz bardziej polegasz, nagle wycina ci najpaskudniejszy z możliwych numerów - przestaje być wszechmocna. Oto stoi przed tobą coś, co w żywe oczy kpi sobie z całej tej energii, z twoich umiejętności oraz bezowocnych wysiłków. Towarzyszy takiemu doświadczeniu, przynajmniej u mnie, dziwne przekonanie o nierealności, coś jak ten dziwny czas nad ranem, kiedy jeszcze się nie obudziłeś, ale już właściwie nie śpisz. Trudno to do czegokolwiek porównać, coś jakbyś zaatakował czarem czyjeś odbicie w nieobecnym lustrze. Frustracja na całego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasu jednak na frustrację nie było - pięciu przeciwników kontra nas dwóch, do tego kolejne dwa pakunki do wyniesienia na powierzchnię, te przynajmniej nie zamienione w kamień. Gabriel na pierwszej linii zbierający na siebie bezpośrednie ataki, ja z tyłu, rzucający czary i starający się wyprowadzić za rączkę Oshira z tej opresji. Chwała niebiosom, ogre mage nie miał takiej odporności na czary jak jego kumpel - po zmuszeniu go mieczem Gabriela i moim czarem do przyjęcia pozycji horyzontalnej, cała paczka wyteleportowała się w jakiś sposób z miejsca zasadzki. Nie powiem, wielce mnie to uradowało - przez cały czas trwania utarczki zazdrościłem Cinnamon i Nesterowi zarówno zachowania kamiennego spokoju, jak i przebywania w obozie Lizetty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów jakimś cudem udało się nam wrócić. Oshir, który jako jedyny od samego początku był przeciwny radosnej pogoni za nieznanym wrogiem, musiał za to zapłacić - kiedy pojawił się w obozie jakiś ważniak z sił zbrojnych Mithril, chcący wcielić Oshira w miejscowe struktury militarne, Gabriel z Guillermo praktycznie odsądzili Oshira od czci i wiary, poddali w wątpliwość jego zdolności zadbania o dobro ewentualnych podwładnych i w ostatecznym rozrachunku nieomal pozbawili szansy na awans. Nie świadczy to specjalnie dobrze o naszym duchu współpracy - wygląda na to, że jedynie w sytuacjach podbramkowych to pojęcie w ogóle cokolwiek znaczy. Zaczynam się obawiać, że hodowana przeze mnie wiara w nowo poznanych przyjaciół jest całkowicie, albo przynajmniej w dużej części, bezpodstawna. Po wydarzeniach dzisiejszej nocy naprawdę zastanowiłbym się dwa razy przed zaproponowaniem któregokolwiek z członków naszej drużyny jako źródła jakiejkolwiek rekomendacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że nie będę do tego nigdy zmuszony, a jeśli tak, to że dojdzie do tego w Hollowfaust... Muszę kończyć, ruszamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytaj postscriptum, coś mnie wzięło na aliterację.&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Proponowałbym przeczytać poniższą próbkę przypisków: pieprzone podziemia przygnębiają, podsuwając pomylone pomysły, postępy psując porażkami, przerywając penetrację petryfikacją... Pieprzona porażka. Przyrzekam ponowić podobną próbę później - pora pospać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjacielsko pozdrawiam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5437605495029628925?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5437605495029628925/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5437605495029628925' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5437605495029628925'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5437605495029628925'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/opowieci-z-krypty-tom-ii.html' title='Opowieści z krypty, tom II'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-444767213266826342</id><published>2008-11-03T13:53:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:44:00.057+02:00</updated><title type='text'>Ostatnie westchnienie hagi</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;12. Hedrot, Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 35#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Banewarrens odsłaniają przed nami, wraz z każdym krokiem wiodącym nas naprzód i w dół, swoje prawdziwe oblicze. Towarzyszą nam nieodmiennie zachwyt i przerażenie, podczas gdy ciągłemu schodzeniu na głębsze poziomy wtóruje nasze morale, osiągające powoli dno. Nie wiem czy będzie się od czego odbić - już nawet paladyn przestał przejawiać charakterystyczny dla siebie entuzjazm i ślepą wiarę w czuwających nad nami bogów. Jeżeli jest jakiekolwiek miejsce, o którym bogowie zapomnieli lub nawet całkiem opuścili - są to niewątpliwie Banewarrens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwilowe sukcesy, do których bezsprzecznie wypada zaliczyć dostanie się w obręb strzeżonych magicznie komnat i korytarzy, przesłaniane są nieodmiennie w chwilę później przez wydarzenia obracające je wniwecz. Tak też stało się dziś, kiedy po udanym sforsowaniu drzwi wejściowych najpierw wodziła nas za nos iluzjami, a następnie fizycznie napadła haga - potwór inteligentny, władający magią z podziwu godną precyzją i przerażająco skuteczny w bezpośrednim nawet starciu. Szczęście zdaje się nas jednak nie opuszczać, bo udało się nam jej atak nie tylko przeżyć, ale nawet zmusić ją do odwrotu - odwrotu tym dla nas korzystniejszego, że kosztującego ją najcenniejszy, a zarazem najgroźniejszy z naszego punktu widzenia, przedmiot magiczny - resztkę pierścienia życzeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przegonienie hagi jest więc następnym (choć częściowym) sukcesem - z nietypowym dla nas fatalizmem oczekujemy na kolejną nieprzewidzianą przeszkodę. Przerwę w zwiedzaniu podziemi wykorzystujemy na leczenie i odpoczynek - praktycznie za każdym razem wykorzystuję wszystkie czary, jakich się tylko jestem w stanie nauczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończę zatem i kładę się już,&lt;br /&gt;pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;12. Hedrot, kolejny dzień gdzieś pod Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga Gráinne, Siostrzyczko Najsłodsza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pomnę już w drobnym szczególe jak to właściwie wyglądało w Hollowfaust, ale jestem pewien (znając siebie i swoje podejście do ciężkiej pracy), że nie zgodziłbym się na wyjazd do Mithril, gdyby opis stanowiska ambasadora choć w części oddawał sytuację faktyczną. Dałbym się za moje leserstwo z filozoficznym spokojem wyrzucić z Akademii, wysłuchałbym utyskiwań matuli, gorzkich słów Gilligana i zająłbym się czymś naprawdę łatwym, lekkim, tudzież przyjemnym. Jak choćby sztuką. Albo administracją. Albo połączeniem jednego z drugim, czyli sądownictwem. W swojej naiwności jednak postanowiłem za lekkie, łatwe i przyjemne uznać zostanie ambasadorem w odległym kraju, gdzie jedynym moim zmartwieniem będzie to, jak właściwie rozdzielę swój leniwy czas między wyłożonymi pluszem pomieszczeniami własnej zbytkownej rezydencji, a wystawnymi kolacjami w rezydencjach podobnych do mnie nierobów. Jakżeż inaczej może wyglądać życie ambasadora w krainie, gdzie kłopotów nie ma, bo całe armie paladynów za punkt honoru postawiły sobie ich w zarodku unicestwianie? W krainie żywcem wyjętej z bajki, różami dekoracyjnie usłanej, mlekiem i miodem smakowicie płynącej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba się było domyślić, skoro już się człowiek chce mienić inteligentną formą życia, że wyjmowanie czegokolwiek z bajki nie odbywa się bezproblemowo. Taka bajkowa wiwisekcja musi się wiązać z rozlewem krwi, nawet jeżeli krew jest błękitna i po wyschnięciu ślad wszelki po niej bezpowrotnie ginie. Róże, nastroszone kolcami, nieprzyjemnie kaleczą nogi. Śmierć z utonięcia w mleku nie jest wcale lżejsza niż w zwykłej wodzie. Do miodu, nieprzyjemnie lepkiego w bezpośrednim kontakcie, ciągnie całymi rojami ohydne robactwo, którego, co ciekawe, żyjący w swej prywatnej baśni paladyni zdają się nie zauważać. Pracy jest sporo - w strzępach są rękawy od zakasywania. Idylla, po przeniesieniu z Dulceum Fabulosium na Prime Material, traci większość swojego uroku - utrata taka niestety bardzo często towarzyszy zmianie perspektywy związanej ze skróceniem dystansu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc wpadłem, jak śliwka w... budyń (???) i tkwię zanurzony po uszy w ciepłym, słodkim, pachnącym różami mleku paladyńskiej fikcji na temat świata. Każdy dzień witam z radością zmieszaną ze zdziwieniem, że w ogóle jeszcze żyję. Lenistwo, wbrew oczekiwaniom, nie jest moim udziałem. Pracy nie ma końca, przy czym nie tylko dlatego, że trzeba dużo zrobić - nie widać końca również dlatego, że większość zadań jest z założenia niewykonalna. Żyjąc w na poły fantastycznym świecie i stawiając przed sobą nierealne, wyimaginowane cele, ciągle trzeba się ścierać z nieprzyjemnie skrzeczącą rzeczywistością. Coraz częściej jestem po prostu bezradny - jak człowiek, który w ramach życiowej misji podjął się nauczyć cyklopa zezować. Dramat, siostrzyczko, dramat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówią, że co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym. Mądrość ludowa niewątpliwie warta pozostałych mądrości ludowych oraz losu, który jest im pisany, kiedy już większość dającego im wiarę ludu spotka zasłużony pieski koniec. Tak czy siak, jeżeli jednak tkwi w tym stwierdzeniu ziarno prawdy, rysują się przede mną dwa wyjścia: albo coś bardzo rychło mnie ukatrupi, albo wrócę do domu jako prawdziwy siłacz. Żaden ze stanów, wydawałoby się, nie jest w oczywisty sposób następstwem przebywania na placówce dyplomatycznej w roli ambasadora. W przypływie pesymizmu, ostatnio dość często będącego moim udziałem, podejrzewam obecnie, że jeżeli w ogóle do Hollowfaust wrócę, będzie to powrót pośmiertny - jeśli jednak nie dojdzie do niego zbyt szybko, powrócę jako cieszący oko, wielce dekoracyjnie zbudowany trup.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę, ani też właściwie nie mogę, zanudzać Cię szczegółami dotyczącymi wydarzeń tutaj. Wiedz zatem, że misja idzie nam jak krew z nosa, entuzjazm nawet w paladynie jakby przygasł (podejrzewam, że mimo swojej odporności na choroby przyplątał mu się chroniczny realizm) i generalnie od ciągłego ocierania się o śmierć zaczynam się zastanawiać nad opisaniem nowego rodzaju perwersji - nekrofroteryzmu. Gdybyż jeszcze praktyka zechciała dorównać atrakcyjnością interesującemu nazewnictwu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle pisaniny na dziś,&lt;br /&gt;całuski,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;13. Hedrot, tymczasowy obóz nad Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć Q'Inniú!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat oszalał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wiadomość oficjalna. Wydarzenia następują po sobie w tak zawrotnym tempie, że dzień zlewa się z dniem, a noce służą jedynie odpoczynkowi mającemu na celu odnowienie zaklęć. Kładę się wymęczony, wstaję równie wycięty, choć z na tyle świeżym umysłem, by umieścić w nim baterię nowych czarów. Po czym, jak krasnoludzki górnik, z powrotem w podziemia, jeszcze raz w kierat bójek, eksploracji oraz szwendania się tu i tam. Dopiero w ostatnim liście do Ciebie opłakiwałem Mustellusa, a tymczasem właśnie wynieśliśmy z podziemi uwiecznionych w kamieniu Cinnamon i Nestera, podczas gdy Mustellus raźnie popiskuje mi z ramienia, obserwując skrzypiące po pergaminie pióro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale po kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpocząwszy na tyle po bójce z trollem i pertraktacjach na pokojach lady Navanny, by móc nauczyć się nowej porcji czarów i udać się w podziemia, zabraliśmy się do otwierania głównego wejścia do właściwej części podziemi. Widok zaprawdę wart obejrzenia: gromada pomyleńców z nabożną czcią macająca czyjąś uschniętą ręką wielkie metalowe drzwi. Pusty śmiech mnie ogarnia na to wspomnienie - rozpadające się szczątki ręki jakiegoś kolesia, ręki którą podcierał sobie zapewne tyłek, a może i w wolnych od zbawiania świata przed przeklętymi artefaktami chwilach zabawiał się w inny sposób, nagle urastają do rangi skarbu. I co najlepsze, rzeczywiście tym skarbem są - drzwi po chwili zwłoki otwarły się, a my z poszukiwaczy skarbów awansowaliśmy dodatkowo na poszukiwaczy guza. Czego jak czego, ale guza bezskutecznie szukać się nie da.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie w Banewarrens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Guz przyszedł do nas pod postacią hagi, wrednej, inteligentnej suki z zacięciem do magii, w tym magii iluzyjnej. Gdyby nie nasz spryt (OK, nazwijmy to po imieniu: nasza paranoja), pewnie udałoby się jej nas wykiwać i wymknąć bez uszczerbku na zdrowiu. Jej zdrowiu, bo nasze zdrowie mogłaby całkiem skutecznie nadszarpnąć. W niektórych przypadkach ze skutkiem śmiertelnym. Tymczasem, będąc ofiarami potężnie rozwiniętej paranoi, a przy tym beneficjantami niewyczerpanych pokładów szczęścia (które, w mniemaniu wielu, przysługuje jedynie ludziom bardzo, ale to bardzo głupim), udało się nam nie tylko nie dać ostatecznie wystrychnąć na stado dudków, ale nawet dość potężnie hagę uszkodzić. Nie do końca, niestety, i muszę tutaj złożyć samokrytykę - gdybym w kluczowym momencie walnął naprawdę potężnym czarem, haga nie tylko by nie przeżyła, ale zostawiła nam w mimowolnym spadku pierścień z przynajmniej jednym Wishem. Zawahałem się, chyba zbyt dużą wiarę pokładając w umiejętnościach Gabriela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wierz tu w ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potworzyca - będąc już prawie w stanie agonalnym - znikła, wykorzystując zapewne swój pierścień. Haga z wozu, ambasadorom lżej - bo tak chyba leci to dość specjalistyczne przysłowie?... Tak czy siak, nadwerężeni i pozbawieni właściwie jakichkolwiek czarów wróciliśmy na powierzchnię. Raporty zostały złożone, czary odnowione, kolejna porcja magicznych przedmiotów przysposobiona przez zainteresowane osoby. Nester, obłożony anatemą przez Shadow Guild, próbował coś tam zdziałać na poletku dyplomacji stosowanej, ale jeżeli sobie przypominasz jego dokonania u lady Navanny, może nawet dobrze się składa, że z obozu w ogóle nas ostatnio nie wypuszczają. Embargo na jakiekolwiek formy kontaktu ze światem zewnętrznym wydaje się logicznie uzasadnione, choć prowadzi do lekkiego skrzywienia psychiki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo nie tak znów lekkiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stan mojej prywatnej psyche jest średni - jedynie konieczności skupienia się co rano na studiowaniu książki zaklęć oraz pisaniu listów zawdzięczam to, że nie rozkleiłem się jeszcze całkowicie. Niebagatelny wpływ na samopoczucie muszą mieć także same Banewarrens, których atmosfera u największych optymistów potrafi wywołać myśli samobójcze. Podziwiam Gabriela, wyczulonego bądź co bądź na zło, za jego umiejętność radzenia sobie z tak nieprzyjazną dla niego aurą. Jeżeli chodzi o radzenie sobie z czymś więcej niż aurą - też go podziwiam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć nie tylko jego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nareszcie osiągnęliśmy jako drużyna stan, w którym każdy na miarę swoich (już nie tak ograniczonych jak kiedyś) możliwości przyczynia się do osiągania wspólnych celów. Nareszcie także do wszystkich dotarło, że celem nadrzędnym jest przeżycie wszystkich członków drużyny. W Gabrielu odzywa się czasem (choć niekiedy nazbyt nieśmiało) zdrowy rozsądek, Cinnamon umiejętnie balansuje między wsparciem magicznym a medycznym, Oshir potrafi wyniuchać, Guillermo - przywalić, wreszcie Nester, choć niekiedy rozbrajająco nieporadny w konfrontowaniu teorii z praktyką, wie niejedno i potrafi to wykorzystać. A do tego wszystkiego ja, którego umiejętności magiczne, bez obłudnej skromności, są już naprawdę niezłe. Drżyj, świecie, nadchodzimy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra, dałem się ponieść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drżenie jest ciągle głównie naszym udziałem, ale jak tu zachować harde podejście do rzeczywistości, kiedy stoi przed tobą jakiś pieprzony golem złożony z części rozmaitych undeadów?! Magia się tego imać nie chciała, broń ledwie była w stanie zadać jakiekolwiek obrażenia. Stwór był wielkości trójdrzwiowej szafy, różniąc się od niej możliwością wcale zgrabnego poruszania się i krwiożerczymi zamiarami. Trochę go przy pomocy rozmaitego żelastwa zheblowali, ale gdyby nie mój Soul Blast, byłoby z nami krucho.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musiałem się pochwalić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne leczenie, kolejna noc spędzona na 'szybkim, pracowitym spaniu', kolejny ranek spędzony nad książkami. Powrót w podziemia, tym razem z mocnym postanowieniem parcia do przodu z maksymalną prędkością, bo przecież haga może wrócić i zająć się nami z większym niż poprzednio profesjonalizmem. Nie będziemy tracić czasu na oglądanie magicznych generatorów, inwentaryzację składzików ludzkich szczątków do produkcji golemów, dłubanie w mozaikach i takie tam głupoty. Będziemy pociskać, aż dojdziemy do celu, nawet jeżeli chwilowo nie wiemy, gdzie i czym mógłby on być. Gdzieś przecież musi być koniec Banewarrens i nic nas przed dotarciem do niego nie zatrzyma!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akurat!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jakieś pół godziny po dzisiejszym wejściu w podziemia nasza kapłanka i nasz bard zaprzestali parcia naprzód. Skończyło się im także przypuszczalnie parcie na pęcherz i wszystkie inne rodzaje ciśnienia. Zmienieni oddechem jakiegoś przeklętego konstrukta w gigantyczne przyciski do papieru, musieli zostać przez nas wyekspediowani na powierzchnię celem gruntownego odkamienienia. Nie pozostaje nam nic innego jak siedzieć i czekać. Łaska Coreana i Madriel nadejdą o świcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedźmy zatem, i czekajmy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;TMD&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Na marginesie notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Mithril są paladyni Coreana,&lt;br /&gt;Co nie marzą ni o paniach, ni panach.&lt;br /&gt;Tylko miecz swój na warcie&lt;br /&gt;Przez dwuręczne potarcie&lt;br /&gt;Polerują od wieczora do rana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewna elfka z Vera-Tre rodem,&lt;br /&gt;W imię Madriel nad całym narodem&lt;br /&gt;Miała pieczę.&lt;br /&gt;'Ja was uleczę!&lt;br /&gt;Z krost, grypy i kłopotów ze wzwodem!'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciemnoskóry Shacktown obywatel,&lt;br /&gt;Z kijem w dłoni wypchnięty na matę&lt;br /&gt;- w szkole wuja -&lt;br /&gt;Orzekł: 'Ni chuja!&lt;br /&gt;Laski wolę jednak cycate.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewien człowiek skłonny do łgarstwa&lt;br /&gt;Bardzo wstydził się swego doliniarstwa.&lt;br /&gt;Będąc niemal estetą&lt;br /&gt;Mienił się etykietą&lt;br /&gt;'Specjalisty w zakresie ślusarstwa'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tak dawno orator w Gildii Cienia&lt;br /&gt;Dochrapał się złego imienia,&lt;br /&gt;Trzech gildiowych druhów&lt;br /&gt;Obracając w garść duchów&lt;br /&gt;Okruszkami przeklętego kamienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Mithril był raz bard-nekromanta,&lt;br /&gt;Paladyna chcący mieć za amanta.&lt;br /&gt;Miast do rzeczy się brać,&lt;br /&gt;Musiał, psia jego mać,&lt;br /&gt;Pisać wiersze, robiąc z siebie palanta.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-444767213266826342?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/444767213266826342/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=444767213266826342' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/444767213266826342'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/444767213266826342'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/ostatnie-westchnienie-hagi.html' title='Ostatnie westchnienie hagi'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-9087649156857279681</id><published>2008-11-03T13:49:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:46:59.008+02:00</updated><title type='text'>Bez łaski i bez litości</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;6. Hedrot, gdzieś w Banewarrens pod Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hejka Siostrzyczko!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że ten list zastaje Cię w doskonałym zdrowiu, niezgorszym humorku oraz że Cię w ogóle zastaje - jest bowiem spore prawdopodobieństwo, że nie będę miał szansy tego listu wysłać. Zatem jeżeli go czytasz, znów mieliśmy w Mithril więcej szczęścia niż rozumu. Jeżeli już mowa o sztuce korespondencji, to sama od czasu do czasu też coś napisz - brak wieści od Ciebie zaczyna mnie martwić. Ostatnio spełniłem synowski obowiązek pisząc do Mamy, więc nie powinna Ci przy następnym spotkaniu specjalnie suszyć głowy, ale jeżeli już będzie poruszać sprawę mojego listu, na wszelki wypadek mów, że to samo pisałem do Ciebie. Ze szczególnym uwzględnieniem faktu, że wszystko u mnie jest w najlepszym porządku. Bo jest. Albo przynajmniej do całkiem niedawna było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej chwili jesteśmy w Banewarrens, miejscu z jednej strony nietypowym dla Palatynatu, bo pełnym nagromadzonych przez jakiegoś szaleńca przeklętych przedmiotów magicznych i odwiedzanym przez masę nieprzyjemnych istot pragnących te 'skarby' sobie przywłaszczyć. Z drugiej strony jest to miejsce dla Mithril tylko zbyt charakterystyczne - w królestwie dobra gdzieś przecież musi się podziać całe zło, jako że nic w przyrodzie nie ginie i równowaga, wbrew uporczywym wysiłkom ideologicznie zorientowanych ludzi, będzie sama się utrzymywać. Zresztą, dość o odwiecznym konflikcie dobra ze złem - czas na plotki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na towarzyskiej niwie zmiany - Alif, miejscowy złodziejaszek cieszący się nie wiedzieć czemu łaską miejscowej władzy, dwa dni temu zszedł z tego świata. Nie mogę powiedzieć, że się z tego faktu cieszę, ale też nie zmartwił mnie jego zgon nadmiernie. Obecność Alifa w najlepszym wypadku przynosiła naszej grupie tyle samo korzyści, co szkód. Teoretycznie o zmarłych nie powinno się mówić źle, więc może nie napiszę jak nieodpowiedzialny i nielojalny nasz eks-kompan był za życia. Z dobrych rzeczy: hmmm... był... przedsiębiorczy?! Inna sprawa, że zginał pomagając nam wydatnie, nawet jeżeli winą za swoją śmierć mógłby obarczać właściwie tylko własną brawurę i lekkomyślność. Niech mu Enkili sprzyja w zaświatach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uszczupleni o Alifa wyruszyliśmy znów w podziemia. Dla wyrównania szans przyłączono do nas jakiegoś oficjela z Shadow Guild, Nestera - wygląda i zachowuje się jak bard, więc pewnie nawet jest bardem. Miłe jest to, że ma przy sobie trochę przydatnych magicznych przedmiotów. Co do charakteru na razie trudno coś powiedzieć, więc zostawię sobie ocenę jego osoby na następny raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już mowa o magicznych przedmiotach, to nareszcie udało mi się dokonać satysfakcjonujących zakupów w mieście. Zdecydowanie bezpieczniej czuję się z trzema różdżkami za pasem - Nemorga świadkiem, że głównie dzięki dwóm z nich nie dołączyliśmy do Alifa w zwiedzaniu świata zmarłych. Lamia, minotaur, eteryczny troll - to tylko niektóre z atrakcji Banewarrens. Zdecydowanie nie jest to miejsce, które wybrałbym na wakacyjny odpoczynek. W końcu to nie to samo, co wieczne odpoczywanie. Z bonusem w postaci zbeszczeszczenia zwłok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wygadaj Matuli, że takie rzeczy się tutaj wyrabiają. Niech się staruszka nie martwi, bo przecież, jeżeli ten list czytasz, nie ma się już czym martwić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam Cię serdecznie i mocno całuję,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Napisz, napisz, napisz!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;6. Hedrot, Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witaj Q'Innieczku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy piszę do Ciebie list, nie mając do końca pewności czy w ogóle kiedykolwiek zostanie wysłany. Wpakowaliśmy się tym razem w głębsze, w przenośni i dosłownie, kłopoty niż kiedykolwiek - Banewarrens, wspomniane w nagłówku, mroczne podziemia gdzieś pod Mithril, to miejsce nieprzyjemne, niebezpieczne i, choć brzmi to jak coś, co mógłby powiedzieć paladyn, przesiąknięte złem. Chwilowo zło oddaje się lenistwu i nie dzieje się nic groźnego, więc mogę spokojnie kreślić te słowa, ale już niejeden raz doświadczyliśmy na własnej skórze, że spokój i bezpieczeństwo to chyba najmniej stabilne wartości we wszechświecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co najśmieszniejsze, miejsce to stworzono z chęci czynienia dobra - pozbierano mnóstwo przeklętych artefaktów i zapieczętowano w niedostępnej lokalizacji pod miastem. Chwila trzeźwej myśli po stronie twórców Banewarrens powinna im uzmysłowić, że niedostępne lokalizacje mają to do siebie, że aż nazbyt łatwo się jest do nich dostać - w końcu gdyby rzeczywiście były tak niedostępne jak im się wydawało, nie byliby w stanie sami się w nich nigdy znaleźć!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, że my się teraz w Banewarrens znajdujemy, też wiele mówi. Nieprzebyte mury zostały skruszone, nienaruszalne bariery magiczne przełamane, a u nas jak zwykle zdrowy rozsądek zastąpiła jego chronicznie chora kuzynka, brawura. Guillermo jest zwolennikiem ostrej akcji, Cinnamon wierzy w opatrzność w wykonaniu Madriel, Gabriel chce i potrafi się popisać. Tylko jakie ja mam wytłumaczenie?! Poczucie obowiązku? - Nie sądzę. Chęć wypróbowania kilku nowych różdżek? - Też wątpliwe, w końcu można je wypróbować na placu musztry Miasta Świątynnego. Nawet chęć zwrócenia na siebie uwagi paladyna nie do końca mój brak rozsądku tłumaczy. Spójrzmy prawdzie w oczy: głupia, klasyczna brawura. Zaczynam się o siebie bać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zgubne skutki brawury generalnie nie trzeba długo czekać. Stajemy naprzeciw coraz silniejszych przeciwników, teraz nie wystarcza jakiś tam Black Guard czy grupa undeadów. Kombo lamia-minotaur stanowi przecież większe, bardziej ambitne wyzwanie. Do tego grupka łuczników i troll w eteralu na dokładkę. (A propos tego trolla, to zrobiłem chyba niezłe wrażenie na kompanach, najpierw wywalając w nich wszystkich czarem, a potem przysmażając jedynie trolla - Ethereal Bolt, spróbuj kiedyś na jakichś niematerialnych undeadach. Czysta rozkosz!) A to dopiero początek, nawet nie obejrzeliśmy prawdziwych przeciwników, którzy do samego serca Banewarrens już dostali się rzucając Wisha...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkaliśmy przed chwilą w podziemiach następnego paladyna, tym razem specjalizującego się w pobieraniu podatków. Informacja niby jak każda inna, ale wykluwa się we mnie powoli podejrzenie, że może Mithril już tak na mnie wpłynęło, że naprawdę powinienem zacząć się leczyć. Mów co chcesz, ale Tadhgowi którego znałeś raczej z rzadka, jeżeli kiedykolwiek, zdarzało się robić to samo, co paladynom - z mnóstwa różnych powodów, z których ta część, która była legalna, niszczyła wątrobę i pewnie kilka innych narządów wewnętrznych przy okazji. Pocieszam się jeszcze, że może to paladyni zmienili się w międzyczasie, ale to licha i niepewna pociecha. Wystarczy przypomnieć sobie popularne u nas w Hollowfaust powiedzenie, że tylko gellatinous cube i paladyn nie zmienia zdania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú, ratuj! Twój przyjaciel się stacza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiając Cię serdecznie w trakcie staczania się (wciąż jeszcze jako czarodziej, nie paladyn),&lt;br /&gt;Tadhg MD&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;6. Hedrot, Palatynat Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 34#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś krótko i węzłowato. Problem Banewarrens wydaje się sięgać szerzej i głębiej niż się początkowo wydawało. Chociaż w poprzednim raporcie obiecywałem obszerniejsze informacje, jestem zmuszony milczeć, dopóki całości sprawy nie rozwiążemy. Może to zabrać jeszcze trochę czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadziwiające jest, jak dużo niebezpieczeństw czyha na Mithril. Jego przywódców praktycznie ciągle nie ma w mieście, wydają się bezustannie zajęci roztaczaniem opieki nad miastem z daleka, podczas gdy na niższych rangą oficjeli spada obowiązek rozwiązywania bieżących problemów. Licznych bieżących problemów, jeżeli chodzi o doprecyzowanie tego stwierdzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Współpraca z Shadow Guild przybrała inny wymiar od czasu, gdy dołączył się do nas ich przedstawiciel, Nester. Nie jestem do końca pewny jego pozycji w organizacji, ale nie jest czarodziejem, w każdym razie nie w klasycznym rozumieniu tego słowa - jego magia jest wrodzona i wynika chyba z jego głębokiego zrozumienia tworzywa, jakie stanowi sam język, jego struktura, ukryte w nim rytmy, równowaga między harmonią a dysonansem. Niezbyt klasycznie dla bardów, z muzyką Nester nie ma chyba zbyt dużo wspólnego. Wydaje się, że w ostatecznym (dobór słów wolny od sarkazmu) rozrachunku zamieniliśmy Alifa na bardziej interesującego towarzysza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje studia magiczne dość żwawo, zważywszy na okoliczności, posuwają się do przodu - konsekwentnie zbliża się dzień, kiedy będę mógł rozpoczynać moje raporty od tytułu 'nekromanta'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;11. Hedrot, Banewarrens&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo żałosne, niepocieszone cześć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czemu tak smutno? - Nie jest dobrze. Straciłem Mustellusa. Jego śmierć została co prawda natychmiast pomszczona, ale tak czy siak wstrząs po stracie mojego towarzysza będzie mnie prześladował jeszcze przez długi czas. Otoczenie straciło na wyrazistości - barwy przyblakły, dźwięki już nie brzmią tak, jak jeszcze kilka godzin temu. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż więź, którą dzieliłem z tym małym stworzeniem, choć na co dzień niezauważalna, stała się tak istotną częścią mojego świata. Znasz to odczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że dokonało się coś nieodwracalnego? Że już straciłeś coś bezpowrotnie i nigdy już nie będzie tak jak było? Dokładnie taki jest teraz stan mego ducha, ale natężenie uczucia niepowetowanej straty jest wręcz obezwładniające.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inna sprawa, że powinieneś był zobaczyć, jak z zimną furią, leżąc na ziemi, rozdrapywany pazurami ogromnego trolla wyładowuję w niego cały grad zaklęć. Koncentracja - czar. Atak potwora - ból, ale fizyczny, ledwo odczuwalny w porównaniu z tym bólem gdzieś w środku. Odruchowa koncentracja - po czym następny czar. Jeszcze więcej bólu. Dusząca mnie, ale i uskrzydlająca nienawiść - kilka gestów - kilka słów - furia przeobrażona w eksplozję unicestwiającej magii. Koniec. Nigdy dotychczas nie odczuwałem takiej żądzy mordu i nigdy tak skutecznie nie używałem czarów ofensywnych. Jedna śmierć to zbyt mała cena, miałem ochotę zabić go sto razy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pięć tysięcy złociszy to niemała suma, ale przy pierwszej nadarzającej się okazji przywrócę Mustellusa do życia. Mam tylko nadzieję, że klerycy nie wyśmieją mnie, kiedy zwrócę się do nich z taką prośbą. To chyba przyzwoici ludzie, powinni zrozumieć, że życie jest taką samą wartością dla zwierząt, co dla ludzi. Wraz moją łasicą umarła przecież część mnie samego. Jeżeli reakcja Gabriela miałaby tu być wyznacznikiem poglądów Coreana na sprawę wskrzeszania zwierząt, nie powinno być większych problemów niż nazbieranie gotówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słów parę o zabójcy Mustellusa, przechodzącym swobodnie w eteral trollu z Banewarrens. Bestia duża, silna, inteligentna, rozmowna, podstępna, złośliwa i wyrachowana. Co bardziej sarkastyczni powiedzieliby, że za wyjątkiem rozmiarów i siły wykapany Tadhg Mhic Draodoir. Troll jednak dodatkowo był w stanie jednym uderzeniem sparaliżować najbardziej wytrzymałego paladyna, potrafił, nawet bez Ethereal Jaunt'a, ukryć się w prostym korytarzu tak, że dopiero w chwili ataku zaczynało się być boleśnie świadomym jego obecności. Na tym nie koniec. Potwór miał co najmniej dwie inne umiejętności duplikujące działanie czarów - widzenie na odległość i mówienie z innego miejsca niż to, w którym się znajdował. Spotkaliśmy go kilka razy i za każdym razem zdawał się być większy oraz silniejszy niż poprzednio. Tak jak w wypadku zwyczajnych trolli, regenerował się w zastraszającym tempie i tylko ogień potrafił zadać mu nieleczące się rany. Całkiem przydatną okazała się w walce z nim umiejętność wplatania w zaklęcia energii żywiołów - zwłaszcza Flame Bolt z dodatkową porcją ognia sprawdzał się w jego przypadku, jak sobie pewnie łatwo wyobrazić, znakomicie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z krótkiej rozmowy z nim wynikało, że miał także inne umiejętności - takie na przykład jak zdobywanie wiedzy innych istot przez pożeranie ich mózgów. W sumie miło, że to on opróżniał z zawartości czaszki trupów - gdyby oprócz wszystkich naszych problemów miało dojść jeszcze do spotkania z illithidami, nasza przyszłość rysowałaby się wyjątkowo niewyraźnie. Niech sobie optymiści twierdzą, że przygody poszerzają horyzonty - przygody z udziałem mindflayer'ów mają raczej tendencję do działania odmóżdżającego. Permanentnie. Bycie półgłówkiem podobno ich nie zniechęca, o czym będę musiał przypomnieć moim towarzyszom - ostrożności i zapobiegliwości nigdy za wiele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już o zapobiegliwości mowa, to wczoraj odbyła się rozmowa unaoczniająca próżność moich wysiłków w tym zakresie. Udaliśmy się do jednego z głównych domów kupieckich w Mithril z tajną misją, mającą na celu wypożyczenie pewnego magicznego przedmiotu. Niekoniecznie najmocniej magicznego, natomiast bardzo, ale to bardzo nam potrzebnego. Bez podawania zbędnych szczegółów, rysowała się przed nami następująca alternatywa: albo zdobędziemy ten przedmiot, albo trzeba będzie się rozejrzeć za Ring of Three Wishes. Tyle w kwestii wagi całego przedsięwzięcia. Ustaliliśmy wstępnie, że poprosimy w imieniu miasta Mithril o wypożyczenie przedmiotu na jakiś czas, obiecując w zamian, gdyby już do tego doszło, jakieś mgliste korzyści natury celnej, co jak wiadomo każdego kupca doprowadza do natychmiastowego przypływu przyjacielskich uczuć, chęci współpracy oraz ogólnie pojętej dobrej woli. No dobrze - jak powiedzieliśmy, tak... powiedzieliśmy. Bo zrobiliśmy, naturalnie, zgoła co innego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się całkiem przyjemnie, przed oblicze pani domu dostaliśmy się po zaledwie dziesięciu minutach lepiącej się od równie przesadnych, co nieszczerych komplementów rozmowy z majordomusem. Żona kupca była prawie tak samo słodka jak jej sługa. Mało tego, z racji niskiego wzrostu i pucułowatej twarzy przypominała okrąglutki, nadziewany konfiturą różaną pączuszek. Ach, jaka jest zaszczycona. Ach, koniecznie musimy pojawić się na ich przyjęciu. Ach, oczywiście, jeżeli tylko może nam czymś służyć, zrobi to z rozkoszą. Ach, ten magiczny przedmiot? - Nie ma sprawy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że sprawy raźnym krokiem zmierzają ku najlepszemu? Żle by się wydawało, Q'Inniú, całkiem nietrafnie. Rzekłbym, Magic Missilem w płot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dyplomatyczną rozmowę rozpoczął nasz nowy kompan, bard. Już po dwóch elokwentnie chybionych zdaniach wystąpiły mi na górnej wardze krople zimnego potu. Nester wyjaśnił bowiem gospodyni w nie pozostawiających miejsca na jakąkolwiek wątpliwość słowach, że to, o co prosimy, nie jest jakimś tam sobie przedmiotem magicznym. To unikat na skalę światową, artefakt nieopisanej mocy, rzecz bezcenna i absolutnie niezastąpiona. Aha, czy wspominał już, że stanowiłaby główną ozdobę każdej kolekcji rzeczy bezcennych? Bo stanowiłaby, bezsprzecznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie udławiłem się tylko dlatego, że jeszcze nie podano nic oprócz ciasteczek, a w sztucznych słodyczach nie gustuję. Cinnamon wyglądała, jakby miała ją tknąć apopleksja, Oshir kopał barda pod stołem tak silnie, że pobrzękiwała porcelana i kryształy. Guillermo z niedowierzaniem wlepiał w Nestera wzrok, a jego oczy mówiły coś w stylu: 'Opuścili Cię wszyscy bogowie, koleś?'. Tylko Gabriel zachowywał spokój, co zdawało się dobrze wróżyć dalszemu ciągowi rozmowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwróciłeś, mam nadzieję, uwagę na 'zdawało się'? Zwróciłeś. No cóż, ja w trakcie wizyty nie zwróciłem, choć już chwilę później z trudem opanowałem odruch wymiotny, kiedy nasz cenny paladyn bez mrugnięcia okiem zgodził się na zupełnie nieprzyzwoitą cenę, którą po przemowie Nestera różowiutko pucułowata lady Navanna zaproponowała za wypożyczenie rodzinnej pamiątki. Tysiąc pięćset złociszy za tygodniowe wypożyczenie, dziesięć razy tyle w przypadku zniszczenia bibelotu. Gabriel wielkopańsko poręczył honorem paladyna Coreana oraz podpisem wyżej wymienionego. Paladyna, oczywiście, nie samego Coreana. Pewnych numerów nawet nasz Gabryś nie jest w stanie wykręcić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle, jeżeli chodzi o zapobiegliwość, planowanie i skoordynowane akcje. Szkoda słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybacz mętność niektórych opisów, ale do czasu rozwiązania sprawy nienajlepszym pomysłem byłoby szafowanie nazwami i nazwiskami. Listy zbyt łatwo jest przechwycić, co może zresztą dzieje się już od pewnego czasu, wnioskując z braku odpowiedzi z Twojej strony. Niech więc na razie wystarczy Ci informacja, że mamy to, co jest nam potrzebne do kontynuowania zabawy w Banewarrens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet jeżeli nie wszystkim jest ostatnio specjalnie do śmiechu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam Cię serdecznie,&lt;br /&gt;T.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;krótko o pewnej przyjaźni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z prostego świata łowów, snu&lt;br /&gt;w ten sam, lecz już zawiły świat&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z bycia w odwiecznym dziś i tu&lt;br /&gt;w zamęt konkretnych miejsc i dat&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z opowiadanych ciszą dni&lt;br /&gt;w nagły harmider myśli, słów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z miejsc, w których licho smacznie śpi&lt;br /&gt;w zasięg złych szponów, wrogich kłów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z ostrych podziałów 'swój' i 'wróg'&lt;br /&gt;w niejasny wir człowieczych praw&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z życia, gdzie chroni chyżość nóg&lt;br /&gt;w śmierć w imię głupich, ludzkich spraw&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-9087649156857279681?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/9087649156857279681/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=9087649156857279681' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/9087649156857279681'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/9087649156857279681'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/bez-aski-i-bez-litoci.html' title='Bez łaski i bez litości'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-6602873354297868720</id><published>2008-11-03T13:46:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:48:50.203+02:00</updated><title type='text'>Łapiąc doła w dole</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Aoife Uí Dhraodoir&lt;br /&gt;Pinkett Mews 11&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;5. Hedrot, Palatynat Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matulu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybacz tak długi milczenie z mojej strony - mam nadzieję, że Gráinne przekazywała Ci wieści ode mnie. Osobiście do Ciebie nie pisałem, by naprędce wydanym sądem nie zaniepokoić Cię niepotrzebnie lub też, co równie prawdopodobne, nieuzasadnionym entuzjazmem nie poprzedzić zawiadomienia o moim zgonie. Wiem, wiem - nie lubisz tego rodzaju żartów... przepraszam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bycie ambasadorem, oprócz oczywistych plusów, takich jak możliwość przysłużenia się w miarę moich możliwości sprawie Hollowfaust na arenie międzynarodowej czy okazja do personalnego rozwoju, ma także mniej widoczne, aczkolwiek co najmniej równie znaczące, bonusy. Poznaje się nowych ludzi, w tym tych na najwyższych stanowiskach i ma się możliwość brania udziału w wielu interesujących inicjatywach i zadaniach stojących przed szeroko rozumianymi władzami. To powinno być naprawdę opłacalne na dłuższą metę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ucieszysz się zapewne słysząc, że nie odłożyłem całkiem studiów. Mistrz Gilligan dostaje regularnie raporty o mojej działalności w roli ambasadora - rzadko wspominam w nich o moich dokonaniach na niwie magicznej. Dlatego też nie martw się, jeżeli w rozmowach z nim nie dowiadujesz się nic o moich akademickich postępach; uczę się, stale doskonalę i współpracuję dość blisko z tutejszą gildią magów. Nie umieszczam wieści o tym w raporcie do Gilligana ze znanych nam obojgu przyczyn - wiesz przecież, jak trudną sytuację miałem w szkole tuż przed wyjazdem. Liczę na pozytywne zaskoczenie ze strony wielu osób, kiedy już ostatecznie wrócę do Hallowfaust - proszę postaraj się nie zepsuć niespodzianki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie prywatne... hmm, sam nie wiem co mógłbym w tej kwestii napisać. Czasem mam wrażenie, że w ogóle go tutaj nie mam - jest to gwałtowna odmiana względem tego, co się działo w domu. Z drugiej strony podejrzewam, że jest to jedynie kwestia innego odbioru sytuacji, w której nie jestem specjalnie w stanie być osobą prywatną - ze wszystkimi, których tutaj znam, łączy mnie oficjalnie misja dyplomatyczna, rzutując na wszystkie inne aspekty życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak czy siak, najbliższe więzy łączą mnie z Gabrielem, paladynem Coreana - to w końcu on jest tutaj najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem Mithril. Na pewno byś go polubiła, gdybyś go spotkała - kazał Cię pozdrowić, co niniejszym czynię,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;także od siebie, dodając uściski,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Nie martw się, jeżeli teraz znów będzie dłuższa przerwa w korespondencji - im mniej wieści, tym mniej złych wieści - sama wiesz!&lt;br /&gt;T.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;5. Hedrot, Palatynat Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 33#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Mithril kłopoty. Nie chcę napisać 'znów', bo wciąż się waham nad zastąpieniem go przez 'ciągle'. Wygląda na to, że cały nasz kontynent już na wieki będzie zdany na klątwy i nieszczęścia, spadające na jego mieszkańców to z tej, to znów z innej strony. W zależności od stopnia, do którego się jest skłonnym popaść w fatalizm, wypada albo położyć się i cierpliwie czekać na dzień, kiedy to wszelkie boskie i tytaniczne dopusty przewalą się przez nas jak jakieś potworne, karmiczne tsunami, albo... no właśnie. Tak jak ja tutaj wpakować się w sam środek wszystkich tych kłopotów i starać się coś zrobić, aby przynajmniej części z nich zapobiec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kapłanka Enkili, to tak w ramach podsumowania wydarzeń od ostatniego raportu, jakoś umilkła i zeszła ze sceny. Może to i dobrze, bo ze wszystkich agentów rozmaitych bóstw i bóstewek była zdecydowanie najmniej obliczalną. Z drugiej strony szkoda, bo jej przedsiębiorczość stała w dość ostrej opozycji do tego, co najczęściej prezentują kapłani. No cóż, nie czas żałować budki strażniczej, gdy wali się twierdza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A twierdza, jeżeli nawet jeszcze dziarsko stoi, chwieje się coraz mocniej w posadach. Emili znów zniknął, Daniya tudzież, panuje rozgardiasz, jakiego w Mithril raczej nie uświadcza się codziennie. Paladyni w każdej chwili gotowi są zniknąć z murów Mithril swoim dziwacznym niby-teleportem, niosąc pomoc swoim pobratymcom. W odróżnieniu od normalnej sytuacji, znikają coraz częściej na dobre. Członkowie Shadow Guild nie są w stanie upilnować, by wrogie miastu siły nie podszywały się pod nich i nie zdobywały w ten sposób informacji. Shacktown, zostawione same sobie, znów zaczyna wrzeć - a trzeba tu sobie zdać sprawę, że do wrzenia nie zabiera się tam woda, ale coś, co podgrzane może rozprysnąć się wyjątkowo nieprzyjemnie po prawie całym mieście. I skąd to wszystko?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem jest to kwestia pewnego magazynku przeklętych przedmiotów, który jakiś pomysłowy człowiek zorganizował był w ramach oczyszczania tego świata z wszelkiego zła. Ciekawe, jak daleko można zabrnąć w nonsensie, traktując dosłownie przenośnie, porównania lub inne wyrażenia idiomatyczne. Udało mu się w części, przynajmniej za jego życia. Teraz nasze życie, przez te jego zabawy, raz jeszcze zdaje się wisieć na włosku. Wystarczy powiedzieć, że magazyn nie jest już tak szczelny, jak to drzewiej bywało?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skutki opiszę w następnym raporcie, na razie lepiej będzie nie przesyłać istotnych informacji tą drogą komunikacji - byłoby naprawdę niedobrze, gdyby ten raport wpadł wraz z nimi w niepowołane ręce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;TMD&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;5. Hedrot, Palatynat Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hejka, Q'Innieczku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co tam u Ciebie? U mnie nie do końca fajnie, ale na pewno bardziej niż potrzeba ciekawie. Ostatnio, jeżeli mnie pamięć nie myli, pisałem do Ciebie w kwestii Mustellusa, plusów posiadania familiarów, minusów posiadania rodziny w strukturach przestępczych i generalnie trudach życia na marginesie społeczeństwa, wciśnięty gdzieś w poszycie strzechy domu stojącego naprzeciw szkoły walki. Mieliśmy zrobić maleńką rozróbę. Zrobiliśmy (i niech tylko ktoś powie, że brak mi ambicji) raczej większą niż planowana, razem z pościgiem do samych kwater głównych gangu, ogłoszeniem jego rozwiązania i wszystkimi innymi szykanami, na jakie nas tylko było stać. Oraz paroma takimi, na jakie nas nie byłoby stać, gdyby nie dobrze umieszczeni protektorzy w wysoko postawionych miejscach. Morał na zakończenie sprawy zasadzki: niby przyjemnie jest myśleć o sobie jako o inteligentnej formie życia, ale tak naprawdę nasze działania do złudzenia przypominają rzucającego się za przynętą pstrąga - efektowne to może i jest, ale instynktu samozachowawczego i roztropności jest w tym mniej więcej tyle, co w tej szlachetnej rybie. Do tej pory kończyło się, z naszym szczęściem, na chwili strachu, ale nieuniknienie nadejść musi dzień, kiedy skończymy najpierw na haku, a później na talerzu obok frytek i cytrynki. Brrr...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawno nie pisałem, więc wydarzeń jest do zaraportowania niby więcej niż zazwyczaj. Chętnie bym się rozpisał, opowiedział Ci wszystko po kolei, ubrał to w odpowiednio straszne, śmieszne lub żałosne słowa - na pewno tak by to właśnie wyglądało, gdybym siedział całymi dniami w kwaterach ambasadorskich, od czasu do czasu jedynie zaprzątając sobie moją śliczną główkę sprawami wagi państwowej, czyli ułożeniem kwiatów w komnatach lub menu na wieczorny poczęstunek dla księcia Takiego-to-a-takiego czy księżniczki Zgoła-całkiem-innej. Niestety musisz zadowolić się relacją w telegraficznym skrócie, bo znów nie mam czasu, żeby usiąść i choćby zastanowić się jak to wszystko ująć w zdania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początek może słów kilka o pszczelarstwie: wyjechaliśmy z Mithril po sprawie z bandziorami, aby zbadać sytuację innych bandziorów. A właściwie bandziora. Zajmującego się między innymi, uwierz lub nie, produkcją nielegalnych świec. Brzmi to może śmiesznie, a w przypadku co bardziej pokręconych umysłów może i nieprzyzwoicie, ale świece nie były bynajmniej nielegalne ze względu na swój kształt czy długość - mieszane z zaklęciami i nielegalnymi substancjami były źródłem indukowanej sztucznie ekstazy, pełni szczęścia, megaorgazmów czy czego tam jeszcze mógł sobie życzyć płacący za nie nielichy grosz klient. Podobno miał też jakieś inne przestępstwa na sumieniu, ale powiem szczerze mało mnie to już obchodzi - gościa złapaliśmy, unieszkodliwiliśmy jego woskodajne stworzonka (bynajmniej nie mające z pszczołami nic wspólnego), policzyliśmy się z bandą prawdziwych przestępców, wykorzystujących naszego nieszczęsnego pszczelarza jako zasłony dymnej dla własnych przekrętów i wróciliśmy do Mithril bogatsi o doświadczenie, więźnia i Oshira, nowego kompana, ubożsi natomiast, przynajmniej w moim wypadku, o psychostymulujące świece. Pod pewnymi względami naprawdę nie warto mieszkać w Mithril.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Późniejszych wydarzeń w mieście nie będę Ci opisywał, bo właściwie wszystko zmierza w jednym tylko kierunku - na psy. No, może z wyjątkiem Gabriela, który preferuje konie - uskuteczniając jakieś paladyńskie obrzędy ulepszył normalnego ogiera do tego stopnia, iż istnieje podejrzenie, że wierzchowiec przewyższył własnego pana. Nie tylko prędkością, ilością nóg, masą czy wzrostem, ale także rzutkością umysłu - od teraz centrum dowodzenia konnej jednostki bojowej pt. Gabriel nie będzie się mieścić w jego mózgu, ale w jego koniu. I niech mi teraz ktoś powie, że to tylko wyrażenie! Ach, miałyby feministki na kim sobie pojeździć, miały... Zresztą nie tylko feministki, jakby się zastanowić - w końcu się do nich nie zaliczam, a pojeździć pojeździłbym. Na domyślność Gabriela nie było co liczyć, może jego rumak mu coś podpowie - w końcu co dwie główki to nie jedna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak czy siak, konia nie dało się zabrać w podziemia, które właśnie chwilowo opuściliśmy, po odniesieniu dość poważnych strat - umber hulk zabił Alifa. Od jakiegoś czasu miałem go naprawdę dość (Alifa, nie umber hulka), ale prawdę mówiąc nie ucieszył mnie fakt, że w zupełnie niezrozumiałym przypływie brawury, tym bardziej niezrozumiałym, że pojawiającym się u największego egoisty i asekuranta, jakiego kiedykolwiek nosiła dobra ziemia, Alif najpierw zadał umber hulkowi poważne rany, by później przypłacić to życiem. Jak na odkupienie całkiem nieźle. Nie wiem jak inni, ale ja raczej zmówiłbym za niego modlitwę do Nemorgi i dał mu okazję na wieczne odpoczywanie - może Enkili przygarnie go po śmierci. Za życia nawet jego rodzina miała z tym niemałe problemy, zresztą nie dziwi mnie to w wcale. Nawet najgłębsze pokłady tolerancji Alif potrafił wyczerpać w pięć sekund - jeżeli nawet Gabriel potrafił się wkurzyć, to mam wrażenie, że przed Enkili całkiem poważne wyzwanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W podziemiach, oprócz magazynu przeklętych przedmiotów magicznych, umber hulków i nieumarłych rojów przeróżnego robactwa, spotkaliśmy jakieś stworzenie podobne do trolla, ale najwyraźniej całkiem utalentowane w przechodzeniu w eteral. Trochę go przysmażyliśmy, ale wygląda na to, że znów się spotkamy - kiedy tylko odpoczniemy chwilę, włazimy z powrotem w podziemia. Jeżeli moja tajna broń nie poskutkuje, z całej drużyny może przeżyć jedynie koń Gabriela. Ten nieparzystokopytny, więc raczej nie stanowiący wystarczającego materiału do ewentualnego wskrzeszenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem jakim cudem znajduję przy tak intensywnym trybie życia czas na szkolenie się w magii, ale ostatnio zacząłem nareszcie rzucać Vampiric Touch. Ale jazda! Prawdę mówiąc dopiero teraz wiem, co to naprawdę znaczy być nekromantą! Ten przypływ sił witalnych! Ta władza nad ciałem i duchem! To jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy bierzesz w swoje ręce samą esencję egzystencji i nakazujesz jej być posłuszną twojej woli! Nie wiem co o magii mogą wiedzieć czarodzieje specjalizujący się w innych szkołach, dla których nekromancja jest zakazana, ale podejrzewam, że mniej więcej tyle, co krety o obrotach ciał niebieskich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jak tam Twoja magiczna kariera? Coś ciekawego na tej niwie? Na jakiejkolwiek innej? Jakieś panienki? Jacyś faceci? Odpisz nareszcie, bo zaczyna mnie z lekka martwić milczenie z Twojej strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buźka,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-6602873354297868720?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/6602873354297868720/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=6602873354297868720' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6602873354297868720'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6602873354297868720'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/apic-doa-w-dole.html' title='Łapiąc doła w dole'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-3350155521395283031</id><published>2008-11-03T13:40:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:50:29.708+02:00</updated><title type='text'>Pod nierównym sufitem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;8 Madrot, Mithril&lt;/div&gt;Raport No. 32#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mithril to miejsce paradoksalne. W teorii i części praktyki rządzone jest przez Palatynat, tymczasem pod samym nosem uzbrojonych gwardzistów żyje zupełnie inne miasto, pełne mrocznych zaułków, tajnych tylnych wyjść na brudne podwórka, naprędce ubijanych szemranych interesów i podejrzanych indywiduów. Dopóki ich działalność nie odbija się zbyt niekorzystnie na praworządnej ludności i wizerunku Mithril, Palatynat przymyka oko na ich obecność. Shacktown, bo tak nazywa się najbiedniejsza dzielnica miasta, znalazło swoją własną receptę na radzenie sobie z nędzą. Władza może nie popierać, ale też nie przeszkadza. Ostatecznie nawet w chaosie można znaleźć stabilność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilkudniowe studia w Shadow Guild, umożliwione przez jej szefową, Daniyę Blackburn, zaowocowały podniesieniem moich magicznych kwalifikacji. Nareszcie miałem też czas i środki na to, by zawezwać sobie familiara. Jak mistrz widzi, wychodzę na prostą...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokąd ona będzie prowadzić, trudno zgadnąć. Chwilowo siedzę w ukryciu naprzeciw szkoły sztuk walki, prowadzonej przez krewnego Guillermo, gdzie razem z moimi kompanami wykonujemy małą misję natury prywatno-publicznej. O prywatne motywacje nie chciałem dopytywać, natomiast publiczna ich część wiąże się z nawiązaną przeze mnie ostrożną współpracą z najwyższą kapłanką Enkili. Z tego co wiem, jest ona ważną figurą w kręgach władzy Mithril, współpracującą ściśle z Emili Derigeshem. Jeżeli nasze obecne przedsięwzięcie zakończy się sukcesem, przysłużymy się Palatynatowi, eliminując zbójecką szajkę, zakłócającą spokój na ulicach miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pozdrowieniami,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;schyłek dnia w Shacktown&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gwar podwórek oddaje&lt;br /&gt;ostatnie ciche tchnienie&lt;br /&gt;w morderczo miękkich mackach&lt;br /&gt;cienia-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;szelest szuka szelestu&lt;br /&gt;pod ciemną chustą ciszy&lt;br /&gt;ten krzyk to kres, nie początek&lt;br /&gt;życia-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;błysk - moneta czy sztylet?&lt;br /&gt;kroki - wróg czy przyjaciel?&lt;br /&gt;tu znaleźć i skraść możesz&lt;br /&gt;szczęście-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;mrok na wilgotnych łapkach&lt;br /&gt;wpełza chyłkiem w zaułki&lt;br /&gt;gdzie wszystko bezgłośnie&lt;br /&gt;szybko-&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cichutko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cicho&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cii...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal;"&gt;* * *&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;8. Madrot, Shacktown, Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzę sobie właśnie na poddaszu pewnego domu i przez szpary w poszyciu dachu spoglądam na ulicę oraz mieszczącą się po drugiej stronie szkołę sztuk walki. Nie robię tego z próżnej ciekawości czy chęci podglądnięcia ćwiczeń (jak może pamiętasz, ze sportów najbardziej cenię sobie włóczenie się po rozlicznych przybytkach uciech rozmaitych), ale dlatego, że wraz z moimi kompanami postanowiliśmy urządzić zasadzkę. W zasadzkę za jakiś czas mają wpaść pewni osobnicy, którzy myśleli sobie, że mogą bezkarnie obijać członków naszej drużyny. Jest w tym coś ze szkolnych porachunków typu "ty mnie w nos, to ja ciebie w zęby", ale co tam - kto powiedział, że ambasadorowanie to jedynie oficjalne kolacje i bycie miłym dla wszystkich, których się spotyka?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos bycia miłym i spotkań: nie wyszło nic z pracowitych nocy z ognistą Daniyą. Dokładniej rzecz biorąc, noce były pracowite, ale niestety spędziłem je na uczeniu się czarów, bo szefowa Shadow Guild została pilnie zawezwana do rozwiązywania jakichś nie cierpiących zwłoki problemów Palatynatu. Zostało mi więc jedynie kuć w dzień i w nocy, rzucając tylko od czasu do czasu Steal Sleep na moich kumpli. Wychodzi na to, że choć nie udało mi się nikogo zaciągnąć do łóżka, to przynajmniej całkiem udatnie wysłałem tam Gabriela i Guillermo. Półśrodek, wiem, ale potraktować go należy jako pomyślną wróżbę na przyszłość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie uwierzysz kiedy Ci powiem, że traktowany tu jestem jak prawdziwy nekromanta, a nie jakiś nieudacznik, który choć w wieku całkiem już słusznym, ciągle potrafi rzucać jedynie zaklęcia drugiego rzędu. Żeby lepiej pasować do stereotypu czarodzieja, zawezwałem sobie familiara. Mój wybór padł na łasicę. Nic nie mów, bo ludzkie stereotypyn na temat zwierząt są w oczywisty sposób niesprawiedliwe. Nazwałem go Mustellus. Jak na tak małe stworzenie naprawdę szybko potrafi się poruszać. Jeżeli ciągle nie masz zwierzaka, a znalazłbyś czas na wezwanie jakiegoś, zrób to koniecznie! Przezabawne jest mieć kontakt telepatyczny z innym stworzeniem, nawet jeżeli większość jego psychiki to tak naprawdę jedynie echo twojej własnej. Nie dość, że bez podejrzeń o schorzenia umysłowe możesz sobie niejako z samym sobą prowadzić bezgłośne dialogi, to na dodatek układ ten jest bardziej dwustronny niżby się komuś nie mającemu familiara mogło wydawać. Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy na widok pająka przemknęło mi przez głowę coś, co przetłumaczone na ludzki brzmiałoby mniej więcej jak "mniam"! Pająka złapałem, Mustellus pochłonął go z widocznym zadowoleniem, a ja zdałem sobie sprawę, że gdyby za familiara mieć coś bardziej ze swej natury inteligentnego, mogłoby się mieć czasem z takim stworzeniem spore kłopoty. Kto jak kto, ale my dwaj wiemy co nieco o małej skłonności do podporządkowywania się u istot obdarzonych wysoką inteligencją...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy jednak do naszych baranów. Banda, której chcemy dać dzisiaj popalić, wykorzystała jakieś poważniejsze problemy, z którymi borykają się obecnie władcy Mithril i rozwaliła w drobny mak szajkę, do której należał Alif, jego rodzina i Enkili tylko wie dokładnie kto jeszcze. Przejęcie władzy w zaułkach Shacktown o tyle nie poszło im za dobrze, że Palatynat w odruchu mającym na celu utrzymanie wewnętrznej suwerenności zarządził w całym miescie godzinę policyjną, utrudniając tym samym nowej grupie przestępczej korzystanie z przejętych siłą interesów. Pechowo dla siebie, nie tylko o mało nie zabili (ale jednak nie zabili) Alifa, ale także bardzo poturbowali Guillermo. Obaj chłopcy z Shacktown (Guillermo chyba niedokładnie stamtąd, ale dokładne rozróżnienia są mi raczej obce) bardzo to sobie wszystko wzięli do serca i postanowili odpłacić pięknym za nadobne, wielkodusznie dorzucając do tego barteru przemocy fizycznej sążnistą nawiązkę. Takie przynajmniej na razie mamy plany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inna sprawa, że całkiem niespodziewany obrót przyjęło moje tutaj ambasadorowanie. Wyjeżdżając z Hollowfaust nie mogłem przypuszczać, że któregoś dnia będę w Mithril brać udział w bandyckich porachunkach. Nie przypuszczam, żeby moje powodzenie w dzisiejszej misji zdobyło Hollowfaust cennych sprzymierzeńców; sądząc po Alifie, nie wydaje mi się także, by naszemu miastu specjalnie na tego rodzaju aliantach bardzo zależało. Z drugiej strony podobno rzezimieszki potrafią się od czasu do czasu okazać bardzo honorowe, więc jeżeli nie dla moich mocodawców, przynajmniej dla mnie osobiście dzisiejsze wydarzenia mogą okazać się całkiem korzystne. Właściwie już się okazały, bo najwyższa kapłanka Enkili (Enkiliego??? Kto go/ją tam wie) zapłaciła mi za wzięcie w tym całym przedstawieniu udziału sto złociszy z góry. Miejmy nadzieję, że uda mi się te pieniądze wydać inaczej niż kilka dni temu zrobił to Guillermo - stówa plus miecz i ubranie wydaje się dość słoną ceną za wzięcie udziału w pogrzebie. Nie swoim, co prawda, ale podobno niewiele brakowało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zakończeniu poprzedniego akapitu pojawiły się czujki naszych przeciwników, ustawiając się niewinnie po obu stronach obserwowanego przez nas budynku. Naszkicowałem jednego z nich, gdyby przypadkiem udało się mu nie umrzeć dzisiejszego wieczora. Na razie nic więcej się nie dzieje, więc obserwujemy obserwatorów. Nuda, panie, nuda. Za chwilę pewnie zrobi się gorąco, bo Alif, którego do tej pory nie podejrzewałem o tak mordercze skłonności, naciągnął już kuszę i widzę kątem oka, że bardzo świerzbi go palec wskazujący. Cinnamon przez cały dzień miała dziś wyraźnie podły humor, co na razie skrupia się na nas, ale jak za chwilę dojdzie do konfrontacji z naszymi przeciwnikami, nie chciałbym być w ich skórze. Gabriel przyczaił się gdzieś na dole, bo w swojej zbroi średnio nadaje się do szybkich sprintów po schodach. Guillermo czeka u swojego wuja, w szkole sztuk walki naprzeciwko - to tam mają się pojawić nasi przeciwnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, czekaj, chyba idą! Kończę,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;uściski,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-3350155521395283031?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/3350155521395283031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=3350155521395283031' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/3350155521395283031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/3350155521395283031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/pod-nierwnym-sufitem.html' title='Pod nierównym sufitem'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-5068060150376336824</id><published>2008-11-03T13:37:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:51:59.638+02:00</updated><title type='text'>Zwilżony sen nocy akademickiej</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;22. Chardot, Miasto Świątynne w Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć, Siostrzyczko!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pisałem zaledwie kilka dni, a mam wrażenie, że od ostatniego listu minęło już kilka tygodni. W Hollowfaust musiałem wieść jednak strasznie monotonną egzystencję, skoro te kilka potyczek z undeadami i parę dni w siodle wydaje mi się tak pełne przygód, że wystarczyłoby na cały semestr na uniwersytecie. Zaczynam się zastanawiać, tak zupełnie na marginesie, czy przypadkiem pojawienie się tutaj nekromanty nie odbija się szerokim, podświadomym echem na siłach rządzącym wszechświatem. Wygląda na to, że albo nasze miasto jest lepiej zarządzane niż się nam, jego mieszkańcom, może wydawać, albo okolice Mithril to wylęgarnia undeadów. Tak czy siak, naoglądałem się ich tu więcej w ciągu tygodnia niż miałem okazję zobaczyć w Hollowfaust na przestrzeni kilku miesięcy. Z reakcji moich nowych znajomych można wywnioskować, że ich obecność nie jest bynajmniej czymś specjalnie dziwnym - tym bardziej sensownym pomysłem wydaje się nawiązanie współpracy między naszymi miastami, bo czegokolwiek by nie mówić o tutejszej populacji, na pewno nie umie sobie ona poradzić z undeadami tak sprawnie jak my.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do radzenia sobie: coraz lepiej i coraz swobodniej czuję się w roli ambasadora. Chwilowo wróciłem do Mithril, gdzie mam zamiar podszkolić się odrobinę w umiejętnościach magicznych. Tak się przyjemnie składa, że tutejsza Shadow Guild, gildia magów i czarodziei, jest w jak najlepszej komitywie z duchowymi przywódcami Palatynatu, którzy z kolei winni są naszej drużynie przynajmniej kilka przysług. Tak więc przyjaciele naszych przyjaciół, a dokładniej pisząc przywódczyni gildii, czarodziejka o imieniu Daniya, przez kilka następnych dni będzie się zajmować wprowadzaniem mnie w arkana Sztuki. Podobno osobiście. Nie mogę się doczekać, zwłaszcza że atmosfera miasta świątynnego Mithril działa na mnie raczej przygnębiająco: ciągłe huki towarzyszące szkoleniu paladynów na wojaków, siermiężność kwater i ogólnie panująca nuda wykończyłyby mnie w przeciągu doby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc najbliższy czas spędzę wyjątkowo pracowicie. Całe dnie poświęcone na wkuwanie, całe noce na... odpoczynek. Aż sam siebie nie poznaję, Matula byłaby pewnie bardzo zadowolona widząc u mnie tak szlachetną przemianę. Jeżeli będziesz u niej jakoś niedługo, możesz jej powiedzieć, że jej martotrawny syn Tadhg wyszedł wreszcie na ludzi. To będzie coś nowego, dotychczas zamiast na ludzi, miałem zwyczaj wychodzić na piwo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobra, kończę już - muszę jutro wstać wcześnie rano i zabrać się do nauki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;22. Chardot, wielce radosne miasto Mithil&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hej, hej,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i rzeczowo. Bez zbędnych ozdobników i metafor. A było tak: Daniya, szefowa tutejszej Shadow Guild, powiedziała coś w rodzaju: "Pójdź, Tadhgu, ja cię uczyć każę". Po czym dodała po chwili namysłu: "Wieczory, mam nadzieję, masz wolne...".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta-daaaaam!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wygląda na to, że dostałem się w łapy kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy. I nie chodzi mi tutaj o zdolności magiczne, choć podobno potrafi się magią podczas wieczornych "nasiadówek" posługiwać w sposób, o jakim nie słyszeli nawet najbardziej wyrafinowani z tych nekromantów w Hollowfaust, którym jeszcze staje (wyobraźni, oczywiście). Bo gdyby usłyszeli, mogliby z wrażenia zejść na wylew krwi do mózgu. Krążą po Mithril cicho szeptane plotki, jakoby Daniya szczególnie ceniła wysokopoziomowe transmutacje w roli dodatku urozmaicającego zabawy w alkowie. Nie mogę się doczekać na pierwszą lekcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie dziw się specjalnie, jeżeli teraz przez dłuższy czas nie będę pisał - w końcu będę bardzo, ale to bardzo zajęty. Sam rozumiesz, nie można pozwolić takiej okazji się zmarnować. Trzeba się uczyć, póki dostępni są dobrzy nauczyciele. Nie wolno pozwolić nauce pojść w las, chyba że przestanie padać a ściółka będzie przyjemnie miękka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;OK, kończę,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pozdrawiam Cię gorąco,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Podnobno Daniya napisała też liścik do Gabriela. Ciekaw jestem czy to się skończy małym trójkącikiem? Bo przecież mało jest prawdopodobne, żeby go chciała zapisać do gildii, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PPS. Cinnamon albo jest bardziej niedomyślna niż mi się wydawało, albo naprawdę elfy różnią się od ludzi nie tylko poglądami, ale i temperamentem. Jeżeli rzeczywiście tak jest, to ich nieliczne potomstwo bardzo łatwo jest wytłumaczyć - być może po prostu nie przychodzi im do głowy, że jest coś takiego jak seks więcej niż raz na trzy stulecia?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Do następnego,&lt;br /&gt;T.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-5068060150376336824?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/5068060150376336824/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=5068060150376336824' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5068060150376336824'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/5068060150376336824'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/zwilony-sen-nocy-akademickiej.html' title='Zwilżony sen nocy akademickiej'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-6027546914723383064</id><published>2008-11-03T13:35:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:53:04.129+02:00</updated><title type='text'>Philosophila melanogaster</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;21. Chardot, wybrzeże w drodze do Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 31#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuacja w Palatynacie zaczyna się robić napięta. Zewsząd napływają raporty o zorganizowanych napaściach na paladynów, ciemności nocy rozświetlane są z nieprzyjemną regularnością przez Holy Beacons, paladyński sposób na sciągnięcie pobratymców w momentach prawdziwych kłopotów. Doniesienia, które chwilowo mają status niewiele bardziej poważny niż plotki, mówią o bandach orków czy ogrów, prowadzących partyzanckie napady na pojedynczych stróżów prawa. Shadow Guild z Mithril wysyła całkiem potężnych czarodziei z misjami ratunkowymi, co zdaje się wskazywać na powagę sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem mnie przyszło stawić czoła niespodziewanie nekromantycznemu zadaniu - wybrzeże obok stanicy, gdzie dziś przyszło nam nocować zaczęło roić się od undeadów. Tym razem nie jest to jednak działalność jakiegoś szalonego kleryka, czy nieatuoryzowanego nekromanty, ale raczej wynik przedziwnego zjawiska, jakim jest Purpurowy Przypływ, odbierający ludziom zdrowy rozsądek, w następnej kolejności życie, a później przekształcający zwłoki w zombie, zjawy i inne rodzaje undeadów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki wspólnemu działaniu Cinnamon, której umiejętność korzystania z boskiej pomocy Madriel w odpędzaniu istot korzystających z negatywnych energii przewyższa wszystko, co można w Hollowfaust zobaczyć u tych nielicznych kleryków, którzy u nas mieszkają, Gabriela, którego niebezpieczeństwo zdaje się napełniać boskim szaleństwem (z naciskiem na "szaleństwo", rozumiane jako całkowite rozstanie się z rozsądkiem i instynktem samozachowawczym), Guillermo i moich czarów udało nam się całe niebezpieczeństwo zażegnać i okolicę oczyścić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alif, dla którego egoizmu i źle pojętego wyrachowania moja cierpliwość zaczyna się szybko wyczerpywać, postanowił w przedsięwzięciu nie brać udziału. Ciekaw jestem czy zdaje sobie sprawę, że jemu jeszcze bardziej niż przedstawicielowi Hollowfaust powinno zależeć na stworzeniu dobrego image u władców Mithril. No cóż, nie wszyscy muszą być przewidujący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy do Mithril, następny raport po spotkaniu z patriarchą Coreana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;21. Chardot, blisko Mithril, w trakcie Krwawego Przypływu&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi Q'Inniú!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznę dość nietypowo od przemyślenia natury filozoficznej (patrz, do czego potrafi dojść z braku rozrywkowego towarzystwa, interesujących mikstur etanolu czy innych przyjaznych duszy substancji). Najpierw ustalmy tło dla przemyślenia: cały nasz świat zdaje się miotać między dwoma światopoglądami, między zwolennikami boskiego interwencjonizmu i tytanicznej obojętności. Bogowie wyszli ze swojego własnego konfliktu z tytanami obronną ręką, dyktują więc teraz warunki w świecie, który całym sobą zdaje się przekazywać jedną tylko prawdę, że w każdej wojnie przegrane są de facto wszystkie biorące w niej udział strony. Ludzcy zwolennicy obu obozów skaczą sobie do gardeł, podkreślając tym samym prawdziwość powyższej tezy, a jednocześnie utrzymują stan rzeczy, do którego tak przywykli, że już właściwie nie potrafią sobie wyobrazić świata nie targanego żadnym konfliktem. A oto samo przemyślenie: Jakie są nasze, ludzi, elfów, krasnoludów i kogo tam jeszcze perspektywy, jeżeli jesteśmy tak naprawdę istotami paradoksu, wybuchową mieszanką tego co przyziemne i tego co wzniosłe? Innymi słowy tego co tytaniczne i tego co boskie? Czujesz motyw?! Szanse na wygraną, jakkolwiek by jej nie definiować, są z definicji żadne. Konflikt jest tak samo w nas, jak wokół nas. Ach, tragizm. Ach, ach, poezja. O kant dupy to wszystko rozbić, ot co!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już zapewne zauważyłeś, humor mi nie dopisuje, a nastrój mam iście wszawy. Wszystko mnie drażni, kompania jest z lekka drętwa, piętrzące się kłopoty, zamiast mobilizować mnie do działania, wpływają na mnie demoralizująco. Najchętniej ciepnąłbym tym wszystkich w cholerę i wrócił, nawet jeżeli Gilligan miałby dostać apopleksji, a rektor zakazałby pojawiać się choćby w pobliżu uczelni. W końcu, jak sam mówi, nie każdy musi uniwersytet skończyć, a kariera nekromanty nie jest przecież przymusowa. Zająłbym się może czymś mniej oklepanym - malarstwem? Szkicuję sobie ostatnio w chwilach wolnych od pisania listów (jest ich trochę, wbrew pozorom) i zaczyna mi się to naprawdę podobać. Trudno olać magię z góry na dół, wiesz przecież jak łatwo się od niej uzależnić, ale być może takie wyzwanie dobrze by mi zrobiło. Sam nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złapałem strasznego doła i znikąd nie mogę oczekiwać pomocnej dłoni. Prawda jest taka, że brak mi tutaj Ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przydałbyś się zresztą podczas ostatniej potyczki z zombiakami i wraithami. Jazda była szeroka: Cinnamon i jej turning zaskoczyły chyba nawet ją samą, że o reszcie nie wspomnę. Łotanina z jakimś przyspieszonym morskim zombie byłaby nawet śmieszna, gdyby nie była tak żałosna - wyobraź sobie paladyna w pełnej zbroi wykonującego bohaterskie chlupnięcie w fale morskie tylko po to, żeby już chyba w trakcie lotu zdać sobie sprawę, że metal, oprócz innych właściwości, ma ciężar właściwy znacznie wyższy niż woda. Ratujący stał się ratowanym, gdzieś między szarpaniem się z linami, walką z falami i próbą wylezienia z krwistoczerwonej wody udało się jakoś potwora zarzezać, a ja znów doszedłem do wniosku, że Magic Missile byłoby wielce użytecznym czarem. No cóż, trzeba się było uczyć, nie szlajać po knajpach i przekładać na kolejne terminy zaliczenia z laborek...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ramach praktycznego zastosowania powiedzenia "Lepiej późno niż wcale", mam pewne nadzieje na podszkolenie się w Shadow Guild, jak już Ci zresztą pisałem w poprzednim liście. Czarodziej z kilkoma czarami na krzyż jest równie przykrym widokiem jak kurwa w zakonie żeńskim o zaostrzonym rygorze - niby coś tam umie, ale okazji do popisania się swoimi umiejętnościami jak na lekarstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tą wyszukaną metaforą może lepiej już skończę, ściskam Cię serdecznie,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-6027546914723383064?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/6027546914723383064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=6027546914723383064' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6027546914723383064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6027546914723383064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/philosophila-melanogaster.html' title='Philosophila melanogaster'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-6049960748559091682</id><published>2008-11-03T13:30:00.003+01:00</published><updated>2010-07-29T13:56:27.750+02:00</updated><title type='text'>Czego śmierć uleczyć nie potrafi</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;17. Chardot, nadal w wiosce zadżumionych&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrówka!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybacz, że piszę do Ciebie z takimi pierdołami, ale muszę to sobie jakoś w głowie poukładać, a nic nie mebluje głowy tak dobrze, jak próba przedstawienia komuś innemu swoich pomysłów. Zwłaszcza na piśmie. Pocieszające jest to, że być może tego listu nie dostaniesz zbyt prędko - w końcu nie ma go jak stąd wysłać. Na razie więc jest pisanie do plecaka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw może trochę rozszerzę wiadomości na temat moich kompanów: Gabriel Celeste, paladyn, rzeczywiście nim jest - zrobił już kilka paladyńskich sztuczek, takich jak wykrywanie zła czy leczenie dotykiem. Zwłaszcza to ostatnie mi sie podobało, chociaż nie ja byłem obiektem leczenia. Co do charakteru, nie jest aż takim bigotem, za jakich się paladynów powszechnie uważa. Świat widzi co prawda dość schematycznie, ale nie w czystej czerni i bieli - jest w nim sporo miejsca na relatywizm, na całą gamę szarości, czyli tego, co w życiu najbardziej interesujące. Ewentualna przyszła współpraca jawi się więc w interesującym świetle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To samo można powiedzieć o Cinnamon, elfce z Veratree. Przynależność do innej rasy najłatwiej zauważalna jest, jeżeli zaniedbać spiczaste uszy i odmienne rysy twarzy, w zupełnie innym niż u nas, ludzi, podejściu do życia. Jej pragmatyzm w równym stopniu jest dla mnie obcy jak jej poczucie humoru, którego obecność najlepiej zauważalna jest wtedy, kiedy reszta zupełnie nie ma ochoty do żartów. Kto wie, może po jakimś czasie przyzwyczaimy się do siebie nawzajem, ale na razie jesteśmy na całkiem interesującym etapie "docierania się"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Guillermo z kolei zdaje się nie mieć przed nikim tajemnic - na pozór przynajmniej jest dokładnie tym, na kogo wygląda, czyli prostolinijnym człowiekiem, który wyruszył na szlak w poszukiwaniu przygody. Nie zaprostestuje zapewne, jeżeli przygody dostarczą mu bogactw czy sławy, ale jeżeli tego nie zrobią, będzie zadowolony z samego brania w niej udziału. Jest bezpośredni i otwarty, a każdy następny dzień przyjmuje ze stoicyzmem, którego można by mu pozazdrościć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alif... no cóż. Nie lubię takich jak on, co nie oznacza, że go nie rozumiem. Dość swobodne podejście do obowiązujących praw jest przecież także moim udziałem, ale jego chorobliwa chciwość jest dla mnie niezrozumiała, a przez to niewybaczalna. Da się ją pewnie wytłumaczyć trudnym dzieciństwem spędzonym w nękanych skrajnym ubóstwem slumsach Mithril, ale ubóstwo dla niego skończyło się już jakiś czas temu, a tymczasem Alif dalej powodowany jest jedynie chęcią zgromadzenia fortuny. To, że dzieje się to często kosztem kompanów, jest odpychające i niskie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wróćmy do schorowanej wioski. Otóż naszym bojowym zadaniem na dobry początek jest wyleczenie tajemniczej plagi nękającej mieszkańców małego przysiółka niedaleko Mithril. Z tutejszym podejściem do higieny osobistej nie dziwiłem się wcale, że ludzie chorują, ale bliższe przyjrzenie się sprawie zaczęło wskazywać na inne niż brudne ręce przyczyny zarazy. Tajemnicza zła aura w stawie, dziwaczny osad na wodzie stojącej w garnkach, praktycznie losowe pojawianie się objawów u różnych osób z różnych rodzin... Z początku odizolowaliśmy chorych w naprędce zorganizowanym szpitalu i poddaliśmy magicznej kuracji (w której to brali udział, nieomal na wyścigi, Gabriel i Cinnamon), ale efekty były miernie zadowalające, stąd nasze zainteresowanie ewentualnymi przyczynami kiepskiego stanu zdrowia mieszkańców osady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dowiedzieliśmy się, drążąc co starszych mieszkańców na okoliczność przeszłych wydarzeń mogących leżeć u źródła obecnych problemów, że dawno temu wioskowi urządzili sobie hobbystyczne ludobójstwo na niewielką skalę, zabijając jakąś grupkę wyznawców tytanów. Niejasny trop wiódł w okolicę dawnego sadu wymarłej już obecnie rodziny, których przybrana córka na dobitkę utopiła się w studni, więc nie namyślając się wiele wybraliśmy się tam w celu odbycia wizji lokalnej. Szybkie załatwienie sprawy stało się o tyle kluczowe, że u niektórych z nas zaczęły pojawiać się objawy choroby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znaleźliśmy opuszczoną farmę, osławioną studnię, w której zakończyła żywot nieszczęsna dziewuszka przygarnięta przez nieżyjące już małżeństwo sadowników, przerośnięty i opuszczony sad, a w nim trzy zaniedbane groby pod dziwaczną, potężną, schorowaną jabłonią. Bliższe przyjrzenie się okolicy za pomocą magii ujawniło także trzeci grób, w którym wykryliśmy obecność jakiegoś undeada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi na to, że jednak się przydam. Za chwilę, z głową pełną branżowych zaklęć, wyruszam z moimi nowymi towarzyszami na misją do sadu. Ciekaw jestem, czy wrócę - jeżeli nie, a moje ciało razem z tym listem zostanie po jakimś czasie odnalezione, pozdrów znajomych i powiedz im, żeby cieszyli się z życia na uniwersytecie, bo poszukiwanie przygód zbyt często kończy się znalezieniem guza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pozdrówkami,&lt;br /&gt;T.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Przy odrobinie pecha sam zostanę undeadem. Ciekawy koniec, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;19. Chardot, miejsce jak poprzednio&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 30#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadanie praktycznie zakończone. Plaga była spowodowana działalnością undeada, stworzonego najprawdopodobniej przez jakiś rytuał, a bazującego na szczątkach wyznawców tytanów, zmasakrowanych dawno temu podczas pogromu, urządzonego przez mieszkańców wioski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stwór był nietypowy, niematerialny, ale pozbawiony większości zdolności zjaw czy duchów. Umiał posługiwać się magią druidzką z różdżki Plant Growth.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niewykluczone jest małe dochodzenie, mające na celu autora rytuału, wykonanego stosunkowo niedawno - pewne fakty wskazują na możliwość zaangażowania ze strony kleryka Vangala.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pozdrowieniami,&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Aoife Uí Dhraodoir&lt;br /&gt;Pinkett Mews 11&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;19. Chardot, terytoria Palatynatu Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochana Matulu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z przyrzeczeniem piszę do Ciebie prawie zaraz po przyjeździe - nie pisałem wcześniej, bo musiałem się najpierw rozejrzeć po okolicy, żeby było o czym donieść w liście. Rozejrzałem się, znalazłem nowych przyjaciół i nareszcie mogę zasiąść do pisania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróż statkiem była bardzo spokojna - niepotrzebnie się zamartwiałaś. Żegluga po czerwonych wodach na wschodzie kontynentu była przeżyciem jedynym w swoim rodzaju, wschody słońca były naprawdę imponujące. Mithril to miłe miasto, może nie tak czyste jak Hollowfaust, ale zdecydowanie przyzwoicie utrzymane. Ceny nieco niższe niż u nas. Ludzie uprzejmi i sympatyczni, ulice bezpieczne i spokojne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moi nowi współpracownicy są mili i godni zaufania: Gabriel Celeste, paladyn Coreana, Cinnamon, czcząca Madriel elfia kapłanka, Guillermo, groźny wojownik przybyły z odległych krain oraz Alif, inteligentny przedstawiciel przedsiębiorczej ludności miasta. Z polecenia władz wybraliśmy się właśnie w imieniu Palatynatu Mithril z misją niesienia pomocy potrzebującym - jeżeli moje magiczne zdolności będą w tym zadaniu przydatne, a na to się zanosi, mistrz Gilligan powinien być zadowolony, a moje podanie o reaktywację po powrocie na pewno zostanie rozpatrzone pozytywnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak więc widzisz, nie ma się o co martwić - misja dyplomatyczna w imieniu Hollowfaust to właściwie nobilitacja i dobry start do przyszłej kariery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całuję i mocno ściskam,&lt;br /&gt;Twój&amp;nbsp;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Pozdrów koniecznie Gráinne!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;19. Chardot, wciąż w Dziesiątkach&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gráinne!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ani słowa Matuli o chorobach, niebezpieczeństwach ani w ogóle o czymkolwiek, co przeczytasz w listach ode mnie! Najlepiej utrzymuj, że nie piszę do Ciebie w ogóle. Zamartwiłaby się, biedaczka, gdyby usłyszała, że już o mały włos nie padliśmy tutaj w bitwie z jakimś nietypowym undeadem, władającym czarami druidzkimi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zdziw się zbyt widocznie, kiedy zostaniesz uraczona opowieściami na temat moich doniesień z Palatynatu - Matula dostała wersję z lekka ocenzurowaną. W wersji tej Mithril to właściwie raj na ziemi a chciwy rzezimieszek Alif to rzutki młody człowiek. Gdybym donosił o wściekłym smoku atakującym miasto, mogłoby to wyglądać mniej więcej tak: "Tutejsze zwierzęta zupełnie nie boją się ludzi, można więc na nich bez konieczności uganiania się za nimi prowadzić ciekawe obserwacje etologiczne..." Prawda, wbrew powiedzeniu, wcale nie jest jedna - prawd jest chyba nawet więcej niż kłamstw, bo na pożywce z faktów łatwiej jest puścić wodze fantazji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy miewasz czasem takie sny, w których Twój brak umiejętności dokonania czegoś staje się elementem kluczowym sennych wydarzeń? Cała wyśniona rzeczywistość zapada się wtedy w sobie, a Ty budzisz się z okropnym poczuciem frustracji? Moja tutaj obecność jest naznaczona takimi właśnie odczuciami, tyle że na jawie - za mało umiem, za mało wiem, za mało jestem w stanie zrobić! Kilka czarów na krzyż i dobre chęci to zdecydowanie za mało na radzenie sobie z naszym światem. Na szczęście jest w Mithril gildia czarodziei, być może za wstawiennictwem głównego kapłana Coreana uda mi się nauczyć u nich jakichś nowych zaklęć, bo moja przydatność bez nich będzie z dnia na dzień maleć. Prawda, wiem to i owo - po tylu latach nawet największego obijania się na uniwerku coś tam w głowie człowiekowi zostaje, ale przydatność wiedzy akademickiej w codziennych zadaniach stojących przed podróżnymi jest w najlepszym wypadku ograniczona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokładnie tak wyglądały ostatnie wydarzenia: wiedziałem mniej więcej jaki rodzaj undeada wstał sobie z rytualnie stworzonego grobu, ale już zadanie pozbycia się go przypadło paladynowi i kleryczce, bo strzelanie z Disrupt Undead można sobie uprawiać w wypadku szkieletów i słabych zombie, a nie czegoś niematerialnego, kontrolującego roślinność i przenoszącego zarazę. Że pominę zażenowanym milczeniem fakt, że przez całą niemal walkę wydobywałem się spod przewróconego na mnie drzewa...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Morał jest jeden, Siotrzyczko - ucz się, siedź w szkole jak najdłużej i nie wychylaj z niej nosa, dopóki nie uzyskasz stopnia Mistrza Taumaturgii. I, jeślibyś myślała na poważnie o udawaniu się gdziekolwiek w dzicz z jakąkolwiek misją, naucz się gotować - nie uwierzysz, jak szybko potrafią się znudzić suche racje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam i ściskam,&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;19. Chardot, nadal żywy&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Hejka!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Undead, undead i po undeadzie. Nie, żebym się jakoś specjalnie popisał przy ostatecznym składaniu go do grobu, główną robotę odwalili Gabriel i Cinnamon czarami leczącymi. Resztki dobrego o sobie mniemania udało mi się ocalić tylko dlatego, że to mój czar przybił ostatni z metaforycznych gwoździ do wyimaginowanej trumny. Chwała Nemordze, że poza potrząsaniem zieleniną i skłonności do kontaktów mackoidalno-oralnych zjawa nie była w stanie niczego poważnego nam zrobić. Podobno kobiet nie bije się nawet kwiatkiem - jak w świetle tego zinterpretować czyn paladyna, który na mą biedną głowę zwalił całą jabłoń? Przypadek? Antypatia? Czy może szczeniackie okazywanie miłości?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos miłości, a właściwie jej bardziej przyziemnych aspeków, chwilowo cierpię na chroniczne - czekaj, jak byś to ujął? - niedofurtanie. Podróż statkiem źle wpływała na mój żołądek, a przy okazji na inne funkcje związane z autonomicznym układem nerwowym, zresztą nie było naprawdę żadnego interesującego towaru, jeżeli nie liczyć mnie samego. W Mithril nic się nie przydarzyło, niby głównie z braku czasu, ale nie byłbym zbyt pewny czy świątynia Coreana to dobre miejsce na podryw. Teraz, hmm... sam nie wiem; z dwójki ewentualnych kandydatów elfka wygląda na na taką, która nie chce. Paladyn na takiego, który nie może. Dodam pospiesznie, że chodzi raczej o jakieś śluby czystości, nie anatomiczne bądź fizjologiczne niedostatki. Poza tym, z tego co zaczynam się orientować, to co u nas określone byłoby mianem swobody obyczajowej, tutaj nazwano by grzechem lub/i perwersją, więc na razie nie będę się wychylał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewne widoki na jakąś akcję są w Shadow Guild w Mithril, jedna z magiczek nawet pojawiła się na chwilę w okolicy. Gdyby nie pracowite ślęczenie nad identyfikacją, pewnie poidentyfikowałbym jej magiczne walory, bo jeżeli wierzyć opowieściom świadków jej u nas bytności, wielką miała ochotę zabawić się różdżką Gabriela. Zawsze twierdziłem, że kariera przez łóżko jest atrakcyjna z co najmniej dwóch powodów: kariery i łóżka, z małym bonusem kojarzącym się z przysłówkiem "przez"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co tam u Ciebie? Napisz coś, bo tutejsza dość świętoszkowata atmosfera bardzo źle na mnie działa. Niech przynajmniej poczytam o tym, co przez tego piernika Gilligana przyszło mi opuścić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzymaj się zdrowo (i takoż się puszczaj),&lt;br /&gt;Tadhg&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-6049960748559091682?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/6049960748559091682/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=6049960748559091682' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6049960748559091682'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/6049960748559091682'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/czego-mier-uleczy-nie-potrafi.html' title='Czego śmierć uleczyć nie potrafi'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8222190502669699611.post-703181850627428669</id><published>2008-11-03T13:22:00.004+01:00</published><updated>2010-07-29T13:58:12.021+02:00</updated><title type='text'>Mithril: Pierwsze kłopoty za płoty</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;15. Chardot, stanica Palatynatu Mithril&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 28#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróż do Mithril przebiegła bez najmniejszych trudności. Przedstawione jej listy referencyjne Rada Paladynów przyjęła z ostrożnym zadowoleniem. Późniejsze wydarzenia pozwalają mi mniemać, iż kluczowym zwolennikiem i najbardziej entuzjastycznym rzecznikiem pojednania między naszymi miastami był patriarcha Coreana, człek wielce rozumny i o szerokich horyzontach. Zdając sobie sprawę z tego, że wiekom niesnasek i nieporozumień nie może położyć kresu kolejna misja dyplomatyczna, poznał mnie z drużyną poszukiwaczy przygód, wykonujących dla Mithril drobną, choć istotną misję w małej wiosce cztery dni drogi od miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udana współpraca, której należy się ze wszech miar spodziewać, powinna wyraźnie podnieść notowania naszego miasta i naszej profesji, jeżeli chwilowo nie w oczach całości populacji, to na pewno osób sprawujących w Mithril władzę, zarówno oficjalną, jak i duchową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odnotować należy obecność w drużynie nie tylko młodego paladyna, Gabriela Celeste, ale także elfiej kapłanki Madriel, Cinnamon. Szczęśliwy zbieg okoliczności, czy świadoma decyzja patriarchy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z poważaniem,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gráinne Ní Dhraodoir&lt;br /&gt;Academy Drive 45&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;15. Chardot, cztery dni drogi od Mithril, wczesny ranek&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siostrzyczko,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że list ten znajdzie Cię w dobrym zdrowiu. Nie zaczynałbym od tego banalnego komunału, ale tym razem użycie go jest w pełni uzasadnione - kto bowiem mogł się spodziewać, że wyjazd do Mithril łączyć się będzie z moim uczestnictwem w misji o medycznej zgoła naturze. O ironio! O ileż bardziej bylabyś tu przydatna niż ja, który medycynę traktowałem jako jeszcze jeden przedmiot na drugim semestrze, z serii tych, które to zakuć, zdać, zapomnieć. Gdyby coś takiego dało się przewidzieć już wtedy, uczyłbym się na pewno znacznie pilniej, a mistrzyni Anna zapewne zastanowiłaby się dwa razy przed postawieniem mi oceny dostatecznej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostaje trzymać kciuki za to, że moje niegdyś dostateczne wiadomości na temat zapobiegania infekcjom, ich pochodzenia i sposobu przenoszenia okażą się wystarczające do objaśnienia mieszkańcom pewnej wioski, iż nie wszystkie zarazy są karą boską, a higiena osobista jest często równie skuteczna w walce z nimi jak zaklęcia leczące kleryków. Tutaj, w Mithril i okolicach, 'higiena' należy niestety do słów mało znanych, tak samo zresztą jak czynności i zabiegi, które słowo to opisuje. Wielce jest prawdopodobnym, że mając do przeczytania stronicę słownika wyrazów obcych, przeciętny mieszkaniec tych okolic wiedziałby więcej na temat stojących przed nią 'hieroglifów', czy też zaraz po niej 'higroskopijności'. Jak jednak wiesz, według mnie minimalizacja wysiłków i dążenie do maksymalizacji lenistwa jest siłą przewodnia ludzkich poczynań, nic więc dziwnego, że tu, gdzie dostęp do kapłanów oraz paladynów, a co za tym idzie ich zaklęć leczących, jest powszechny, łatwiej się z chorób leczyć niż zastanawiać nad zapobieganiem im.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość o chorobach, wrodzona hipochondria każe mi za chwilę dopatrywać się u siebie oznak, interpretować je jako objawy, a stąd już całkiem niedaleko do wmówienia sobie, że pozostaje tylko położyć się i umrzeć. Zresztą, znasz mnie dobrze - nie potrzebuję nawet takiej wymówki, żeby położyć się i nic nie robić. A tymczasem trzeba się zbierać, za moment ruszamy do wioski męczonej jakąś tajemniczą chorobą, która pewnie po bliższym przyjrzeniu się okaże się zwykłą salmonellozą lub czerwonką. Jeszcze tylko kilka szybkich (wybacz pleonazm) Quick Sober...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czar ten rzucę, tak nawiasem, na moich nowych druhów, współuczestników misji. Nie, nie trafiłem ZNOWU (wyobraź sobie tutaj naszą rodzicielkę i jej wzniesione ku niebiosom oczy) w złe towarzystwo - ot, celebrowano wczoraj w iście niepaladyński sposób dotarcie do stanicy i pokonanie dość nieprzyjemnie wyglądającego potwora. Mity o paladynach, tak nawiasem, będą się na przestrzeni następnych tygodni chyba w dalszym ciągu rozwiewać: okazuje się, że są jednak ludźmi, a nie jakimiś niezrozumiałymi automatami, ślepo wykonującymi polecenia, trzymającymi się kurczowo litery prawa i porażającymi prostolinijnością, przekładającą się na prostactwo. Jeżeli moja misja mnie czegokolwiek do tej pory nauczyła, to jest to zdolność spojrzenia głębiej niż tylko na pozory i głęboko zakorzenione uprzedzenia. Przecież tego samego oczekuję od moich towarzyszy, dla których nekromanci to banda opanowanych niezdrową fascynacją procesami gnilnymi szaleńców, skłonnych z własnej babki uczynić zombie strzegącego swoich zawilgłych, pełnych walających się kości i grożących śmiercią przez botulizm laboratoriów przed nieproszonymi gośćmi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O swoich kompanach na razie nie napiszę dużo, bo i okazji do lepszego ich poznania nie było na razie wiele - wyobraź sobie jednak zbieraninę raczej niecodzienną. Kapłanka Madriel, Cinnamon, trzymająca się nieco na uboczu elfka, której rezerwa może wynikać tak z przyczyn rasowej natury, jak i indukowanego kapłańskim statusem zarozumialstwa. Czas pokaże czy jest to tylko przyjęta na użytek nowo poznanego nekromanty maska i czy, jeżeli to jednak nie poza, uda się to oddalenie przezwyciężyć. Paladyn Coreana, Gabriel, zakuty w zbroję przystojny mięśniak - czy w zgodzie ze stereotypami okaże się egzaltowanym nadgorliwcem, czy może prawdziwym przyjacielem, niezachwianym w lojalności? Guillermo, czarnoskóry wojownik, nie cofający się przed szybkim rozwiązywaniem stojących przed nim problemów za pomocą krótkiego ruchu krótkim mieczem. Pod siódme żebro. Jakież uczucia skrywa jego obsydianowe oblicze? Czegóż wreszcie można się spodziewać po Alifie, człowieku niskiego urodzenia, któremu nie powierzyłbym dziesięsiu złociszy, a jednak będzie być może mi pisane zawierzyć moje życie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończę, siostrzyczko, ściskam Cię serdecznie i mocno,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Pozdrów Mamę. Przekaż same dobre wieści, niech się dla odmiany nie martwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PPS. Trzymam kciuki za egzamin z ziółek!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Q'Inniú Qurtzon&lt;br /&gt;Lower Court Park 22&lt;br /&gt;Hollowfaust&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;15. Chardot, kurewsko wcześnie i daleko od domu&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cześć!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie odzywałem się od bogowie wiedzą jakiego czasu, ale jeżeli wierzyć mądrości ludowej, lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że nie mruczysz teraz pod nosem obelg pod adresem intelektualnego zaplecza ludu, który takimi powiedzeniami upstrzył język potoczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak tam praktyczny z ulepszanych ghouli? Wiem, że umawialiśmy się na dzikie picie jakoś na początku Chardot, ale jak widzisz cierpliwość starego Gilligana wyczerpała się na tydzień przed końcem Twoich egzaminów. Rektor, którego plugawy język od dawna plugawiał na mój widok, a z tego co się dowiedziałem, także na dźwięk mojego nazwiska, potężnym i, co donoszę z prawdziwą ulgą, metaforycznym kopniakiem w tylną część ciała wywalił mnie na kolejny dziekański, co dało Gilliganowi okazję do wysłania mnie z misją natury dyplomatycznej do Mithril. Plotki jakoby było to spowodowane chęcią pozbycia się mnie na czas dłuższy, a może nawet nieokreślony, przypuszczalnie Cię doszły. Dementuj gdzie i kiedy możesz, ale lepiej w nie uwierz!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli już o wierze mowa, to trudno uwierzyć, z jakimi ludźmi tutaj mi przyszło pracować. Wyobraź sobie następujące Dramatis Personae: elfka-uzdrowicielka, Cinnamon (podobałaby Ci się, jeżeli dobrze pamiętam to coś, co z braku lepszego pomysłu nazywasz swoim gustem) - z lekka nieśmiała, ale może się jeszcze okazać niezłym ziółkiem. Prawdziwy rycerz w lśniącej (no, powiedzmy, że lśniącej) zbroi, Gabriel - autentyczny paladyn. Dawniej myślałem, że jak nie dotknę, to nie uwierzę. Teraz zastanawiam się nad dotykaniem... (i nie chichocz mi tam, po jak splujesz atrament, nie przeczytasz ciągu dalszego!). Najemnik Guillermo - mroczny (mowa o pigmentacji skóry), mroczny (mowa o usposobieniu) i okazjonalnie zamroczony (mowa o intoksykacji etanolem, tak jak na przykład wczorajszego wieczora). Alif - drobny złodziejaszek. Drobny - posturą, złodziejaszek - całym sobą. Jak sam widzisz, brakowało im do kompletu tylko mnie, największego luzaka wśród nekromantów i dyplomaty z bożej łaski oraz, nie zapominajmy o niższych rangą przełożonych, gilliganowego nadania. Eh joj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli znajdziesz czas, żeby odpisać, pisz do patriarchy Coreana w Mithril (patrz, jakie znajomości się zawiera, ta-daaam!), wydaje mi się, że jako skrzynka kontaktowa będzie najpewniejszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrówka,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tadhg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Co tam u tej Twojej nowej Loli? Nadal zaręczona z synem szefa gildii kupieckiej? Nadal łudzisz się, że to nie jest przeszkoda, z którą powinieneś się lich'yć??&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;16. Chardot, wioska w pobliżu stanicy&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raport No. 29#8938#458TMD&lt;br /&gt;Adept Tadhg Mhic Draodoir do mistrza Gilligana, NecD, M.Th.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Misja w wiosce - zapobieżenie rozpowszechnianiu się, wyleczenie i rozpoznanie źródła tajemniczej choroby nękającej jej mieszkańców. Niekoniecznie w tej kolejności. Objawy choroby są niespecyficzne: lekka gorączka, intensywne wymioty i biegunka, u niektórych suchy kaszel, u wszystkich silne wycieńczenie i bardzo zły stan ogólny. Sama choroba, lub jej warianty, zdają się dotykać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podjęte środki ostrożności: izolacja chorych pełnoobjawowych, zapewnienie im higienicznych warunków, fachowej opieki oraz magicznego leczenia ze strony kapłanki oraz paladyna. Całkowicie wyleczono do tej pory jedną osobę, stan pozostałych poprawiono na tyle, że można się spodziewać braku zgonów przez najbliższe dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Źródło choroby pozostaje na razie nieznane. Może mieć naturalne pochodzenie, związanie z zanieczyszczeniem wody pitnej, ale coraz mniej jest faktów popierających tę tezę. Bezpośredniego wpływu wrogiej magii, choć nie można go całkowicie wykluczyć, nie zaobserwowano. Paladyn odkrył ślady czającego się w okolicy, rozproszonego zła - być może więc mamy jednak do czynienia z przyczynami natury metafizycznej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszukiwania trwają, rezultaty w następnym raporcie.&lt;br /&gt;Tadhg Mhic Draodoir&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika Tadhga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Sołtys - gorączka umiarkowana, silne odwodnienie spowodowane wymiotami i biegunką. Stan przedagonalny, wyniszczenie chorobą nieproporcjonalne do długości jej trwania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadziwiająco trafne są odruchy ludzi każące się izolować chorych członków społeczności, nawet tam, gdzie wiedza o chorobach i sposobach ich przenoszenia się jest znikoma. Równie zadziwiający jest upór, z jakim ludzie tkwić chcą w miejscu, które w oczywisty sposób zagraża ich zdrowiu, a nawet życiu. Cywilizacja zdławiła instynkt na tyle, że bez interwencji z zewnątrz cała wioska mogłaby wymrzeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieciak - objawy jak wyżej, plus kaszel. Stan ogólny nieco lepszy, choć rokowanie podobne: bez magicznej interwencji pacjent prawie na pewno umrze, być może najbliższej nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka dziecka, chcąca usilnie nieść pomoc, raczej stanowi przeszkodę, jeżeli choroba jest zaraźliwa. Niech miłość będzie sobie ślepa, ale czy tak często musi się wiązać z przenoszeniem chorób? Bardowie zbyliby pewnie lekceważącym milczeniem doniesienia współczesnej epidemiologii na ten temat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Staruszka - objawy jak wyżej; rokowanie gorsze, z uwagi na podeszły wiek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak skomentować pragmatyzm, każący najpierw leczyć innych?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostali chorzy - objawy jak wyżej, stan ogólny na tyle lepszy, że nie powinniśmy spodziewać się zgonów w trakcie najbliższej doby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gabriel, wbrew moim radom, wyleczył najpierw dzieciaka. Idealizm jest, z samej swojej definicji, niepraktyczny - nie żyjemy w idealnym świecie, więc leczenie w pierwszej kolejności malca, od którego nie zależy życie innych osób ma ograniczony sens.&lt;/i&gt;&lt;div style="font-family: &amp;quot;Trebuchet MS&amp;quot;,sans-serif;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8222190502669699611-703181850627428669?l=tadhgmhicdraodoir.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/feeds/703181850627428669/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8222190502669699611&amp;postID=703181850627428669' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/703181850627428669'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8222190502669699611/posts/default/703181850627428669'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://tadhgmhicdraodoir.blogspot.com/2008/11/mithril-pierwsze-kopoty-za-poty_03.html' title='Mithril: Pierwsze kłopoty za płoty'/><author><name>Piotrek Czabański</name><uri>https://profiles.google.com/102348932750001155664</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-KjCtM8jrVik/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAP3I/tVvhAyYxICM/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
